Film Nigdy cię tu nie było to brutalny przerost formy nad treścią

Recenzje/Film 13.04.2018
Nasza ocena:
Film Nigdy cię tu nie było to brutalny przerost formy nad treścią

Film Nigdy cię tu nie było to brutalny przerost formy nad treścią

Lynne Ramsey, reżyserka, która dała światu głośny film “Musimy porozmawiać o Kevinie”, powraca ze swoim najnowszym dziełem. To, choć stylowe, niestety jest dość pustą zabawą z formą.

Głównym bohaterem “Nigdy cię tu nie było” jest Joe (Joaquin Phoenix). To eks-żołnierz, agent tajnych służb w spoczynku, który obecnie para się niezbyt chlubnymi zleceniami, mającymi na celu wyeliminowanie osób niewygodnych dla jego zleceniodawców. Mówiąc w skrócie, stał się gościem od brudnej roboty dla każdego, kto zapłaci mu odpowiednią kwotę.

Joe męczony jest traumami z przeszłości, zarówno z trudnego dzieciństwa, jak i swojego pobytu w armii.

Dręczą go horrory przeszłości, prześladują wizje i skłonności samobójcze (kilka scen pokazuje jak próbuje się udusić za pomocą torebki foliowej). Z depresyjnego transu wyrywa go nowe zlecenie. Córka amerykańskiego senatora została porwana przez nieznanych sprawców. Joe musi ich odnaleźć, skrzywdzić i sprowadzić dziewczynkę z powrotem do domu.

To zlecenie szybko przybiera zupełnie inny, głębszy poziom. Zamienia się bowiem w autodestrukcyjną odyseję Joe’go ku odkupieniu.

Ramsay w swej opowieści bawi się trochę formą. Miesza kino sensacyjne z krwawym thrillerem zemsty, huśtając się pomiędzy arthouse’em a kinem klasy B.

Robi to dość sprawnie, aczkolwiek tak na dobrą sprawę, poza aspektami technicznymi, nie niesie ze sobą nic oryginalnego. Bardziej za to męczy i sprawia, że obraz, jako całość, jest niezbyt przyjemny. Szybki, niespokojny montaż, pourywane ujęcia, chwilami atonalna ścieżka dźwiękowa Jonny’ego Greenwooda – wszystko to tworzy psychodeliczną, niepokojącą oraz brutalną jazdę bez trzymanki.

Zwiedzamy więc mroczne zakamarki amerykańskiej metropolii nocą, obskurne przybytki pedofilii. Naszym przewodnikiem po tym świecie, gdzie trup ściele się gęsto, a kawałki mózgów oprawców lądują na twarzach innych ludzi, jest właśnie Joe. Milczący, zapuszczony typ, przeżerany przez depresję i z eleganckim młotkiem w ręku.

Żeby mniej więcej naprowadzić was na gatunkowe i formalne tropy, “Nigdy cię tu nie było” można uznać za mieszankę “Taksówkarza” z “Drive”.

Z jednej strony Ramsay skutecznie wciągnęła mnie do środka autodestrukcyjnego i mrocznego umysłu bohatera swojego najnowszego filmu, z drugiej, czegoś zabrakło mi w tej historii. Film jest dość krótki (trochę ponad 80 min.), wydaje się więc bardziej zapisem chwili niż opowieścią, która zostawia w oglądającym coś więcej po sobie.

Tropy są jasne i proste – patrzymy na człowieka, który walczy ze swoimi traumami. Część z nich została wywołana przez bezmyślne wojny prowadzone m.in. przez amerykański rząd. Nie po raz pierwszy obserwujemy więc też pokłosie tego, jaką sieczkę z mózgu robi ludziom wojna oraz obcowanie z brutalnością i przemocą na co dzień. “Ale to już było…” cytując kultową polską piosenkę.

Gdyby Lynne Ramsay wszyła w tę opowieść w jakieś szersze i bardziej pogłębione ramy fabularne, “Nigdy cię tu nie było” miałoby szansę stać się filmem wybitnym. Ale tak się nie stało, więc ostatecznie jej najnowsze dzieło pozostaje niczym więcej poza interesującym i dobrze przeprowadzonym ćwiczeniem z formą. A to trochę jednak blednie w porównaniu z jej poprzednim dokonaniem.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (2)

Advertisement

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...