Jeśli Ucho Prezesa to mocna satyra, to chyba nie wiecie, jak to się robi na Zachodzie

Felieton/Seriale 15.03.2018
Jeśli Ucho Prezesa to mocna satyra, to chyba nie wiecie, jak to się robi na Zachodzie

Nie zrozumcie mnie źle – Ucho Prezesa to dobry program, tworzony przez utalentowanych satyryków. Ich stosunek do rodzimej polityki jest wyważony i inteligentny. Ale zarazem typowo po polsku zachowawczy i ugrzeczniony. Prawdziwe mocnej politycznej satyry lepiej szukać na Zachodzie.

Amerykanie mają oczywiście znacznie dłuższą tradycję telewizyjnej satyry. W Stanach Zjednoczonych nie ma takiego pojęcia jak „upolitycznienie mediów”. One po prostu są polityczne. Mają swoich faworytów wśród partii politycznych i działają zgodnie z ideologią. Dlatego nikogo nie dziwi, że programy newsowe na CNN i Fox News przedstawiają dwa zupełnie różne światy. A programy satyryczne skrzętnie na tym korzystają.

W przeciwieństwie do twórców Ucha Prezesa, którzy unikają skrajności i politycznej propagandy, amerykańscy satyrycy nie mają takich ograniczeń.

Wielbiciele nocnych talk-show Jimmy’ego Kimmela, Johna Oliviera czy przede wszystkim dawnego programu Jona Stewarta, doskonale wiedzieli, jakie poglądy polityczne będą dominować w programie.

Podobnie oglądając kreację Aleca Baldwina w Saturday Night Live, nie trudno domyślić się, że aktor i autorzy scenariusza nie darzą ciepłymi uczuciami Donalda Trumpa (choć w trakcie kampanii próbowali się również nabijać z Hilary Clinton). Widać to też w polskiej wersji programu, gdzie dominują żarty z konserwatywnego odbiorcy i obozu władzy. Po części decyduje o tym także osoba prowadzącego. Postaci takie jak Piotr Adamczyk, Robert Biedroń czy Joanna Krupa podporządkowują kształt danego programu do swoich poglądów. Tak silne uzewnętrznienie poglądów politycznych odtwórcy roli nie wszystkim musi się to podobać, ale pozwala na pokazanie błędów i słabości władzy w ostrzejszym świetle.

Parodia to domena nie tylko aktorskich programów komediowych. Co więcej, od lat uważa się, że SNL i wieczorne talk-show straciły dawny pazur i umiejętność powszechnego rozśmieszania Amerykanów. Prym w tym temacie wiodą satyryczne animacje dla dorosłego odbiorcy, takie jak South Park, Rick i Morty czy American Dad. Mniej Simpsonowie, którzy zawsze byli skierowani do widza z klasy średniej, a z biegiem lat coraz mocniej postawili na gwiazdorskie cameo i humor związany bardziej z popkulturowym wizerunkiem swoich postaci.

Rysunkowa forma pozwala twórcom tych programów na więcej, zarówno jeśli chodzi o stronę tematyczną, jak i estetyczną.

W przeciwieństwie do Polski w USA nikt nie traktuje ich z tego powodu jako gorszą rozrywkę przeznaczoną dla dzieci. Rodzime próby animacji dla dorosłych zazwyczaj wykorzystują jedynie podstawę związaną z shock humor, a niską jakością animacji (teoretycznie na wzór wczesnego South Parku) zakrywają brak budżetu i pomysłu na wizualność.

Żaden program w Polsce nie odważyłby się sparodiować prezydenta w taki sposób jak Rick i Morty (odpowiednik Obamy jako narcyz z kompleksem wyższości), South Park (Trump jako bluzgający cham z tendencją do grożenia oponentom gwałtem) czy Robot Chicken (zdziecinniały notoryczny kłamca Bush Jr). Życie osobiste polskich polityków osnute jest mgłą tajemnicy. Sam fakt, że Borys Budka tak emocjonalnie zareagował na żart związany z romansem swojego alter ego w Uchu Prezesa, pokazuje jak nieprzyzwyczajeni są do satyrycznego przerobienia ich życia.

Polityk na Zachodzie musi mieć grubszą skórę i być gotów na to, że o jego prywatnych problemach będzie się mówiło otwarcie. I robiło z nich bezlitosne żarty. Alkoholizm George’a Busha był tematem odcinka American Dad, z seksoholizmu Clintona bezlitośnie żartował South Park. Inni prezydenci byli celem Robot Chicken, Family Guya czy Simpsonów.

Niemniej ostrym okiem twórcy tych seriali patrzą na rzeczywistość.

South Park wywołał kontrowersje opisem pedofilii w Kościele Katolickim. Big Mouth oburzyło niektórych prezentacją seksualnych dewiacji dorastających nastolatków, a Archer kpinami z amerykańskich mitów. Warto pamiętać, że o ile produkcje związane z SNL nie ukrywają poglądów politycznych, o tyle satyryczne animacje dla dorosłych starają się uderzać równo we wszystkich.

Rzadko kiedy chodzi o konkretnego polityka czy celebrytę, przeważnie chodzi o to, co sobą reprezentuje. Gdy South Park nabija się z Toma Cruise’a, to tylko po części dlatego, że ten jest człowiekiem mocno zadufanym w sobie. Znacznie ważniejsze, że wyznaje scjentologię, a jej dogmaty zakładają mnóstwo bzdur idealnych do szyderstwa.

Część fanów tych seriali twierdzi, że w pogoni za jak najdokładniejszym odzwierciedleniem aktualnej rzeczywistości, stały się jej pustą wydmuszką. Jest w tym trochę prawdy. Twórcy South Parku, Trey Parker i Matt Stone, sami przyznali, że rzeczywistość przerosła satyrę i trzeba szukać innych dróg kontaktu z widzem.

W Polsce jeszcze nie dotarliśmy do tego punktu. Wręcz przeciwnie, satyra coraz częściej powstaje na polityczne zlecenie.

Kpi na zamówienie i pod polityczną publiczkę. Staje się zaprzeczeniem idei zachodniej satyry, zbliżając się bardziej do wschodniej propagandy i takich programów jak animacja rodem z Korei Północnej Wiewiór i Jeż. Na szczęście Uchu Prezesa to nie grozi. Życzyłbym sobie tylko, żeby jego twórcy rzadziej pokazywali polityków jako dobrotliwych dziwaków, a częściej ludzi o nieograniczonych ambicjach i równie nieograniczonej władzy.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (8)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...