Oglądam rocznie kilkadziesiąt seriali, ale żaden z nich nie jest w stanie konkurować z Rodziną Soprano

Felieton/Seriale 05.07.2018
Oglądam rocznie kilkadziesiąt seriali, ale żaden z nich nie jest w stanie konkurować z Rodziną Soprano

Oglądam rocznie kilkadziesiąt seriali, ale żaden z nich nie jest w stanie konkurować z Rodziną Soprano

Seriale przychodzą i odchodzą. Dziesiątki nowych produkcji przewala się przez serwisy VoD i telewizje. Co roku pojawia się przynajmniej kilka fenomenalnych odcinkowych dzieł. Ale żadne z nich nie jest w stanie konkurować z tym hitem. Rodzina Soprano jest ponadczasowa.

Serial był emitowany od 1999 do 2007 roku. Można więc powiedzieć, że jedną nogą był jeszcze w szalonych latach 90. i dzisiaj ogląda się go tak, jakby pochodził z innej epoki. Już w drugim odcinku pierwszego sezonu jeden z bohaterów napada na ciężarówkę i okrada ją z odtwarzaczy DVD. Gdy rozdziela część łupu wśród mafijnej rodziny, Tony Soprano wyraża obawę, że ciągle jest niewiele treści na ten przestarzały z dzisiejszego punktu widzenia nośnik. To dodaje produkcji tylko uroku i, chociaż niezamierzenie, budzi nostalgiczne uczucia.

Rodzina Soprano to coś więcej niż kultowy serial.

W tamtych latach mógł nie mieć sobie równych, tak dzisiaj bez większych problemów rozkłada na łopatki największe i najpopularniejsze produkcje. Oczywiście jestem w tej opinii skrajnie subiektywny, bo nie planuję odbierać nikomu prawa do tego, aby twierdzić, że smok wyskakujący z jajka jest bardziej emocjonujący niż wizyta mafiosa u psychiatry. Mam jednak poczucie, że Rodzinie Soprano udało się wytrzymać próbę czasu, mimo że problemy, które brała na warsztat, często komentowały zmiany zachodzące w amerykańskim społeczeństwie przełomu wieków.

Tematem serii jest “depresja gangstera” – to brzmi banalnie, chociaż możliwe, że to ze względu na film fabularny z 1999 o tym tytule, ale działa świetnie. Główny bohater, Tony Soprano (James Gandolfini), dostaje ataku paniki, a lekarze mówią, że fizycznie nic mu nie dolega. Udaje się więc do psychiatry, aby dostać leki na depresję. Częścią leczenia są również sesje terapeutyczne, które są o tyle trudne, że Tony nie może opowiadać o szczegółach swojej pracy, gdyż w tej materii terapeutki nie obowiązuje tajemnica lekarska.

Ten narracyjny zabieg pozwala komentować i uzupełniać to, co widzimy na ekranie. Fabularnie daje nam jednak dostęp do zakamarków psychiki pacjenta. Możemy śledzić jego leczenie, próbę wyjścia z traum i odkrycia, dlaczego traci przytomność w miłych, rodzinnych okolicznościach. To oczywiście tylko punkt wyjścia do przemyśleń o rzeczach znacznie poważniejszych. Już na samym początku pojawia się problem, bo wizyta u tego typu specjalisty to samobójstwo dla mafiosa – jego przeciwnicy, podwładni czekają tylko, aż okaże słabość i straci autorytet. To też kwestia patriarchalnego wychowania i tradycyjnego kołnierza, który straszliwie uwiera bohatera i nie pozwala mu się zwrócić o pomoc.

Tony często mówi, że kiedyś mężczyzna to był taki “silny, cichy typ”.

