Długi marsz śladami Thanosa. Avengers: Wojna bez granic – recenzja

Recenzje/Film 26.04.2018
Nasza ocena:
Długi marsz śladami Thanosa. Avengers: Wojna bez granic – recenzja

Marvel Cinematic Universe zmierza nieuchronnie do końca wraz z Avengers: Wojna bez granic. Mogliście już zapoznać się z pierwszą recenzją bez spoilerów oraz wrażeniami zza oceanu. Takie recenzje mają jednak sens tylko w przypadku festiwalu zachwytów. A na te nowi Avengers mimo wszystko nie zasługują.

Uwaga, materiał zawiera spoilery z Avengers: Wojna bez granic. Czytasz na własną odpowiedzialność.

Jedną z najbardziej popularnych teorii spiskowych w świecie filmu jest ta dotycząca rzekomo zawyżonej oceny filmów Disneya przez recenzentów. I choć, jak to z internetowymi spiskami bywa, nie ma żadnych dowodów, to sam jestem osobą, która dosyć krytycznie podchodziła do dzieł MCU. Widziałem ogromne dziury fabularne w Zimowym żołnierzu, brak dramaturgii w Thor: Ragnarok czy wymuszone żarty i “młodzieżowość” w Spider-Man: Homecoming.

Dlatego do Avengers: Wojna bez granic podchodziłem z dużą dozą ostrożności i sceptycyzmu. Stworzenie wielkiego filmowego widowiska nie jest wbrew pozorom takie trudne. Nie przy budżetach, które mają największe hollywoodzkie wytwórnie. Zrobić z tego widowiska wiarygodną i interesującą historię, która zostanie z widzem na dłużej, to jednak najwyższa szkoła jazdy.

Jak poradzili sobie nowi Avengers?

Przygotujcie się na to, że wszystkie trailery mogły kłamać. W czasach, gdy zwiastuny nagminnie zdradzają całą fabułę filmu przed pójściem do kina, nie jest to nawet niczym złym. Warto jednak zdać sobie sprawę, że pokazane przed premierą wydarzenia obejmują bardzo niewielki odsetek finałowego dzieła.

Avengers: Wojna bez granic to w jakichś 70 proc. ekspozycja. Obserwujemy kolejne kamienie milowe, które pokonuje Thanos, żeby zdobyć wszystkie Kamienie Nieskończoności. Na jego drodze muszą stanąć kolejni bohaterowie, a ich połączenie w grupki też wymaga czasu i sporo wytłumaczeń. Widzowie śledzą więc akcję na różnych planetach i płaszczyznach czasowych. Cały ten, zdecydowanie przydługi, wstęp stosunkowo szybko staje się męczący. Niewiele tam emocji. Tworzenie uniwersum ma to do siebie, że wymaga planowania i przedstawiania pewnych rzeczy zawczasu. Dlatego jeszcze przed seansem nietrudno było się domyślić, że prędzej czy później Thanos zbierze wszystkie Kamienie i zmusi swoich przeciwników do ostatniego boju na śmierć i życie w kolejnej części.

Największym plusem takiego podejścia jest możliwość lepszego poznania motywacji Thanosa.

Nie zrozumcie mnie źle, jego wizja wszechświata to wciąż pseudofilozofia dla ubogich, która załamuje się jak domek z kart, gdy tylko postawi się ją przed odpowiednimi pytaniami. Mieszkaniec Tytana ma jednak przynajmniej stosunkowo sensowne motywacje, a widzowie mogą go poznać z innych, nietypowych stron. Duża w tym zasługa Josha Brolina, który potrafi wlać życie w Thanosa. To nie kolejny papierowy przeciwnik. Dlatego nawet mimo, że antagonista Avengers: Wojna bez granic jest silny słabością swoich poprzedników, to ten film i tak należy do niego.

Siłą rzeczy mniej uświadczymy w filmie bohaterów. Ekran i tak momentami pęka w szwach od postaci. Fani niektórych Avengersów będą musieli się więc pogodzić z tym, że nie zobaczą swoich ulubieńców zbyt długo na ekranie. Zwłaszcza, że zgodnie z zapowiedziami poniesione zostaną też pewne ofiary.

Trup w Avengers: Wojna bez granic nie ściele się może gęsto (przynajmniej do finału), ale nikt nie jest bezpieczny.

To dobra wiadomość. Bardzo długo filmy Marvela były oskarżane o to, że nie niosą za sobą żadnych konsekwencji (finał Wojny bohaterów został rozwiązany w Infinity War za pomocą jednej sceny “na odwal”), ale tym razem jest inaczej. Scenarzystom udało się przedstawić te odejścia w sposób godny zapamiętania i sensowny. Właściwie tylko jedna śmierć sprawiła niewiarygodne wrażenie i wykraczała poza charakter postaci. O ile uwierzymy, że bohater, o którego chodzi naprawdę umarł. Można mieć co do tego wątpliwości.

Równie problematycznie co fabuła, wypadają strona wizualna i choreografia walk. Marvel wciąż robi to lepiej od swoich konkurentów. W Avengers: Wojna bez granic nie dostaniemy jednak niczego równie dobrego jak walki z Wojny bohaterów. Również dlatego, że duża część filmu tocząca się w kosmosie i na obcych planetach wymaga użycia green screenów. Nic nie kole w oczy tak bardzo jak sceny z Ligi Sprawiedliwości, ale kolory często nachodzą na siebie, tworząc wizualny chaos. Finałowa bitwa robi wrażenie, lecz nie trwa wcale tak długo, jak można by się spodziewać. Wszystko to sprawia, że Avengers: Wojna bez granic jest filmem co najwyżej średnim.

avengers infinity war

Pytanie czy w ogóle mógł być lepszy. Moim zdaniem nie.

Nowy film Marvela cierpi na to, że jest jedynie wstępem do ostatecznej potyczki. Twórcy ostatnich Avengers dopiero przygotowali pionki pod rozgrywkę i zaczęli przewracać niektóre figury. Sens i jakość Avengers: Wojna bez granic będzie można w pełni ocenić dopiero po obejrzeniu obu części. To wtedy dowiemy się, czy warto było zainteresować się Thanosem i czy Avengers zostaną zapamiętani jako coś więcej niż filmowa ciekawostka i niezwykle dochodowe źródło.

Koniec tej fazy filmów Marvela, a zarazem początek kolejnej, która będzie zupełnie nowym rozdaniem, wydaje się intrygujący. Personalia Avengersów, którzy przeżyli potyczkę z Thanosem wyraźnie pokazują, że twórcom i aktorom MCU zależy na godnym pożegnaniu z serią. Oby się im to udało. Pierwszy krok został wykonany, ale po nim musi przyjść kolejny, znacznie lepszy.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (5)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement