„Kruk. Szepty słychać po zmroku” to dla mnie polskie „True Detective”

Felieton/Seriale 23.04.2018
Nasza ocena:
„Kruk. Szepty słychać po zmroku” to dla mnie polskie „True Detective”

„Kruk. Szepty słychać po zmroku” to dla mnie polskie „True Detective”

Wiem, że nie lubicie takich porównań. Sam za nimi nie przepadam, ale w tym przypadku wydaje mi się to uzasadnione – „Kruk” to taki polski „True Detective”.

Prześledźcie proszę mój tok rozumowania.

Po pierwsze – miejsce akcji

Tak jak „True Detective”, akcja „Kruka” dzieje się w bardzo specyficznym miejscu – amerykański serial w amerykańskim stanie Luizjana, polski na Podlasiu. Te miejsca determinują całość odbioru obrazu. Są przytłaczające, przygnębiające, dołujące, lecz jednak w tym samym momencie również onieśmielające i na swój sposób piękne. Te miejsca determinują postaci – zarówno głównych bohaterów, których zastana lokalność potężnie tłamsi, jak i tych z szerszego planu, z których lokalność wręcz się wylewa. Można nawet założyć, że w obu serialach to właśnie miejsca są głównymi bohaterami, bo to tylko tu, w tych konkretnych lokalizacjach, te niezwykle gęste historie mogły się wydarzyć.

Po drugie – scenariusz

Jestem wręcz pewny, że scenarzysta „Kruka”, Jakub Korolczuk, był mocno zafascynowany dziełem Nicka Pizzolatto – pierwszym sezonem „True Detective”, a polska produkcja to poniekąd odpowiedź na to amerykańskie dzieło. Tak jak w pierwszym sezonie „True Detective”, w „Kruku” mamy częściową narrację retrospektywną, która ma mocny wpływ na to, co dzieje się tu i teraz. Odkrywanie głównych postaci – rozumienie ich postaw, zdobywanie wiedzy o ich motywacjach – dzieje się wraz z wyjawianiem poszczególnych kart z przeszłości. Spektakularny finał ma już jednak miejsce w czasie rzeczywistym i kończy się prawdziwą jatką. Ach, no i w obu przypadkach mamy końcową scenę katharsis głównych postaci, które z oka każdego wrażliwego widza wycisną łzę.

Po trzecie – elementy nadprzyrodzone

W obu produkcjach niebagatelną rolę odgrywają elementy nadprzyrodzone, choć może w „Kruku” nieco większą aniżeli w „True Detective”. W polskim serialu są one głównie wymysłem chorej, popapranej duszy głównego bohatera, w amerykańskim z kolei są elementem gry złoczyńcy ze stróżami prawa. W przypadku obu seriali elementy nadprzyrodzone mają jednak związek z lokalnymi wierzeniami i tajemnicami – wykorzystują różnego rodzaju zabobony i miejscowe irracjonalności, które doprowadzają ich do rozwiązania kryminalnych zagadek.

Po czwarte – filtry kamery

Klimaty obu opowieści telewizyjnych w niesamowity sposób budowane są także odpowiednimi filtrami kolorystycznymi nałożonymi na kamery. W przypadku „True Detective” dominują kolory zgniłej zieleni, w „Kruku” natomiast mamy szarość i podlaski mglisty półmrok. To nie tylko potęguje elementy grozy w obu opowieściach, to również dodaje wiarygodności w kontekście lokalnego charakteru obu historii. Trudno powiedzieć, by zdjęcia w obu serialach były „ładne”. U widzów rodzi się raczej niewygodne poczucie zgnilizny, zepsucia, swądu i lokalnego smrodu.

