Dave Matthews Band „Come Tomorrow” – jestem zły i zauroczony

Recenzje/Muzyka 08.06.2018
Nasza ocena:
Dave Matthews Band „Come Tomorrow” – jestem zły i zauroczony

Jestem zły. „Come Tomorrow” mogłoby być płytą wybitną w dorobku Dave Matthews Band, ale obok „Before These Crowded Streets”, czy „Crash” jednym tchem po latach wymieniana nie będzie. Myślę, że to ze względu na strategiczny błąd oddania pracy nad płytą aż czterem różnym producentom.

Kompozycje Dave’a są najlepsze od lat, a już na pewno w XXI w., jednak aranżacje, wykorzystanie dostępnych w zespole instrumentów, mocno szwankują. „Come Tomorrow” słucha się bardziej jako solową płytę Dave’a Matthewsa, aniżeli pełnoprawny album całego DMB. No i stało się też to, czego się bałem – mocno odczuwalny jest brak w zespole skrzypka Boyda Tinsleya. Zawiesił on swoją działalność w kapeli na kilka miesięcy przed wydaniem płyty (oficjalnie ze względu na stan zdrowia, nieoficjalnie ze względu na ciążące na nim zarzuty o molestowanie seksualne).

John Alagia, Mark Batson, Rob Cavallo oraz Rob Evans – ci producenci pracowali przy nowym albumie Dave Matthews Band. Trzech pierwszych współpracowało już wcześniej z zespołem. Nie da się nie odnieść wrażenia, że powstała między nimi rywalizacja, którego z nich dzieła będą bardziej przebojowe, bardziej “radio-friendly”, szybciej wpadające w ucho. W rezultacie mocno zminimalizowano w brzmieniu zespołu to, co stanowi jeden z najbardziej charakterystycznych wyróżników DMB – instrumenty dęte oraz niesamowicie zjawiskowa sekcja rytmiczna.

I jeszcze jedno – wielokrotnie przy ostatnich płytach studyjnych Dave Matthews Band padało oskarżenie, że zespół ma problem, by przenieść energię, pasję i zaangażowanie z występów na żywo do studia. W przypadku „Come Tomorrow”, albumu, który się składa w większości z dobrze znanych utworów, jakie zespół wykonuje na żywo od dawna, jest to chyba najbardziej odczuwalne.

No, ale dobra, przecież nie można przesadnie narzekać, bo „Come Tomorrow” to naprawdę bardzo dobry album. Z kilkoma wybitnymi utworami, którymi jestem wręcz zauroczony.

Zacznę od tych najlepszych. „Idea of You” – ten kawałek to najlepsza big-bandowa kompozycja DMB od czasów „Grey Street”. Maestria, potęga instrumentów dętych, charakterna sekcja rytmiczna i znakomity wokal Dave’a.

Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się aż tak dobrej iteracji „Idea of You”. Utwór ten grany jest bowiem na koncertach od 2012 r. i wielu fanów, w tym ja, uznało go za przechodzonego, bez szans na dobrą reprezentację studyjną. Tymczasem „Idea of You” brzmi w wersji studyjnej wybitnie dobrze. Warto też zwrócić uwagę, że w początkowej fazie utwór zawiera sampel z frazą zagraną przez zmarłego w 2008 r. członka DMB, saksofonisty LeRoi Moora. Piękny gest.

Pozostałe kawałki z mocnymi sekcjami dęciaków: „She” oraz „Can’t Stop” wejdą na stałe do długoterminowego repertuaru koncertowego Dave Matthews Band. Szczególnie ten pierwszy utwór jest typowym dla zespołu szybkim, skocznym numerem, który porywa tłumy i jednocześnie pokazuje cały kunszt wybitnych muzyków.

Znakomicie brzmią także wolne numery z lekko jazzującym aranżem, czyli „Virginia in the Rain” oraz „Here On Out”, choć w nich mocno czuć brak skrzypiec Tinsleya. Zupełnie nową aranżację zdobył utwór „Black and Blue Bird”, który Dave również wykonuje od dawna (często ze swoim gitarowym partnerem Timem Reynoldsem).

I jest to bardzo udane potraktowanie tego niełatwego numeru.

Singlowe „Samurai Cop” oraz „Again and Again” również brzmią jak typowe dobre piosenki Dave Matthews Band, chętnie grane w amerykańskich stacjach radiowych. Nieco uwag miałbym do trzeciego singla (drugiego w kolejności wydania), „That Girl Is You”, szczególnie dlatego, że dwa dni temu zespół opublikował oficjalną wersję live utworu. Brzmi ona lepiej niż mocno oszczędna, prawie solowa wersja Dave’a, na albumie studyjnym. Partia z instrumentami dętymi w wersji live robi przecież cały klimat tego utworu.

Duże poruszenie na fanowskich forach wywołały nieznane wcześniej utwory „Come on Come On” oraz szczególnie „Come Tomorrow”. Mnie przesadnie nie ruszają, bo nie jestem wielkim entuzjastą orkiestrowych aranżacji numerów DMB. To dobre kompozycje, ale podobałyby mi się zdecydowanie bardziej z wykorzystaniem saksofonów, klarnetów i trąbki, a przecież Jeff Coffin oraz Rashawn Ross to absolutnie wybitni fachowcy, szkoda, że w tak niewielkim stopniu wykorzystywani na płytach studyjnych.

Jako zagorzały fan Dave Matthews Band cieszę się ogromnie, że dostałem nową zabawkę, którą będę się bawił przez długie tygodnie, a może nawet miesiące. Mam jednak świadomość, że ta zabawka spokojnie mogłaby być jedną z moich ulubionych w historii, jednak z pewnością nie będzie.

Dave Matthews Band „Come Tomorrow” 7/10.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...