Uniwersum Avengers rozwija się lepiej niż Star Wars. I wcale nie chodzi o pieniądze

Felieton/Film 10.05.2018
Uniwersum Avengers rozwija się lepiej niż Star Wars. I wcale nie chodzi o pieniądze

Uniwersum Avengers rozwija się lepiej niż Star Wars. I wcale nie chodzi o pieniądze

Avengers: Wojna bez granic okazał się piękną klamrą spinającą ostatnie 10 lat działalności Marvel Studios. A w moich oczach, chociaż byłem, jestem i będę ogromnym fanem Gwiezdnych wojen, a obie marki należą do Disneya, uniwersum Avengers rozwija się teraz sprawniej niż Star Wars.

Światy pełne superbohaterów wykreowane przez wydawnictwa komiksowe Marvel oraz DC, a także cykl Gwiezdne wojny mają ze sobą wiele wspólnego. Niewiele jest fikcyjnych uniwersów, które przez dekady fascynują kolejne pokolenia i są aż tak rozbudowane i wielowarstwowe.

Przez lata Gwiezdne wojny porażały rozmachem, jeśli chodzi o rozwijanie pierwotnego pomysłu.

Dzięki książkom, komiksom i grom wideo mogliśmy cofnąć się do zamierzchłych czasów Starej Republiki i obserwować pierwsze konflikty Jedi z Sithami. Dowiedzieliśmy się, co tak naprawdę doprowadziło do wybuchu Wojen klonów. Byliśmy świadkami powstania nowego rządu po upadku Imperium oraz inwazji przerażających Yhuuzan Vongów. I wiele, wiele więcej.

Czytaj też: Expanded Universe, czyli streszczamy 30 lat uniwersum Star Wars

Inicjatywa o nazwie Expanded Universe otworzyła drogę setkom autorów, którzy wzbogacali odległą galaktykę swoimi opowieściami. Pojawiło się mnóstwo wspaniałych postaci spoza filmów, których przygody śledziłem przez lata: Revan, Darth Bane, Thrawn, Mara Jade, cały nowy Zakon Jedi, Cade Skywalker – to naprawdę świetnie napisani, niejednoznaczni bohaterowie.

star wars kontra marvel 1

Problem w tym, że Disney po przejęciu praw do marki Star Wars, wyrzucił Expanded Universe do śmieci.

Innego wyjścia nie było, mając w perspektywie zupełnie nowe filmy. No i oczywiście nikt nie przyszedł do mnie do domu i nie spalił kolekcjonowanych od nastoletnich lat książek. Nikt nie usunął z mojego czytnika gwiezdnowojennych e-booków, a tym bardziej nie zabrał mi wspaniałych wspomnień. Odległa galaktyka nagle stała się dziwnie pusta i sterylna.

W kolejnych epizodach obserwujemy wyłącznie jej obrzeża. Nie wiemy, jak tak naprawdę wyglądała Nowa Republika, która powstała i upadła pomiędzy kolejnymi trylogiami. Tak samo, jak Zakon Jedi, którego Luke’owi Skywalkerowi odbudować się nie udało. Nowe książki z nielicznymi wyjątkami – Lost Stars, Rogue One: Catalyst, Bloodlines – nie mają już w sobie ducha Expanded Universe.

Nie zrozumcie mnie źle: jaram się kolejnymi częściami sagi Star Wars i oglądałem nowe filmy już kilkukrotnie.

To wspaniałe widowiska, które albo grają na nostalgii (Przebudzenie Mocy), albo zaskakują odważnymi ruchami fabularnymi (Rogue One, Ostatni Jedi). Czytam też wszystkie kolejne powieści i komiksy, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że nie rozbudowują jednak świata poza dobrze znane ramy. A z pewnością nie w takim stopniu jak wcześniej Expanded Universe.

star wars kontra marvel 2

Dalsze losy Luke’a Skywalkera i jego Zakonu były zaskoczeniem, ale trylogia seqeueli to na dobrą sprawę ten sam konflikt, który znamy, ale przy udziale nowego pokolenia. Znamienne było, że przedstawiciele Ruchu Oporu w Ostatnim Jedi sami zaczęli nazywać się Rebeliantami. Tak jakby mieszkańcy odległej galaktyki tkwili w miejscu. Razem z fanami.