Po piąte – znakomita gra aktorska

Dodajmy aktorów nieco odkurzonych, bo przecież zarówno duet Matthew McConaughey/Woody Harrelson, jak i Michał Żurawski, rolami w tych serialach raczej wracali do pierwszej ligi poważnych aktorów, aniżeli odcinali kupony od swoich topów (specjalnie nie wymieniłem tutaj drugiego z krukowego duetu, Cezarego Łukaszewicza, bo ten jest akurat na niesamowitej fali wzrostu). Mam wielką nadzieję, że Żurawski skończy z idiotycznymi serialami… tfu tfu obyczajowymi w TVN-ie i po „Kruku” zacznie dostawać takie role dramatyczne, na jakie niewątpliwie zasługuje.

kruk recenzja

Po szóste – butikowość

Oba seriale nie emanują budżetem. Ba, w obu przypadkach widać wręcz oszczędność – zarówno pod kątem produkcyjnym (nie ma tu wielu typowych dla seriali sensacyjnych fajerwerków), jak i scenariuszowym (historia jest rozpisana tak, by był to serial grany głównie słowem oraz mimiką twarzy aktorów). W przypadku obu seriali wyszły z tego perełki, których prawdziwy blask odkryją tylko widzowie o odpowiedniej serialowej wrażliwości.

Nie skłamię, jeśli wyznam, że dla mnie „Kruk. Szepty słychać po zmroku” to najlepsza obok „Watahy” polska produkcja ostatnich lat. Bije na wskroś poprzedni serialowy pomysł nc+, czyli „Belfra”. Mam wielką nadzieję, że (ponoć) niezbyt spektakularne wyniki oglądalności „Kruka” nie zniechęcą włodarzy ITI przed kontynuowaniem historii komisarza Adama Kruka.

Coś mi się bowiem wydaje, że „Kruk” s1 ma szansę być odkrywanym przez wiele miesięcy po zakończeniu jego emisji. Ma bowiem w sobie element tej telewizyjnej magii, którą prawdziwi koneserzy świetnie wyprodukowanych, dobrych historii na małym ekranie będą tu odkrywać przez długie miesiące.

A może nawet lata.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (7)

42 odpowiedzi na “„Kruk. Szepty słychać po zmroku” to dla mnie polskie „True Detective””

  1. Pytanko: z tym serialem to macie jakąś „akcję partnerską”? Strasznie dużo produkujecie tekstów o nim i zawsze używacie tej durnej pełnej nazwy. Jakoś dziwnie to wygląda ;)

    • Gdyby była akcja partnerska, byłaby opisana. Jesteś po prostu w serwisie Spider’s Web Rozrywka, który poświęcony jest dobrej cyfrowej rozrywce. O dobrych produkcjach piszemy dużo i obficie.

  2. Oczywiście mowa o sezonie drugim True Detective? Jedno i drugie nie dało się oglądać. Kruk? Słaby serial, beznadziejny ostatni odcinek.
    Kogo chcecie oszukać?

  3. W samej rzeczy. Dla mnie w “Kruku” najważniejsze są dwie sprawy. Pierwsze, to zmaganie się z samym sobą czy chorobą (jak zwał tak zwał) głównego bohatera. Drugie, to dwie różne ścieżki życiowe, dwóch różnych postaci, których traumy mają to samo źródło i ukształtowały resztę ich życia, którzy dążą do rozwiązania sprawy i ich spotkanie na samym końcu.

  4. Białystok – 300-tysięczne miasto wyglądające jak Przasnysz, w którym na dodatek wszyscy się znają. Po co umieszczać akcję w dużym mieście, skoro w okolicy są znacznie lepsze i bardziej wiarygodne dla akcji miasteczka jak Bielsk Podlaski czy Hajnówka? Tam faktycznie sieć powiązań może (nie wiem) być gęstsza, ale nie tak dużym, jak nasze warunki, mieście.
    Na dodatek szef policji rodem z “U pana Boga za piecem”, “narodowcy” chodzący ciągle w szalikach kibolskich, reszta zwykle w swetrach z lat 90. I jeszcze Jakus odgrywający po raz enty tę samą rolę, tu w ogóle przerysowaną i przez to smieszną. Pomysł był, ale wykonanie takie sobie. najgorsze, że wątek rudego koleżki nawet niebyt bystry widz rozszyfruje po pierwszym odcinku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisement

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...