Jack White nagrał właśnie najgorszą płytę w swojej karierze. Boarding House Reach – recenzja

Recenzja/Muzyka 23.03.2018
Nasza ocena:
Jack White nagrał właśnie najgorszą płytę w swojej karierze. Boarding House Reach – recenzja

Jack White nagrał właśnie najgorszą płytę w swojej karierze. Boarding House Reach – recenzja

To miał być wielki powrót po latach, a skończyło się na rozczarowaniu. Nowa płyta Jacka White’a, niegdysiejszej połówki duetu The White Stripes, brzmi jak hipsterskie demo muzyka, który nie wie, co tak naprawdę chce zrobić.

Mam czasem problem z wielkimi muzykami, którzy długo każą czekać na swój nowy materiał. Poprzedni album Jacka White’a, “Lazaretto”, miał swoją premierę 4 lata temu. Od tamtego czasu muzyk nieczęsto publikował swoje nowe dokonania. I kiedy nagle pod koniec ubiegłego roku zapowiedziano, że jego trzeci solowy album ukaże się w 2018 roku, byłem pełen nadziei i przeczucia, że będzie to coś dobrego. Przecież człowiek, który wprowadził rocka w XXI wiekm nie może się mylić, prawda? A jednak…

“Boarding House Reach” zaczyna się dość bezpiecznie.

Connected by Love to spokojny, przejmujący kawałek, trochę w stylu U2 z czasów ich największej świetności, z wyrazistym syntezatorowym basem w tle i znakomitą gitarową solówką pod koniec. Słucha się nawet przyjemnie, ale znając wcześniejsze dokonania White’a, można poczuć lekkie rozczarowanie.

W większości instrumentalny Corporation brzmi niczym magicznie wyjęty z przeszłości utwór, który spokojnie mógłby znaleźć się na soundtracku jakiegoś filmu blacksploitation z lat 70. Jego aranżacja wyraźnie oddaje hołd dziełom Franka Zappy. Jesteśmy więc nadal blisko rocka.

Over and Over and Over raczy nas mięsistym, hipnotyzującym riffem w niskich rejestrach. Jej psychodeliczny charakter sprawia, że idealnie nadawałaby się do filmu Quentina Tarantino, jako tło do jakiegoś pościgu.

Respect Commando to fascynujący wyraz muzycznej schizofrenii (kontrolowanego szaleństwa?) White’a.

Pierwsza połowa tego kawałka to na dobrą sprawę dynamiczny dub i nagle w drugiej połowie przepoczwarza się w psychodelicznego blues rocka spod znaku późnych Led Zeppelin.

Choć muszę przyznać, że z tymi przejściami White trochę mnie zaniepokoił tym razem. “Boarding House Reach” brzmi trochę tak, jakby muzyk obraził się na tradycyjną konstrukcję, a wręcz postanowił ją kontestować w całości. Niemal każdy z utworów ma “rozerwaną” budowę. Ice Station Zebra to kuriozalna zabawa muzyka w hip-hop. Delikatnie mówiąc, nie jest to jego mocna strona. W dodatku pełno to dziwacznych zmian tempa, które kompletnie nie mają sensu.

Hypermisophoniac brzmi jak chaotyczna improwizacja.

Sprawia wrażenie, jakby White wypluwał się z roboczych pomysłów, z których dopiero mają wykiełkować realne utwory.

Wspomniany wcześniej Corporation na pierwszy rzut ucha brzmi bardziej sensownie. Oldschoolowy, hard rockowy, instrumentalny twór jest wprawdzie trochę wtórny, ale przynajmniej nie zahacza o grafomanię. Szkoda tylko, że White postanowił umieścić w nim jakieś idiotyczne skandowanie, w którym oznajmia, że myśli, by założyć korporację i pyta się, kto może do niego dołączyć. Aż chce się to skomentować, używając sakramentalnego: “że co?!”

Gdzieś uleciała z Jacka dawna umiejętność (i potrzeba?) pisania dobrych, dopieszczonych kawałków. Zamiast angażujących słuchacza melodii i mocnych riffów, dostajemy zbieraninę mętnych pomysłów, które brzmią tak, jakby Jack White nagrał eksperymentalną płytę demo, która nie powinna ujrzeć światła dziennego.

Jeśli Jack White tak widzi siebie w kolejnym stadium post rocka, to niestety jest to – chwilami nawet zajmujący – całościowo jednak nieudany eksperyment. Zamiast psychodelii, mamy tu chaos, aranżacyjną anarchię i ślady muzycznej grafomanii. Zamiast świeżych i ciekawych pomysłów dostajemy niedokończone i pokraczne idee, które grzęzną w mętnych aranżach. Rozczarowanie roku? Niestety.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (4)

7 odpowiedzi na “Jack White nagrał właśnie najgorszą płytę w swojej karierze. Boarding House Reach – recenzja”

  1. Podczas słuchania tego albumu miałem wrażenie i przed oczami widok rozgrzewającej się orkiestry przed koncertem. Zero ładu, zero składu. I kiedy już jakoś zaczęło iść to się płyta skończyła. W bardzo dziwną stronę poszedł Jack tym albumem

  2. Zacznę od tego, że mi płyta bardzo się podoba. Od wczoraj przesłuchałem ją chyba już z 5 razy. Muzycznie jest dopracowana. Nie ma w sobie NIC, co świadczyłoby o chaosie, czy muzycznej grafomanii. Rock, blues, funk, country, hip-hop, jazz, tym właśnie się inspiruje. To raczej kolejna odsłona muzyka, który pokazał w każdym swoim projekcie coś innego. Wszystkie jego projekty doprowadziły go w to miejsce. To w jaki sposób dobiera muzyków do pracy, z kim pracuje, jak pracuje, gdzie pracuje, jak postrzega produkcję muzyki, jak myśli o słuchaniu muzyki i w końcu, że nie chce widzieć ludzi ze smartfonami na swoich koncertach nie pozostają bez wpływu na ten materiał.

    Poza tym słuchając tej płyty czuć po prostu “performance” na scenie. Każdy utwór zagrany na żywo będzie kolejną częścią przedstawienia. I tylko żal, że na razie nie ma w planach odwiedzenia Polski podczas trasy. Dodam również, że większość biletów na wszystkie koncerty już dawno jest sprzedana. Żałuję również, że płytam ma tylko 45 minut.

    I na koniec parafrazując “idiotyczne skandowanie” z uwtoru “Corporation” – who is with me – najwyraźniej z nim nie jesteś i musisz poszerzyć horyzonty.

    I jeszcze cytac z Rolling Stone:
    “Haters may hate. But White remains a rock and roll white guy who isn’t afraid to wrestle with big issues”.

    • Popieram w całości. Mi płyta przypadła do gustu po pierwszym przesłuchaniu. Uważam, że White odwalil kawał świetnej to oty, bo pierwszy raz syntezatory i rock’n’roll nie są dla mnie odrzucajace

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisement

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...