Marvel w tym samym czasie zrealizował swój najbardziej ambitny projekt.

Avengers: Infinity War zachwyca nie tylko efektami i fabułą, a pod względem rozmachu. Disney w jednym obrazi zebrał kilkadziesiąt postaci, które kolejno przedstawiano nam przez lata. I to w taki sposób, że film był pełen smaczków dla wieloletnich fanów, a do tego był przystępny dla niedzielnych widzów, którzy nie widzieli wszystkich poprzednich 18 (!) części tego cyklu.

To było nie lada wyzwanie zarówno dla scenarzystów, jak i ludzi od logistyki – w końcu trzeba było zgrać ze sobą napięte grafiki dziesiątek mniejszych i większych gwiazd. Chociażby z powodu połączenia ich wszystkich w jednej produkcji należą się braciom Russo wyrazy uznania, a oni przecież do tego dodali od siebie naprawdę wiarygodnego i niejednoznacznego złoczyńcę oraz angażującą intrygę.

avengers wojna bez granic

Marvel Cinematic Universe istnieje zaledwie od dekady, ale korzysta z kilkudziesięcioletniej spuścizny.

Można oczywiście by kręcić nosem, że porównanie Star Wars do Marvel Cinematic Universe to świętokradztwo, a obie serie filmowe nie grają nawet w tej samej lidze. Ale jeśli spojrzeć szerzej, optyka się zmienia. Komiksy wydawnictwa Marvel z bohaterami, którzy w de facto niezmienionej formie są z nami po dziś dzień, pojawiły się już w latach 60. ubiegłego wieku, a filmy nie są wyłącznie adaptacją.

Różnica jest taka, że Disney w przypadku Marvela wykorzystał 10 lat temu komiksy jako inspirację. Były materiałem źródłowym dla zupełnie nowej serii, stricte aktorskiej. W przypadku Gwiezdnych wojen odrzucono wszystko poza filmami Lucasa i serialami animowanymi na licencji, ale dopiero w 2014 roku. Odległą galaktykę zaludnia Disney od nowa nie tylko filmami, ale krócej niż kinowe uniwersum Marvela.

I w rezultacie role się odwróciły.

Tak jak jeszcze kilka lat temu nie przyszłoby mi do głowy, by w ogóle rozpatrywać świat o superbohaterach Marvela na tej samej płaszczyźnie, co Gwiezdne wojny, tak teraz złapałem się na tym, że filmowe uniwersum pełne Avengersów (i nie tylko – mamy w końcu też seriale: Agenci T.A.R.C.Z.Y, The Defenders itp.) jest w moich oczach żywsze i pełniejsze, niż świat wykreowany przez George’a Lucasa.

avengers mity

Dla miłośników popkultury i blockbusterów oczywiście nie jest to żadna katastrofa, bo często fani jednej marki z chęcią poświęcają czas drugiej. Mam jednak nadzieję, że Lucasfilm wreszcie weźmie się do roboty. Bo tak jak rozumiałem po premierze Przebudzenia Mocy bezpieczne zagrywki z powolnym rozwijaniem tła, tak powoli zaczynam się niecierpliwić.

Tym bardziej że spin-offy opowiadają jeszcze raz historie, które już dobrze znamy.

O zdobyciu planów Gwiazdy Śmierci opowiadano kilka razy. Rouge One zaskoczył pokazaniem brutalnej wojny w Gwiezdnych wojnach, ale to ciągle nie to. Młodość Hana Solo też była już opisana. Mam nadzieję, że film o jego przygodach okaże się świetny, ale to nadal dreptanie w miejscu. Na kolejny epizod poczekamy jeszcze półtora roku, a kolejne serie filmów i seriale to ciągle pieśń przyszłości.

Z kolei na froncie powieści, komiksów i gier w planach wydawniczych nie widać teraz kompletnie nic ciekawego! Electronic Arts zajęło się serią Battlefront, czyli strzelaniną multiplayer. Dostajemy za dużo materiałów uzupełniających odtwórcze filmy, a za mało zaskakujących historii od nich oderwanych. Liczę jednak cały czas na to, że Gwiezdne wojny takiej swojej Wojny bez granic, która będzie zwieńczeniem lat pracy, w ciągu kilku lat się wreszcie doczekają.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (7)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...