James Cameron ma dość taśmowych filmów o superbohaterach, a sam kręci właśnie cztery sequele Avatara

Felieton/Film 23.04.2018
James Cameron ma dość taśmowych filmów o superbohaterach, a sam kręci właśnie cztery sequele Avatara

James Cameron ma dość taśmowych filmów o superbohaterach, a sam kręci właśnie cztery sequele Avatara

Oj, chyba James Cameron słabo znosi fakt, że nie jest już “królem świata”. Samemu będąc w fazie produkcji kolejnych “Terminatorów” i “Avatarów”, po raz kolejny nie może się powstrzymać od kąśliwych komentarzy odnoście komiksowych widowisk.

Jeszcze względnie niedawno James Cameron krytykował film “Wonder Woman”, uznając go za krok do tyłu w rozwoju kobiecych postaci w kinie:

Mimo mojego podziwu dla reżyserskich umiejętności Patty [Jenkins] i Hollywood za, powiedzmy, „pozwolenie” kobiecie reżyserowania dużego filmu akcji całej marki, nie uważam, żeby w “Wonder Woman” było cokolwiek przełomowego. Uważam, że to był dobry film. I tyle. Na pewno zszokowały mnie głosy, że mój komentarz był kontrowersyjny. Dla mnie to była oczywistość. Po prostu myślę, że Hollywood nie ma pojęcia o tym, jak podejść do postaci kobiet w komercyjnych widowiskach. Niby wydaje im się, że złamali kod i wiedzą już jak się za to zabrać, a jak przychodzi co do czego, robią typowe widowisko dla 18-letnich, albo 14-letnich chłopaków – mówił James Cameron.

Może to zbyt uproszczona uwaga z mojej strony, ale nie cofnę swoich słów; dodam do nich mały drobiazg: podoba mi się, że Diana seksualnie górowała nad męskimi postaciami, uważam, że to było bardzo udane – dodał reżyser “Avatara” [tłum. autora]

Teraz, tuż przed premierą długo wyczekiwanego “Avengers: Wojna bez granic”, autor “Terminatora” ponownie zabrał głos:

Mam nadzieję, że lada moment publiczność znudzi się Avengersami. Nie żebym nie lubił tych filmów, ale jest jeszcze cała masa innych historii science-fiction, które można opowiadać niż ciągłe mielenie supersamców, którym odebrano rodzinę i igrając ze śmiercią, niszczą całe miasta przez dwie godziny trwania owych produkcji.

Gdzieś tam oczywiście Cameron ma rację. Sam chwilami czuję przesyt spowodowany istną ekspansją marvelowskich widowisk i ich dominacją w światowych kinach.

Z drugiej strony, każdy kolejny film MCU sprzedaje się przeważnie tak samo, albo nawet lepiej niż poprzednik, co oznacza, że widownia nadal chce to oglądać i absolutnie nie jest zmęczona przygodami bohaterów w lateksowych strojach.

Zgadzam się też z tym, że nadmierne skupienie na taśmowym produkowaniu praktycznie takich samych, generycznych widowisk o superbohaterach w jakiś sposób na pewno hamuje rozwój kina science-fiction. Z drugiej strony ten gatunek radzi sobie wcale nie najgorzej w ostatnich latach. Było nie było, w kinie i telewizji mogliśmy oglądać niemałą liczbę ciekawych propozycji sci-fi – “Anihilacja”, “Nowy początek”, “Blade Runner 2049”, “The Expanse”, “Humans”. A nawet, jeśli się przymknie jedno oko, to i “Altered Carbon” nie jest totalną tragedią.

Najgorsze jednak jest to, że słowa krytyki pod adresem superbohaterskiego kina padają z ust człowieka, który sam odcina kupony od kilku swoich oryginalnych tworów.

James Cameron aktywnie zaangażowany jest obecnie w produkcję aż czterech sequeli “Avatara”. Co więcej, pycha pozwala mu na porównanie owej sagi do “Ojca Chrzestnego”.

To wielopokoleniowa saga rodzinna. Sequele będą bardzo odmienne od pierwszego Avatara. Pozostajemy na Pandorze i cały czas przewija się motyw konfrontacji z czymś nowym. Ciągle chcemy pokazać wam rzeczy, których sobie nie wyobrażaliście, ale fabuła jest zupełnie inna. Przyglądamy się temu, co dzieje się z gotowymi walczyć na śmierć i życie wojownikami, którzy dojrzewają, zakładają rodziny i mają potomstwo. [tłum. autora]

Reżyser, którego produktywność od ponad już 20 lat od premiery “Titanica” ogranicza się do jednego, dość średniego filmu sci-fi, nad którym planuje pracować kolejne 10 lat, wydaje mi się dość średnim autorytetem do wygłaszania mesjanistycznych kwestii odnośnie kina science-fiction.

Oprócz tego Cameron zaangażowany jest też w produkcję szóstej już odsłony “Terminatora”. Marki, która na dobrą sprawę skończyła się wraz z “Dniem sądu” w 1991 roku, a mimo wszystko nadal jest usilnie kontynuowana. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że za “Terminatora 6” odpowiadać będzie Tim Miller, mam poważne obawy o jakość i sens ciągnięcia tej serii.

Nie rozumiem więc, skąd te uwagi ze strony Camerona w sytuacji, w której on sam nie próbuje specjalnie rozwinąć i poszerzyć ram science-fiction.

Przypominam, że “Avatar”, choć olśniewający od strony wizualnej i formalnie zachwycający, to w warstwie fabularnej jest tak naprawdę recyklingiem utartych schematów. Nie tylko z sci-fi.

I tymczasem, wszystkie znaki na niebie i Ziemi wskazują, że “Avengers: Wojna bez granic” pobiją kasowe i frekwencyjne rekordy, więc tak bardzo upragnione przez Camerona zmęczenie materiału nie nastąpi raczej szybko.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

14 odpowiedzi na “James Cameron ma dość taśmowych filmów o superbohaterach, a sam kręci właśnie cztery sequele Avatara”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...