Mam już dość origin stories. Szkoda, że Jessica Jones jednak nadal nie uporała się z przeszłością

Felieton/Seriale 09.03.2018
Mam już dość origin stories. Szkoda, że Jessica Jones jednak nadal nie uporała się z przeszłością

Mam już dość origin stories. Szkoda, że Jessica Jones jednak nadal nie uporała się z przeszłością

Jessica Jones przypomina, dlaczego męczą mnie kolejne produkcje ze stajni Marvela. Ileż można wałkować origin stories i wyjaśniać, jak bohaterowie zdobyli swoje supermoce? Spider-Man i Black Lightning pokazali, że da opowiedzieć świetną historię na bazie komiksów, pomijając genezę postaci.

Netflix udostępnił w Dzień kobiet 2. sezon serialu o przygodach Jessiki Jones. Produkcja może nie wybitna, ale w gruncie rzeczy po seansie pierwszych pięciu odcinków byłem zadowolony. Strasznie jednak żałuję, że Marvel nie daje swoim bohaterom rozkwitnąć – ani w serialach, ani w filmach. Dostajemy kolejne origin stories, czyli opowieści o tym, kim są bohaterowie i skąd wzięły się ich wyjątkowe moce.

Avengers

Dreptanie w miejscu jest problemem całego Marvel Cinematic Universe.

Kilkanaście lat temu, gdy współczesne filmy o superbohaterach dopiero zaczynały nieśmiało zdobywać Hollywood, wszystko owiane było nutką tajemnicy. Kolejne produkcje niespiesznie opowiadały nam historie postaci, których losy czytelnicy komiksów śledzili od dziesięcioleci.

I przez lata nie było w tym nic złego. Nowe medium, nowi odbiorcy, nowe historie. Problem w tym, że po dekadzie chciałbym czegoś innego, świeżego. A tutaj się okazuje, że filmy i seriale nadal tworzone są, że się tak wyrażę, na jedno kopyto. Najpewniej z myślą o ludziach, którzy dopiero będą zaczynać swoją przygodę z tym gatunkiem.

Rozumiem, że pojawiają się kolejne pokolenia odbiorców. Wiem, że nie wszyscy widzieli dotychczasowe produkcje z serii Marvel Cinematic Universe. Łapię nawet, że seriale na platformie Netflix mają przyciągnąć do siebie widzów, którzy do tej pory z superbohaterami za pan brat nie byli.

The Defenders I inne crossovery

Tylko co z fanami?

Nie mówię zresztą o tych największych fanach, którzy oglądają każdy film i to kilka razy, analizując go w dodatku klatka po klatce. Chodzi mi o widzów, którzy kilka lat temu zafascynowali się przygodami Iron Mana i jego sojuszników, a teraz śledzą ich poczynania w kolejnych filmach i serialach.

Kino superbohaterskie nie jest niszą. Filmy o Avengersach i spółce biją rekordy finansowe. Masowy odbiorca dobrze poznał te postacie. Może nie wszystkie, ale dzięki współdzielonemu uniwersum nawet oglądając jedną serię Marvela, widuje się od czasu do czasu na ekranie bohaterów innej.

Problem w tym, że chociaż mamy ogromny świat, to co i rusz i tak jesteśmy karmieni wtórnymi historiami o tym, jak ten czy inny heros uzyskał swoje zdolności. Na przedstawienie niemal każdego nowego superbohatera poświęca się nie krótkie intro, tylko cały film lub sezon serialu. A to po latach nudzi.

Spider-Man Homecoming - recenzja

Spider-Man pokazał, że można podejść do tej sprawy inaczej.

Zupełnie nowy Peter Parker pojawił się najpierw gościnnie w filmie o przygodach Kapitana Ameryki. Potem dostał świetny solowy film, który pokazuje nam już trzecią inkarnację Człowieka-Pająka na srebrnym ekranie. Sony oszczędziło nam jednak kolejnej sceny śmierci wujka Bena. Na szczęście!

Spider-Man: Homecoming był wspaniałym widowiskiem. Chociaż jego główny bohater jest nastolatkiem, nie musieliśmy oglądać, jak uczy się łazić po ścianach. Dzięki założeniu, że widzowie albo wiedzą, albo wykoncypują z kontekstu, kim jest, skąd się wziął i co potrafi Spidey, filmowcy mogli skupić się na nowej opowieści.

Sony trafiło w dziesiątkę. Inni twórcy, unikając opowiadania genezy tego czy innego herosa na ekranie, nie powinni się zresztą ograniczać tylko do tych najbardziej znanych fikcyjnych bohaterów. Całkiem zgrabnie podeszła do tej kwestii stacja CW w serialu Black Lightning na motywach komiksów wydawnictwa DC.

Black Lightning premiera Netflix

Niszowy bohater może być intrygujący.

Origin story odziera bohaterów z tajemnicy. By dobrze się bawić podczas seansu, nie muszę wiedzieć, dlaczego Wolverine ma szpony i szybko się leczy. W sumie to nie interesuje mnie, kiedy i jak Iron Man zbudował swój pancerz. Co mi po informacji, jak w Wakandzie wygląda sukcesja tronu?

Black Lightning bierze na tapet mało znanego bohatera, który jest już dojrzałym mężczyzną. Serial nie wspomina, jak zdobył swoje zdolności, tylko opowiada, dlaczego po latach wychowujący dwie córki dyrektor szkoły ponownie zakłada nocami swój pstrokaty kostium. I ja to kupuję.

Niestety na drugim biegunie mamy Czarną Panterę, która jest obrazem przeciętnym. Tytułowego bohatera wprowadził do MCU ten sam film, co nowego Spider-Mana, ale Black Panther to regres. T’Challa, zamiast zostać królem i oprowadzić nas po Wakandzie, spędził cały film na nudnawym grzebaniu w przeszłości.

jessica jones 2 sezon recenzja serial na dzien kobiet

Jessica Jones ma podobny problem.

Netflix początkowo fajnie ugryzł temat superbohaterów. Jessica Jones w debiutanckiej serii wypadła dobrze dlatego, że nie musieliśmy się zastanawiać, jak pozyskała swoje moce. Ona i jej podobni są na początku drogi, ale mają bagaż. Zamiast skupiać się nad tym, kim byli, dowiadywaliśmy się, kim są. Do czasu.

Liczyłem na to, że w 2. sezonie ten motyw nie powróci. Niestety – bohaterka cały czas żyje przyszłością, a przez przynajmniej pierwsze pięć odcinków walczy ze swoimi demonami i za namową przyjaciółki zaczyna badać swoją przeszłość. Takie historie widzieliśmy w telewizji już setki razy!

Najlepsze opowieści o superbohaterach skupiają się na ich teraźniejszości, a nie przeszłości. Dopiero wtedy jest szansa na pokazanie ciekawej, nietypowej, unikalnej perspektywy. Niestety okazuje się, że 2. seria Jessiki Jones do tych najlepszych opowieści na bazie komiksów nie należy. Szkoda.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (4)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...