Film Robin Williams: W mojej głowie pokazał mi, jak mało wiedziałam o Kapitanie

Recenzje/Film 18.07.2018
Nasza ocena:
Film Robin Williams: W mojej głowie pokazał mi, jak mało wiedziałam o Kapitanie

Film Robin Williams: W mojej głowie pokazał mi, jak mało wiedziałam o Kapitanie

Advertisement

Dokument Robin Williams: W mojej głowie wielu widzom pokaże słynnego aktora i komika w zupełnie nowym świetle i w nieznanych do tej pory rolach. Na przykład oddanego ojca, hojnego dobroczyńcy czy cichego człowieka, zaszywającego się w spokojnym domu na amerykańskiej farmie.

Nie miałam pojęcia o tym, że za pierwszy wielki przełom w karierze Robina Williamsa możemy być wdzięczni… filmowi Star Wars. Nie wiedziałam też, że aktor lubił balować z Johnem Belushim, którego tragiczna śmierć przez przedawkowanie kazała Robinowi się opamiętać. Wiedziałam za to, że Williams musiał być człowiekiem szczerze oddanym komedii i temu, co robi. Nie sądziłam jednak, że tkwiło to w nim tak głęboko. Nie wiedziałam, że udało mu się oddalić problem nałogu aż na kilkadziesiąt lat. Po jego śmierci, w bardzo ogólnej narracji podkreślano, że problemy owe miał. Nie miałam zielonego pojęcia, jak bardzo świadom był stanu swojego umysłu. Nadal nie mam pojęcia, jak musiało to być bolesne.

Dawno temu w Ameryce kręcono hitowy sitcom Happy Days. Jego twórca, Garry Marshall, miał syna Scotta. Gdy w 1977 r. Scott obejrzał film Star Wars postanowił, że już nigdy nie obejrzy serialu ojca. Dlaczego? Bo nie było w nim żadnego przybysza z odległej galaktyki. Ojciec postanowił pójść za otrzymaną od syna inspiracją – w jednym z odcinków Happy Days pojawił się niejaki Mork z Ork. Spodobał się widowni na tyle, że wkrótce później dostał swój własny tytuł – Mork i Mindy.

Rolę Morka zagrał Robin Williams, już wtedy znany w środowisku jako doskonały komik.

A w zasadzie ktoś więcej, co starają się pokazać twórcy filmu Robin Williams: W mojej głowie. Wykształcony aktor nosił w sobie potrzebę ciągłego dowcipkowania. Co wcale nie przeszkadzało mu być człowiekiem śmiertlenie poważnym. Opowieści jego przyjaciół, innych aktorów i komików, jego rodziny, dzieci, aż wreszcie jego samego, bowiem jest on jednym z narratorów w filmie, pokazują nam, jak poważnie podchodził do swojej pracy.

Stand upy i inne występy wymagały od niego wielu przygotowań i ciężkiej harówy. W filmie zostało to mocno podkreślone – wielogodzinne występy, czasem kilka jednego wieczoru, wielomiesięczne trasy czy praca na filmowym planie wymagały od aktora mnóstwo energii i wielkich poświęceń. Jeśli ktoś kiedykolwiek mówił, że życie aktora komediowego to zabawa, niech jak najszybciej to odszczeka.

Z jednej strony roztrzepany, z drugiej perfekcjonista. Z jednej strony zawsze przygotowany do występu, z drugiej potrafił korzystać ze sztuki improwizacji, którą opanował do perfekcji. Jeśli chodzi o aktorstwo twierdził z kolei, że każdy musi znaleźć swój sposób gry.

Niepodobny do nikogo, sam stał się niedoścignionym wzorem dla innych.

Eric Idle, David Letterman czy Billy Crystal to tylko kilka postaci, które opowiadają o swojej przyjaźni z Williamsem. Reżyserka Marina Zenovich snuje opowieść o zwykłym facecie, który znalazł w życiu sposób na wykorzystanie swojego naturalnego talentu. Chronologiczna narracja nie skupia się przesadnie na latach, zwraca raczej uwagę na chwile ważne lub nawet przełomowe w życiu głównego bohatera. A także przede wszystkim na ludzi ważnych dla Williamsa. Wszak w dużej mierze to oni budują tę opowieść.

A także punkty w niesamowitej karierze aktora, najważniejsze role i zadania, których się podejmował. Na przykład trasa po amerykańskich bazach wojskowych, gdzie Williams występował ze swoimi stand upami. Lub role w przełomowych filmach. Kontekst, w którym reżyserka umiejscawia scenę z dramatu Stowarzyszenie Umarłych Poetów, w której John “Kapitan” Keating próbuje zasiać w umysłach uczniów słynną myśl Horacego, jest po prostu cudowny.

Całe szczęście Zenovich nie stawia w filmie niepotrzebnych pytań.

Mam na myśli te związane z podjętą przez niego ostateczną decyzją. Te pytania powinny pozostać w sferze dostępnej rodzinie i najbliższym aktora. Kreślone po jego śmierci banały na temat stanu jego zdrowia, komentowanie jego decyzji przez nieznających go ludzi zdążyły już wyczerpać temat. Choć tak naprawdę wcale nie powinny tematu poruszać.

Zanim jednak reżyserka dociera do tego momentu, bo oczywiście nie da się od tego uciec, za pomocą mało znanych zdjęć, starych nagrań kiepskiej jakości, kreśli historię wspaniałego, choć piekielnie skomplikowanego życia. Intymne anegdoty opowiadane przez przyjaciół i znajomych to skarby, które nie mogą zostać zapomniane. Zenovich zrobiła to tak, że wcale nie czuję, jakbym weszła z butami w czyjeś życie prywatne. Czuję, jakby pokazała osobę Robina Williamsa w całej jej złożoności najrzetelniej, jak tylko się dało.

Film dokumentalny Robin Williams: W mojej głowie znajdziecie na HBO GO.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (3)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...