Myles Kennedy potrafi wycisnąć łzy. Year of the Tiger – recenzja

Recenzje/Muzyka 12.03.2018
Nasza ocena:
Myles Kennedy potrafi wycisnąć łzy. Year of the Tiger – recenzja

Jeden z najlepszych wokalistów na świecie w końcu wydał swój debiutancki solowy album. Na “Year of the Tiger” Myles Kennedy zaprasza słuchaczy w poruszającą i osobistą podróż, opłakując śmierć swojego ojca.

Jeden z najlepszych głosów w historii rocka długo kazał czekać fanom na swój solowy album. Karierę rozpoczął już w latach 90., grając w lokalnie znanych rockowo-bluesowych kapelach, takich jak The Mayfield Four czy Citizen Swing. Choć oba zespoły nie zrobiły wielkiej kariery, to Miles szybko zyskał niemałą renomę w branży, zwracając uwagę swoim nieprzeciętnym wokalem.

Na początku XXI wieku mógł przebierać w licznych propozycjach współpracy z największymi gwiazdami rocka. Zgłaszali się bowiem do niego m.in. Slash, w momencie gdy formował grupę Velvet Revolver, a nawet sami Led Zeppelin, którzy ponoć rozpoczęli z nim produkcję płyty, która niestety nie ujrzała światła dziennego.

W końcu, w okolicach 2003 roku, Kennedy dał się namówić na propozycję współpracy z Markiem Tremontim, genialnym gitarzystą z grupy Creed, która wówczas dopiero co się rozpadła. I tak powstało Alter Bridge. Resztę historii fani znają już dobrze.

Całkiem niedawno kapela ta wydała kapitalną płytę, “The Last Hero”. W 2018 roku, korzystając z chwili wolnego, Kennedy w końcu postawił krok, na który czekała cała rzesza ludzi uzależnionych od jego unikalnego głos i wydał solowy album. Jak to mówią, lepiej późno niż wcale.

“Year of the Tiger” to swoista autoterapia muzyka. Płyta opisuje jego osobistą tragedię związaną ze śmiercią ojca.

Myles Kennedy miał wtedy zaledwie cztery latka. To potworne wydarzenie zostawiło w nim ślad na całe życie. “Year of the Tiger”, będąc klasycznym przykładem concept albumu, opowiada słuchaczom, jak owa tragedia ukształtowała go jako człowieka. Razem z wokalistą udajemy się więc w intymną podróż przez kolejne stadia jego żalu, bólu, uświadamiania sobie straty i radzenia z nią oraz stopniowego wychodzenia z żałoby.

“Year of the Tiger” jest więc albumem tyleż samo poruszającym i szczerze wzruszającym, co inspirującym i pięknym w warstwie tekstowej i muzycznej.

A muzycznie solowy debiut Myles’a Kennedy’ego nie przynosi może od razu szokującej zmiany gatunkowej, ale niejednego fana Alter Bridge może zaskoczyć.

Elektryczne gitarowe granie zostało tu zastąpione rockiem akustycznym.

Całość podkreślają imponujące aranżacje, które mieszają dźwięki południa Ameryki, country i bluesa. Wokalnie oczywiście Myles jest jak najbardziej w formie, ale też nie szarżuje zbytnio, bo też nie o to w tej płycie chodziło. I już otwierający album utwór tytułowy, mocno akustyczny, z folkowym zacięciem i skoczną rytmiką, pokazuje, że będziemy słuchać tu Kennedy’ego w zupełnie innej odsłonie.

Co istotne, Myles Kennedy nie nagrał płyty ponurej czy ewidentnie smutnej. Słuchając utworu Year of the Tiger, bez wgłębiania się w jego treść, moglibyśmy odnieść wrażenie, że ten dynamiczny kawałek nadaje się idealnie na słuchanie podczas jazdy samochodem czy na wycieczkę w góry. Świetnie może się też nadawać na podrygi na koncertach. A tymczasem tekst jest dość mocny.

