Soma była tylko wypadkiem przy pracy. Cafe Belga to powrót starego, dobrego Taco Hemingwaya

Recenzje/Muzyka 13.07.2018
Nasza ocena:
Soma była tylko wypadkiem przy pracy. Cafe Belga to powrót starego, dobrego Taco Hemingwaya

Soma była tylko wypadkiem przy pracy. Cafe Belga to powrót starego, dobrego Taco Hemingwaya

Taco Hemingway powraca na właściwe tory. Cafe Belga to naturalna kontynuacja twórczości jednego z najpopularniejszych raperów w Polsce. Płyta pozwalająca zapomnieć o projekcie Taconafide, którego jedynym sukcesem był ten komercyjny.

Fani Filipa Szcześniaka słuchając Cafe Belga poczują się jak u siebie w domu. Albo nawet lepiej: jak w odwiedzinach u dawno niewidzianego znajomego. Po pierwszych bardzo udanych płytach Taco za bardzo uciekł w pop. Pozwolił mi uwierzyć, że jego sukces był w dużej mierze dziełem przypadku. Sam raper zresztą o tym nawija w kawałku Kubrick: “Mówią, że zacząłem tak jak Stanley, ale że zakończę tak jak Patryk Vega”. Podobnych, osobistych linijek jest tu zresztą ogrom.

Po raz kolejny Taco pokazuje, że życie rozchwytywanego rapera nie jest usłane różami. Że musi codziennie udawać kogoś innego niż jest oraz zmagać się z popularnością i fanami. Że pieniądze i popularność nie są remedium na każdy życiowy problem. Na płycie nie brakuje podobnych słodko-gorzkich numerów, zaś klimat albumu potęgują genialne bity Rumaka i Borucciego, do których zostały dopasowane fragmenty wywiadu prowadzonego przez Marka Falla z Filipem Szcześniakiem w Brukseli.

Oczywiście nie jest tak, że cała Cafe Belga to album idealny.

Tytułowy numer wydaje się momentami zbyt patetyczny. Mam wrażenie, że refrenowe wersy typu “Wypili moją krew na hejnał, nie pierwszy raz / Przerzucam sobie cash na PayPal i uciekam, bo mnie ciągle goni świat” mogą spodobać się wyłącznie rozchwianym emocjonalnie nastolatkom. Kawałek ZTM wydaje się nieco przegadany, zaś Abonent jest czasowo niedostępny oraz Modigliani są po prostu nudne. Ale nie na tyle, żeby zdjąć słuchawki.

Na szczęście nie brakuje tu też znacznie bardziej rozrywkowych i bujających numerów, takich jak Wszystko na niby oraz Fiji. Podobać się może też monotonna Motorola, która bezczelnie żeruje na nostalgii i tęsknocie za czasami minionymi. Prawdziwą hajtowską truskawką na torcie jest jednak genialny Adieu, który doskonale podsumowuje cały album. Aż szkoda, że został po nim dodany bonusowy anglojęzyczny kawałek 4 AM in Girona, który okazał się zupełnie zbędny. Tak jakby Taco musiał komuś udowadniać, że zna język Szekspira.

Cafe Belga to płyta w pełni warta wydanych na nią pieniędzy.

Może wydawać się to marna rekomendacja, ponieważ jest dostępna bezpłatnie na Spotify oraz YouTubie. Nie dajcie się jednak zwieść. Na rynku cały czas pojawia się mnóstwo przeraźliwie przeciętnych albumów twórców takich jak Reto czy Young Multi. Cafe Belga na szczęście nie jest jednym z nich i sprawia, że przebieram nogami na myśl o kolejnych projektach Taco Hemingwaya. Zdecydowanie chcę więcej!

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (23)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...