Najbardziej pechowy film w historii nareszcie trafił do kin. Człowiek, który zabił Don Kichota – recenzja

Recenzje/Film 10.08.2018
Nasza ocena:
Najbardziej pechowy film w historii nareszcie trafił do kin. Człowiek, który zabił Don Kichota – recenzja

Najbardziej pechowy film w historii nareszcie trafił do kin. Człowiek, który zabił Don Kichota – recenzja

Advertisement

Najnowszy film Terry’ego Gilliama w końcu ujrzał światło dzienne. Po prawie 30 latach (!) pełnych perturbacji i wszelkiej maści kłopotów “Człowiek, który zabił Don Kichota” pojawia się w kinach. Odnoszę jednak wrażenie, że sam proces jego powstawania i dramatów z tym związanych jest interesujący bardziej niż końcowy projekt.

Nie jest oczywiście tak, że “Człowiek, który zabił Don Kichota” to film nieudany i niewarty waszego czasu. Fani Terry’ego Gilliama znajdą tu dla siebie wiele smaczków. Tym bardziej, że reżyser ten nieczęsto raczy widownię swoimi nowymi produkcjami. Chodzi mi jednak o to, że trwająca prawie 30 lat (pierwsze przymiarki do filmu o Don Kichocie Gilliam podjął w okolicach 1989 roku) epopeja, pełna dramatycznych zwrotów akcji oraz działania fatum, opowiadająca o samym powstawaniu tego dzieła robi większe wrażenie. I sama w sobie jest fascynującą opowieścią o walce z wiatrakami, sile woli oraz tym, jaką rolę pełni reżyser filmowy i jaki ma wpływ na innych ludzi.

Zresztą ten motyw, wraz z historią Don Kichota, przewija się praktycznie przez całą filmografię Gilliama. Począwszy od “Brazil” po “Fisher Kinga” czy “Las Vegas Parano” reżyser opowiada historię ludzi, którzy starają się uciec od rzeczywistości, żyją w swoim własnym świecie. Podobnie zresztą jak sam Terry Gilliam, którego filmy charakteryzują się wspaniałą plastycznością, genialnie wykreowanymi światami, wyrastającymi prosto z abstrakcyjnej wyobraźni artysty.

Moim zdaniem bezpośrednia, mniej czy bardziej luźna adaptacja powieści Cervantesa o błędnym rycerzu Don Kichocie i jego wiernym giermku Sancho Pansie nie była Gilliamowi wcale potrzebna.

On już swojego Don Kichota nakręcił, tworząc “Fisher Kinga”, czyli swoje opus magnum.

No, ale Gilliam się uparł. Zafascynowany tą opowieścią, nieustannie robił wszystko, by ów film powstał. Przez kolejne lata przechodził liczne zmiany w scenariuszu, obsadzie (w filmie mieli pojawić się m.in. Robin Williams, John Hurt, Johnny Depp, Ewan McGregor). Podczas kręcenia filmu w roku 2000 doszło do szeregu niefortunnych zdarzeń, które skłoniły reżysera do zaprzestania produkcji. Ta generowała koszty, a praktycznie stała w miejscu.

Powstał o tym wszystkim znakomity dokument Lost in La Mancha, który koniecznie wam polecam, bo to jeden z najlepszych filmów o naturze pracy reżysera i artysty, pasji i chęci tworzenia, nawet mimo przeszkód.

Mamy rok 2018. “Człowiek, który zabił Don Kichota” trafia w końcu do kin. Oczywiście kłopoty Gilliama wcale się nie skończyły, bowiem reżyser obecnie walczy w sądzie o prawa do produkcji ze swoim własnym producentem. Na dobrą sprawę losy tego chyba najbardziej pechowego i przeklętego projektu w historii kina nadal nie są pewne.

Czy cały ten znój i niemalże mityczna bitwa z fatum była warta zachodu?

“Człowiek, który zabił Don Kichota”, choć ma niezłe momenty, nie zachwyca nadmiernie, i nadal ma wiele wad. Osobiście stawiam go gdzieś tak pośrodku rankingu filmów Gilliama.

W tej wersji reżyser postanowił opowiedzieć historię Don Kichota na jeszcze większym poziomie meta niż wcześniej zakładał. Początkowo myślał o tradycyjnej adaptacji. Później był pomysł na fabułę o podróży w czasie agenta reklamowego, ze współczesności do czasów Don Kichota. W “Człowieku, który zabił Don Kichota” gra z widzem jest trochę bardziej wyrafinowana. Gilliam postawił bowiem na mieszanie się jawy ze snem. Rzeczywistości ze wspomnieniami. Trzeźwości umysłu ze stanem szaleństwa. Będąc przy tym blisko motywów, o których opowiadała oryginalna historia Don Kichota.