Narzeka, że dzisiaj każdy chodzi do psychiatry, wszyscy mają problemy, a w dawnych – oczywiście wyidealizowanych – czasach mężczyzna radził sobie samodzielnie. Ma tu na myśli twardzieli kina, którzy wyznaczali wzorce męskości. W ten sposób sam przyznaje, że nie może pogodzić się ze swoim problemem.

rodzina soprano

I wskażcie mi drugi serial, który w tak udany sposób zaglądałby w głąb psychiki, analizował ją i stawiał pytania o męskość we współczesnym świecie? Wielkie kłamstewka, które przecież były świetną serią, musnęły tylko część tych problemów, nie wskazując motywacji niewierności, przemocy, męskiej dominacji. A przecież to i tak jedna z tych produkcji, które najuczciwiej rysowały portrety psychologiczne bohaterów.

Bo jeśli spojrzymy na Rodzinę Soprano szerzej, to okaże się, iż mafijny temat jest przyczynkiem do opowiedzenia zupełnie innej historii.

Jasne, nielegalne interesy, brutalne rozwiązywanie problemów, romanse, prostytutki, hazard są ważnym elementem fabuły, ale moim zdaniem jest to tylko narzędzie, żeby zanalizować mentalność na przełomie wieków z perspektywy specyficznej mniejszości, jaką są potomkowie włoskich imigrantów.

Mamy więc dość zamkniętą grupę społeczną, którą łączą nie tylko interesy, ale również wspólne pochodzenie. Zresztą bohaterowie często je afirmują, mówią o tym, ile krzywd “ich ludzie” zaznali w Ameryce. Wszystko to wymyślili Włosi – mówi jeden z bohaterów, stojąc w kawiarni – esspreso, cappuccino, a Amerykanie się na tym bogacą. Oczywiście nie brakuje dyskusji o tym, kto wynalazł radio (oczywiście, że zrobił to Włoch, Marconi) i innych, które mają pokazywać dumę ze swojego pochodzenia. Jednocześnie prawie żaden z bohaterów nie mówi po włosku.

Ta duma jest odrobinę ostentacyjna, fasadowa. Nawet religijność, która jest istotną częścią ich tożsamości, jest bardzo płytka, nie mówiąc już o przestrzeganiu piątego przykazania Dekalogu.

Myślę o tym, jak dzisiaj popularne są historie, które pokazują lokalne społeczności i starają się kreślić miniaturowe światy, pokazywać zależności, specyfikę miejsca. Spójrzcie na Dark, a nawet polskiego Kruka… czy Belfra. Twórcom Rodziny Soprano udaje się nie tylko naszkicować skutecznie mniejszość żyjącą w wielkim mieście, ale również sprawnie grać stereotypami i za ich pomocą skomentować rozpływającą się z czasem tożsamość narodową, która z czasem zamienia się w parodię samej siebie.

Nie chcę oczywiście powiedzieć, że to co tu wymieniam ma decydujące znaczenie, że podnoszone tematy są bardziej wartościowe od rozgrywek na szczycie amerykańskiej polityki, czy sylwetek więźniarek z Litchfield, mnie jednak przekonuje dojrzałość wykonania.

Celowo wymieniam tu seriale, które mają za sobą już kilka sezonów.

The Sopranos doczekała się 6. sezonów. Są wśród nich lepsze i gorsze serie, odcinki. Zaskakująca jest jednak konsekwencja, z jaką twórcy budują swoje postacie. Z sezonu na sezon bohaterowie się starzeją, a dzieciaki dorastają i to właśnie na ich przykładzie najlepiej widać, jak powinno się rozpisywać serialowych bohaterów.

Pozornie nieistotne sceny z początkowych sezonów, okazują się wybrzmiewać w przyszłości. Jak wtedy, gdy Meadow odkrywa, czym zajmuje się jej ojciec, a rodzice tłumaczą jej – bezskutecznie – że Włosi musieli się organizować i zamykać, aby bronić się w tych początkowych etapach emigracji do Ameryki. Dziewczyna odrzuca tę argumentację przedstawiającą Włochów jako ofiary. Jednak w jednym z ostatnich sezonów używa dokładnie tych samych argumentów w trakcie dyskusji z jednym ze swoich rówieśników.

