Nieznajomi: Ofiarowanie to horror, który próbuje przełamać schematy – recenzja

Recenzje/Film 10.03.2018
Nasza ocena:
Nieznajomi: Ofiarowanie to horror, który próbuje przełamać schematy – recenzja

Nieznajomi: Ofiarowanie to horror, który próbuje przełamać schematy – recenzja

Film Nieznajomi: Ofiarowanie musi zmierzyć się z legendą swojego poprzednika, a wiemy przecież, że próby wskrzeszania lubianych marek, nie zawsze się udają. Jak jest w tym przypadku?

Już dawno temu rozerwał się worek z nostalgią, która wysypała się, przykrywając swoim ciężarem znaczną część popkultury. I tę tendencję można oceniać na dwa sposoby. Bo z jednej strony sprawia ona, iż w kinach królują kolejne odcinki tych samych historii, nowe przygody w starych uniwersach. Czasem, aby zrozumieć żart, trzeba obejrzeć trzy poprzednie części, a drugie dno dowcipu odkrywa dopiero jeden ze spin-offów. Są jednak takie nostalgiczne dzieła, które w udany sposób opowiadają nowe historie, remiksując jedynie znane motywy i utarte schematy.

Piszę o tym, bo Nieznajomi: Ofiarowanie ma wszystkie elementy, które mogłyby uplasować go w tej drugiej grupie.

Film Johannesa Robertsa to kontynuacja obrazu Nieznajomi z 2008 roku. Byłem pewien, że dla twórców będzie to nie punkt wyjścia, ale sposób, żeby skorzystać ze sprawdzonych metod. Myślałem, że wykorzystają dość przerażającą sytuację, którą udało się stworzyć w poprzedniej części i dostarczą nam po prostu klona. Tak się jednak nie stało.

Nieznajomi: Ofiarowanie zaczyna się niemal jak film familijny.

Mamy rodzinę (typowa amerykańska klasa średnia), która właśnie zawozi jedną z córek do szkoły z internatem. Zatrzymują się w miejscu w ośrodku wypoczynkowym pełnym domków turystycznych i przyczep kempingowych. Miejsce jest znacznie oddalone od innych ludzkich siedzib, więc – gdy tylko pospiesznie zapoznamy się z bohaterami – zaczyna się właściwa część akcji. Troje zamaskowanych zwyrodnialców napada na rodzinę. Jej członkowie muszą walczyć o przetrwanie. I tak zupełnie poważnie: to tyle, jeśli chodzi o fabułę.

Aktorzy nie mają zbyt wielu okazji, żeby grać złożoną psychologię, ale w rolach, w których ich obsadzono, wypadają wystarczająco dobrze. Na pierwszy plan oczywiście wysuwa się Christina Hendricks, grająca matkę. Jednak reszta rodziny (Martin Henderson, Bailee Madison i Lewis Pullman) również wydaje się dość wiarygodna.

Tak, narracja jest bardzo prostolinijna. Co może nie zaskakuje specjalnie – chociaż bohaterów można było potraktować trochę mniej powierzchownie – jeśli spojrzymy na poprzednika z 2008 roku. Jednak bardziej zaskoczyło mnie, iż zdecydowano się bardzo szybko odkryć karty i już w otwierającej scenie pokazać, kto będzie zagrażał bohaterom. Początkowo myślałem, że to niefrasobliwość: łatwiej przecież jest straszyć tym, czego nie znamy, poczucie zagrożenia jest przecież tym bardziej intensywne, im mniej wiemy.

W trakcie seansu okazało się jednak, że musiał być to zabieg celowy.

Twórcy zdecydowali się otwarcie konfrontować naszych bohaterów z mordercami. I chociaż ci pierwsi przez większość czasu są w odwrocie i muszą walczyć o przetrwanie, gdy przechodzą do kontrataku, to zupełnie zmienia się charakter filmu. Stoi to w sprzeczności z tym, co widzieliśmy w pierwszej części, ale nie traktuję tego jako wadę. Było to bardzo ryzykowne zagranie. Przyznam jednak, że gdy przełamuje się zła passa – mówiąc najoględniej, jak się da – to czuje się prawdziwe uczucie satysfakcji. Zwłaszcza, iż od tego momentu zmieniła się również estetyka przestrzeni, w których bohaterowie walczą o życie.

Podobał mi się sposób, w jaki w filmie zagrano muzyką. Sami mordercy najwyraźniej są pasjonatami dawnych utworów i dyskotekowych szlagierów. Te ciepłe rytmy oczywiście mają za zadanie kontrastować z krwią, brudem i ciągłą męką bohaterów. Nie jest to najsubtelniejsze, ale mnie ciągle bawi. Chociaż zrozumiem tych, którzy za takimi zagraniami nie przepadają. W sferze wizualnej również pojawia się odrobina nostalgii: kempingowe przyczepy, które lata świetności mają za sobą, kiczowaty basen pełen neonów i inne atrakcje, które przynależą już chyba do innej epoki.

Przyznam, że wznowienie tej marki i zarazem próba zrezygnowania z tego, z czym kojarzył się poprzednik, było zagraniem ekstremalnie ryzykownym. Jeśli jednak nie przeszkadza wam granie nostalgią i uważacie, że prostolinijne scenariusze nie kolidują z dobrą zabawą, to warto dać temu filmowi szansę.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...