Toby (Adam Driver), zblazowany reżyser reklam, podczas pracy na planie zdjęciowym w Hiszpanii udaje się do małej wioski, w której 10 lat wcześniej nakręcił studencki film o Don Kichocie. Znalazł wówczas podstarzałego szewca (Jonathan Pryce) i postanowił obsadzić go w głównej roli. Z czasem mężczyzna tak zaczął wczuwać się w rolę, że wmówił sobie, iż naprawdę jest Don Kichotem. Gdy Toby znajduje go po latach, oboje ponownie wyruszą w pełną przygód podroż na granicy jawy i snu, na ratunek Dulcynei.

Tak jak pisałem wcześniej, “Człowiek, który zabił Don Kichota” w ciekawy sposób mierzy się z materią jaźni, snu, szaleństwa jako ucieczki od rzeczywistości.

(O)błędnych rycerzy nie brakuje i dziś. Gilliam zastanawia się jednak nad granicami tego życia we śnie. Przy okazji cały film stanowi też metafizyczną parabolę jego własnej drogi jako filmowca. Zarówno w kontekście prób nakręcenia filmu o Don Kichocie, jak i całej jego kariery. Znajdziemy tu całe mnóstwo, mniej bądź bardziej dosłownych, odniesień do jego własnych problemów, decyzji, przeżyć związanych z kręceniem filmów. I nierzadko wnioski z tego są słodko-gorzkie. Bo i praca reżysera nie jest usłana różami.

Tym bardziej w przypadku kogoś takiego jak Terry Gilliam. To ciągle rzadki przykład prawdziwego artysty pośród filmowców. Jako że wywodzi się on ze sztuk plastycznym i animacji, jego wyobraźnia pracuje na zupełnie innych obrotach. I nie zawsze jest ją łatwo (i tanio) przełożyć na język aktorskiego filmu z bujnymi kostiumami i scenografią.

Widać to też i w jego najnowszym filmie. Choć w o wiele bardziej oszczędnym wymiarze. Znajdziemy tu kilka sekwencji, które przywiodą wspomnienia dawnych, bardziej ekstrawaganckich filmów Gilliama. Ciekawie zaprojektowane kostiumy, chwilami na poły kiczowate, do tego interesująco wykorzystane elementy scenografii, zabawa z perspektywą. Wszystko to tworzy zajmujący obraz świata, który kręci się wokół człowieka mającego się za Don Kichota.

Co z kolei prowadzi mnie do Jonathana Pryce’a, wcielającego się w naszego błędnego rycerza z La Manchy. Zaryzykuję stwierdzenie, że to najlepsza rola w jego karierze! Jako Don Kichot jest po prostu kapitalny.

Zabawny, pełen uroku, fascynujący i budzący zarazem współczucie w oddaniu swoim urojeniom. Partnerujący mu Adam Driver też może się spokojnie wyżyć aktorsko. Gilliam dał mu masę przestrzeni do gry, tak więc jego postać przechodzi w filmie liczne stadia rozwoju. Od zblazowania i znudzenia życiem, po nostalgiczną pogoń za wspomnieniami, dezorientację w rzeczywistości, powolne odchodzenie od zmysłów.

W sumie wydaje się, że wszystko zagrało. I absolutnie, jak pisałem wcześniej, nie jest to totalnie nieudany film. Mógłby być krótszy. 132 minuty to absolutnie za dużo i to czuć. Zarówno w pierwszym akcie, jak i strasznie ciągnącym się finale. Do tego film Gilliama momentami jest strasznie chaotyczny. Reżyserowi zabrakło sprawności w łączeniu światów jawy i snów, przez co często wprowadza widza w nieprzyjemną dezorientację.

Scenariusz jako całość opowiada piękną historię, ale niestety został on niepotrzebne utkany ze zbyt wielu wątków i postaci, które na dobrą sprawę nie służą fabule. Nie brakuje też scen trochę nieporadnie wyreżyserowanych, bardziej liczących na umowność i potraktowanie ich przez widza ze zrozumieniem i przymrożeniem oka. Co nie zmienia faktu, że formalnie są niedopracowane.

W kontekście procesu powstawania, który obrósł legendą, “Człowiek, który zabił Don Kichota” można rozpatrywać jako spore rozczarowanie.

Ale też, jeśli już zdecydujecie się na obejrzenie filmu Gilliama, sądzę, że możecie spędzić na nim względnie udany czas.

To interesująca, chwilami szczerze zabawna i urocza produkcja, której daleko do ideału, ale też równie duży dystans dzieli ją od totalnej porażki. Jeśli jednak mielibyście wybierać, to zdecydowanie bardziej doradzam obejrzenie dokumentu “Lost in La Mancha”.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...