Inna sytuacja, gdy Anthony – syn głównego bohatera – zaczyna przejawiać pewne trudności wychowawcze, które wyrażają się pesymizmem, cynizmem, poczuciem beznadziei. A potem okazuje się, że chłopak ma poważne problemy natury psychicznej, te elementy zaczynają do siebie pasować.

Ten serial – chociaż nie wierzę, aby scenarzyści pisząc pierwszy odcinek, wiedzieli, jak skończy się ta historia – to dowód na to, jakie możliwości ma serial, jako forma opowiadania historii. Nie jest sztuką skakać od wydarzenia do wydarzenia, a gdy już skończą się pomysły, to wymyślać coraz bardziej kuriozalne i nieprawdopodobne wydarzenia.

Wiele seriali dogorywało w ostatnich sezonach, bo twórcy nie wiedzieli, jakie jeszcze nieprawdopodobne historie mogą spotkać bohaterów.

Zaletą The Sopranos jest, że nie utrzymuje status quo na siłę. Jeśli jeden z ważniejszych bohaterów musi zginąć, to ginie. Jeśli ważna para musi się rozejść, to się rozchodzi. Jednak te dramaty nie są kluczowymi punktami serii, są naturalną konsekwencją działań i nie mają ożywiać fabuły i trzymać w napięciu, bo istotniejsze okazują przemiany, które zachodzą w ludziach. To o tyle ważne, że mniej myśli się tutaj w kategorii utrzymania widza przy ekranie na wszelką cenę. Fabuła płynie i nie obiecuje, że co kwadrans wgniecie nas w fotel, po prostu to robi.

Seriale powinny właśnie tak opowiadać historię. Mają bowiem masę czasu, aby móc rozwijać swoich bohaterów.

Do Rodziny Soprano wracałem jeszcze dwukrotnie. Za każdym razem zauważałem nowe fascynujące tematy. A im jestem starszy, tym bardziej rozumiem problemy, z którymi zmagają się bohaterowie – i nie, nie jestem członkiem mafijnej rodziny. Lekkie ukojenie przyniósł mi serial Lilyhammer, gdy w ostatnim odcinku bohater, grany przez Stevena Van Zandta – w The Sopranos aktor wciela się mafiosa Silvia Dante – udaje się do Nowego Jorku, aby zakończyć pewne sprawy. Spotyka tam część obsady z kultowej serii i w ten dowcipny sposób nawiązuje do serialu, który przyniósł mu popularność.

Kontynuacji oczywiście nie będzie, bo James Gandolfini zmarł pięć lat temu w Rzymie. Co jakiś czas pojawiają się doniesienia, że w przygotowaniu jest prequel serii, zresztą spóźniony o co najmniej kilka lat. Ja jednak mam poczucie, że zadanie będzie miał mocno utrudnione, bo dorównać do oryginalnego serialu będzie mu bardzo, bardzo trudno.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (3)

156 odpowiedzi na “Oglądam rocznie kilkadziesiąt seriali, ale żaden z nich nie jest w stanie konkurować z Rodziną Soprano”

  1. TAK! obiema rękoma pod tym artykułem się podpisuję. również oglądam mnóstwo seriali, które bardzo mi się podobają ale Rodzina Soprano to inna liga.

  2. Genialny artykuł!!! Brawo!!! Brawo Panie Konradzie! Czytałem z przyjemnością i jeszcze ze 2 razy sobie przeczytam.
    No ale tak…
    “Ten serial – chociaż nie wierzę, aby scenarzyści pisząc pierwszy odcinek, wiedzieli, jak skończy się ta historia”
    Problem polega na tym, że ta historia się nie skończyła a James Gandolfini w ogóle nie musi żyć żeby był sequel. Jak już wiemy prequel jest w przygotowaniu i… (OBY!!!!) będzie bardzo dobry ale naprawdę jest miejsce na ciąg dalszy.
    Marne to porównanie (ze względu na charakter widowiska) ale jak do “Friends” można wrócić po latach i świetnie się bawić tak do Rodziny Soprano wchodzi się z wielką przyjemnością nawet wiele lat po (domniemanym) zakończeniu historii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...