Ogromne roboty i jeszcze większe potwory grają na bis. Pacific Rim: Rebelia – recenzja

Recenzje/Film 23.03.2018
Nasza ocena:
Ogromne roboty i jeszcze większe potwory grają na bis. Pacific Rim: Rebelia – recenzja

Pierwszy film o walce Jaegerów przeciwko Kaiju z 2013 roku okazał się ogromnym sukcesem. Zwłaszcza w Chinach. Sprawdziłem, czy debiutujący właśnie Pacific Rim: Rebelia, w którym w głównej roli wystąpił John Boyega, jest godną kontynuacją serii.

Walki ogromnych robotów z jeszcze większymi dziwnymi bestiami to bardzo wdzięczny temat dla filmowców. Popularność tego motywu zawdzięczamy przede wszystkim przerażającemu King Kongowi i budzącej grozę Godzilli. Olbrzymie bestie niszczące miasta są z nami już od dekad, ale nadal się nie znudziły.

Guillermo del Toro, czyli reżyser współodpowiedzialny za scenariusz pierwszej odsłony Pacific Rim z 2013 roku, w swoim filmie trafił w punkt. Przygotował kawał dobrego science-fiction dla fanów kina katastroficznego. Teraz debiutuje bezpośrednia kontynuacja jego dzieła w reżyserii Stevena S. DeKnighta.

pacific rim: rebelia

Aż dziwne, że na kontynuację Pacific Rim czekaliśmy aż pół dekady.

Hollywood produkuje blockbustery taśmowo, ale na Pacific Rim: Rebelia musieliśmy czekać znacznie dłużej niż na nowe odsłony cyklu Transformers bądź na kolejne obrazy na podstawie komiksów Marvela. W filmowym uniwersum czasu minęło zresztą znacznie więcej – aż dziesięć lat.

Naszej cywilizacji udało się otrząsnąć po przerażającym ataku potworów nazywanych Kaiju. Zniszczyły one miasta na wybrzeżach tytułowego Pacyfiku, a nie wszystkie udało się odbudować. W pozostałych regionach świata życie zdążyło jednak już wrócić do normy.

Na samym początku główny bohater w telegraficznym skrócie opisuje losy ludzkości po ostatniej wojnie. Dzięki temu film można obejrzeć nawet bez znajomości pierwszej części. Wytwórni pewnie zresztą zależało na tym, by film był przystępny dla nowych widzów i dlatego w tytule nie znalazła się cyferka 2.

pacific rim: rebelia

Pacific Rim: Rebelia – nowe czasy, nowi bohaterowie.

Kontynuacja skupia się na zupełnie nowym pokoleniu bohaterów. Nic zresztą dziwnego – poprzednia obsada została dość mocno przetrzebiona. Głównym bohaterem Pacific Rim: Rebelia jest Jake, czyli syn Stackera Pentecosta granego w poprzedniej odsłonie przez Idrisa Elbę.

W postać wcielił się John Boyega, czyli Finn z nowych epizodów Gwiezdnych wojen. Jake nieco przypomina jego bohatera ze Star Wars, ale i tak młody aktor udowodnił, że ma niesamowitą charyzmę. Szkoda tylko, że Boyega przyćmił praktycznie wszystkie inne postaci.

W trwającym niecałe dwie godziny filmie nie udało się wykreować ludzi z krwi i kości. Są li tylko pretekstem, by pokazać walki robotów z potworami. Pojawiło się kilka nowych twarzy – głównie nastolatków – oraz wróciło kilka znanych z pierwszej części, ale są tylko dodatkiem.

pacific rim: rebelia

Postaci nie są mocną stroną Pacific Rim: Rebelia.

John Boyega zagrał całkiem nieźle, ale jego bohater jest sztampowy. Syn bohatera z początku nie chce mieć nic wspólnego ze swoim dziedzictwem i nazwiskiem. Zajmuje się drobnymi kradzieżami i żyje na granicy prawa, licząc na pomoc swojej starszej przybranej siostry.

Do wojska wraca tylko po to, by uniknąć odsiadki. Oczywiście na przestrzeni filmu dochodzi w nim do stereotypowej przemiany, ale nie budzi ona ogromnych emocji. Ratuje tę postać tylko wspomniana charyzma aktora, który pomimo płaskiej roli potrafi widza rozbawić. Może nie do łez, ale da się go lubić.

W przypadku pozostałych postaci jest niestety pod tym względem słabiej. Druga z głównych bohaterek, czyli młoda Amara Namani (Cailee Spaeny) to typowy genialny dzieciak, który musi nauczyć się współpracować z grupą innych kadetów. Nate Lambert grany przez Scotta Eastwooda ma głębi jeszcze mniej.

pacific rim: rebelia

Na szczęście Pacific Rim: Rebelia nie jest filmem aspirującym do Oscarów za scenariusz i najlepsze role pierwszoplanowe.

Fabuła i bohaterowie są potrzebne jedynie po to, by uwiarygodnić kolejne sekwencje walk. Zarówno obsada, jak i scenariusz pod tym kątem spełniły swoje zadanie. Historia trzyma się kupy i nie ma w niej rażących dziur logicznych. Nie licząc kilku potknięć, wszystkie zarysowane wątki zostają poprowadzone do końca.

Clou filmu są jednak te widowiskowe pojedynki. Chociaż od wojny minęła dekada, a po Kaiju słuch zaginął, ludzie dmuchają na zimne. Są gotowi, by bronić się przed kolejnym atakiem. Ten podczas filmu oczywiście nadchodzi, ale twórcom udało się przyszykować tutaj malutki, ale ciekawy twist fabularny.

Na pojawienie się potworów czekamy całkiem sporo, ale twórcy zafundowali nam nie mniej widowiskowe walki pomiędzy samymi Jaegarami. Zadbali też o różnorodne scenerie, a zniszczenie i pożoga niesie się nie tylko na ulicach miast, ale również m.in. na skutej lodem, ośnieżonej Syberii.

pacific rim: rebelia

Pacific Rim: Rebelia nie robi jednak tak piorunującego wrażenia, jak poprzednia część.

Już po seansie uświadomiłem sobie, że nowy film ma dużo wspólnego z kontynuacją kultowego Dnia niepodległości. W obu sequelach nowe pokolenie mierzy się z tym samym zagrożeniem. Oba mają taki familijny wydźwięk i oba… nie dorównują swoim poprzednikom.

Nowy film został wyprodukowany przez Guillermo del Toro, ale nie zajmował się on tym razem ani scenariuszem, ani reżyserią. Nie da się ukryć, że w dużej mierze mamy do czynienia z recyklingiem udanego, sprawdzonego pomysłu. Steven S. DeKnight nie dodał tutaj zbyt wiele od siebie – ale też nie musiał.

Pacific Rim: Rebelia nie jest filmem przełomowym, ani wyjątkowym. Nie jest kontynuacją na miarę Imperium kontratakuje lub Terminatora 2. Niemniej jednak sequel jest nakręcony poprawnie, a fani pierwszej części – zwłaszcza ci, którzy oglądali ją ostatni raz w kinie 5 lat temu – powinni się tak po prostu dobrze bawić.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (2)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...