Popkultura przemocy. Czy Gwiezdne wojny opowiadają o terrorystach, a widzowie zawsze kibicują tym “złym”?

Felieton/Film 13.04.2018
Popkultura przemocy. Czy Gwiezdne wojny opowiadają o terrorystach, a widzowie zawsze kibicują tym “złym”?

Popkultura przemocy. Czy Gwiezdne wojny opowiadają o terrorystach, a widzowie zawsze kibicują tym “złym”?

Całkiem niedawno Margaret Atwood, autorka głośnej “Opowieści podręcznej”, tuż przed premierą drugiego sezonu serialu na podstawie jej książki, poruszyła dość ciekawy temat dotyczący tego, jak popkultura promuje i afirmuje używanie przemocy oraz inspiruje terrorystów.

Jeśli sądziliście, że nie ma nic gorszego niż trylogia prequeli “Gwiezdnych wojen”, to wiedzcie, że autorka “Opowieści podręcznej” ma o wiele gorsze zdanie o klasycznych Star Wars.

W niedawno opublikowanym wywiadzie na łamach Variety Margaret Atwood stwierdziła, że pomysł na zamachy z 11 września terroryści wzięli z pierwszych “Gwiezdnych wojen” z 1977 roku:

Pamiętasz pierwszą część? Jak dwóch kolesi wlatuje samolotem w środek czegoś i wysadza to w powietrze? Jedyną różnicą jest to, że w “Gwiezdnych wojnach” zamachowcy zdołali uciec. Zaraz po 11 września zatrudniono scenarzystów z Hollywood, żeby powiedzieli, jak ta historia może się potoczyć. Pisarze science-fiction są dobrzy w tego typu sprawach, potrafią przewidzieć, co się może wydarzyć. Nie wszystkie scenariusze się sprawdzają, ale powstają z tego ciekawe historie “co by było, gdyby” – mówi w wywiadzie Margaret Atwood.

I można dyskutować z tym, na ile jest to “teoria spiskowa”, złośliwość, specyficzne poczucie humoru Atwood, czy pisarka naprawdę tak sądzi, ale coś jest na rzeczy.

W jednym z wywiadów przy okazji premiery “Ostatniego Jedi”, John Boyega otwarcie przyznał, że jego bohater, Finn, jest “kosmicznym terrorystą”.

To, że w filmach, nie tylko hollywoodzkich, jest pełno przemocy to jedna kwestia. Zresztą sięgając dalej, przemoc towarzyszy nam od zarania dziejów. Sama Biblia, jak i wszelkie podania oraz ludowe legendy, są wręcz napakowane okrucieństwem i brutalnością.

Sęk w tym, że wiele współczesnych produkcji wykorzystuje te nasze atawistyczne popędy i zainteresowania w sposób łatwo przyswajalny i sprawia, że przemoc pokazywana na ekranie staje się cool.

Mistrzem w sztuce przemocy w kinie jest bez wątpienia Quentin Tarantino, co nie jest chyba dla nikogo specjalnym odkryciem. Wychowało się na nim niejedno już pokolenie filmowców i kinomanów, którzy tylko czekają na jego kolejny film, tym razem opowiadający o brutalnym mordzie na Sharon Tate i jej nienarodzonym dziecku, dokonanym przez bandę Charlesa Mansona.

Już same przecież komiksy i filmy o superbohaterach promują dyskurs za pomocą pięści i rozwiązywanie problemów za pośrednictwem zabijania i wielkich bitew pośrodku metropolii.

Oczywiście, w pewnym momencie scenarzyści filmów o superbohaterach pochylili się i nad tym problemem. W “Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów” punktem wyjścia dla fabuły było odniesienie się do zniszczeń, jakie wywołały w Sokovii potyczki z armią Ultrona z finału “Avengers: Czas Ultrona”. Podobnie w “Batman v Superman”, kiedy to Bruce Wayne chciał rozliczyć się z Supermanem za zniszczenia w Metropolis, jakie zostały spowodowane podczas jego walki z Zodem w “Człowieku ze stali”.

Ale fakt jest faktem, przemoc, jako wdzięczny i dźwięczny temat pozostaje w centrum większości mainstreamowych opowieści.

I to nie ku przestrodze, ale jako środek prowadzący do celu i zwycięstwa dobra nad złem. W “pechowy” piątek 13 kwietnia do naszych kin weszły dwa filmy: “Życzenie śmierci” oraz “Nigdy cię tu nie było” – oba dość mocno flirtujące z obrazowaniem przemocy i ukazujące ją jako najlepszy z możliwych sposobów do walki ze złem.

W “Życzeniu śmierci”, główny bohater grany przez Bruce’a Willisa, widząc nieporadność policji, sam zaczyna wymierzać sprawiedliwość na oprawcach swojej żony i córki, zabijając ich z zimną krwią. Wymowa filmu jest jasna – jeśli chcemy być bezpieczni i zapobiegać złu na świecie, to powinniśmy przestać liczyć na władzę, tylko sami sięgnąć po broń i wystrzelać przeciwników.

W “Nigdy cię tu nie było” Joaquin Phoenix z młotkiem w ręku brutalnie poluje na szajkę pedofilii, jednocześnie samemu borykając się z traumami brutalnej wojny, w której swego czasu brał udział, jak i również przemocy z dzieciństwa.

Nawet jeśli filmowcy opisują patologię, to robią to w taki sposób, że zaczynamy kibicować tym zachowaniom, przez co stają się one uznawane za jedyne właściwe.

W Ameryce, w której posiadanie broni wpisane jest poniekąd w konstytucję, jak i należy do mitologii oraz poetyki tego kraju, tego typu przekazy znajdują szczególnie podatny grunt. Ale tak na dobrą sprawę, przynajmniej z tego co oznajmia nam Margaret Atwood, tego typu produkcje wszędzie znajdą dla siebie posłuch, także w bardziej odległych miejscach na świecie, gdzie owe negatywne inspiracje mogą zakiełkować w zaburzonych umysłach.

Oczywiście, wszystko jest dla ludzi i nie możemy popadać w skrajności oraz oskarżać Hollywood o terroryzm, ale nie da się ukryć, że żyjemy w czasach wyjątkowo nasilonej gloryfikacji przemocy. Chyba nic z tym nie zrobimy. Miejmy tylko nadzieję, że twórcy popkultury zmienią trochę punkt ciężkości, a przemoc, z którą stykamy się codziennie, także w realnym życiu, zacznie być pokazywana w innym świetle niż to miało miejsce dotychczas.

AKTUALIZACJA:

Atwood nie ma zamiaru wycofywać się ze swoich komentarzy dotyczących powiązania Star Wars z aktem terroru. Pisarka stwierdziła, że atak na Gwiazdę Śmierci był samobójczy, a Luke i Han przeżywają tylko dlatego, że mamy do czynienia z fikcją. Porównała też całą sprawę z jeszcze jednym historycznym wydarzeniem:

Lot statkiem w cel, by go wysadzić, to nie jest mój oryginalny pomysł. Japońscy kamikaze robili to samo. Myślałam, że ludzi o tym wiedzieli. Wygląda jednak na to, że niektórzy są za młodzi, by to pamiętać – zakończyła pisarka.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (8)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...