Utwór napisany został z perspektywy matki, która musi się jakoś odnaleźć po śmierci męża i ojca jej dziecka.

Jedyna miłość, jaką znałam, odeszła (…) Zimnego, okrutnego lipca niewiadomo, kiedy przybył blady koń.

Słowa te potrafią zmrozić krew w żyłach. Oddanie głosu matce w tekście tego utworu to piękny i niezwykle poruszający sposób na próbę ukazania ludziom ogromu smutku, jakiego zaznała wtedy jego rodzina. Tym samym pieśniarz zaznacza, że to nie była tylko jego tragedia. Śmierć ojca odbiła się na wielu ludziach i zmieniła ich życia.

Pełny gotyckiego i psychodelicznego rozmachu The Great Beyond, kontynuuje starcie Kennedych z pustką po stracie bliskiej osoby. Muzycznie utrzymany jest w obrębie dramaturgicznych smyczków oraz odniesień do dźwięków bliskiego wschodu. Spokojnie mógłby znaleźć się na “czwórce” Zeppelinów.

Na Blind Faith Myles Kennedy mierzy się z kolei z powodem śmierci swego ojca, który związany był ze Stowarzyszeniem Chrześcijańskiej Nauki i gdy dopadła go poważna choroba, zgodnie z naukami Stowarzyszenia, odmówił leczenia i przez to kilka miesięcy później zmarł.

Wiara może być ślepa, ale nie usprawiedliwia tragedii odebrania miłości, której nie da się zastąpić – śpiewa pełnym emocji głosem Kennedy.

Pierwsze sygnały katharsis odnajdujemy w pięknym, melodyjnym Ghost of Shangri La, przy którym po raz pierwszy uroniłem łzę.

Myles, ponownie wcielając się w swoją matkę, śpiewa o tym, jak niedługo po śmierci ojca na ich dom zaczęli przyczajać się złodzieje, a mieszkanie w nim stawało się coraz  trudniejsze do zniesienia:

Ten dom robi się coraz chłodniejszy. Te cienie nigdy nie znikną. Nawiedzają każdy kąt.

Oboje postanowili więc opuścić dom rodzinny i zacząć nowe życie .

W przepełnionym energią, wspaniałym Mother, ubranym w hipnotyzującą rytmikę, Myles wyśpiewuje hymn na cześć swojej matki, która przetrwała to wszystko, zdołała przezwyciężyć smutek, brak nadziei i była w stanie wchować syna oraz odbudować miłość, mimo że jej cząstka została im zabrana.

Love Can Only Heal to z kolei hymn dla miłości, która, jak wskazuje tytuł utworu, potrafi wyleczyć nawet najcięższą ranę zadaną naszej duszy. Jego przemyślana i pełna dramaturgii konstrukcja oraz piękny, pełen bólu wokal Kennedy’ego (a także genialna solówka na gitarze!) przynoszą obiecane katharsis. Jednak nie tylko muzykowi, ale i słuchaczowi, bowiem emocjonalnie ten kawałek rozłożył mnie na łopatki.

Uff… to jest prawdziwa muzyka! Pełna realnych emocji, szczera, opisująca ból po stracie bliskiej osoby, ale nie w łzawy sposób. To dojrzałe radzenie sobie ze smutkiem i zarazem ścieżka podążania z głębokiej ciemności prosto do światła i znalezienia spokoju duszy.

Dawno już żadna płyta nie sprawiła, że się popłakałem. Myles Kennedy dotknął jakiejś nuty w mojej duszy, która wyzwoliła reakcję łańcuchową. Były to łzy wzruszenia, współczucia, ale też łzy szczęścia, zachwytu nad przezwyciężeniem mroku i wiary w to, że ludzie naprawdę są zdolni przetrwać to, co niewyobrażalne. A intymny charakter “Year of the Tiger” tylko pogłębia to uczucie. Piękna, wielka i wybitna płyta. Chylę czoła!

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...