Anihilacja to fascynujący horror i przerażający traktat o samozagładzie – recenzja

Recenzja/Film 05.03.2018
Nasza ocena:
Anihilacja to fascynujący horror i przerażający traktat o samozagładzie – recenzja

Anihilacja to fascynujący horror i przerażający traktat o samozagładzie – recenzja

Nowy film Alexa Garlanda, scenarzysty “28 dni później” oraz reżysera “Ex Machiny”, to mroczna i przerażająca wyprawa w głąb ludzkiej psychiki.

“Anihilacja” to film oparty na książce Jeffa VanderMeera “Unicestwienie”. Główną bohaterką jest Lena (Natalie Portman), były żołnierz, która postanawia dołączyć do ekipy kobiet wyruszających do tajemnicznej Strefy X – niewyjaśnionego fenomenu naukowo-ekologicznego. Owa strefa pojawiła się nagle, w wyniku uderzenia czegoś na kształ meteorytu niewiadomego pochodzenia. Pierwsze oddziały wojska, które zostały tam wysłane, nie wróciły. Kobiety stoją więc przed śmiertelnie niebezpieczną misją.

Alex Garland to czołowy przedstawiciel kina autorskiego, który posiadł rzadką umiejętność tworzenia inteligentnych filmów dla mas. “Anihilacja” perfekcyjnie to pokazuje. Obraz ten ma wszelkie elementy oraz motywy znane z kina rozrywkowego, które Garland filtruje przez swoją wrażliwość i wyobraźnię, jednocześnie igrając z przyzwyczajeniami widza.

I już na samym początku reżyser dobitnie daje nam znać, że zrobił ten film po swojemu, albowiem w pierwszej scenie zdradza on praktycznie całe zakończenie “Anihilacji”!

Tak! W czasach, gdy filmowcy gorączkowo próbują wymyślić interesującą intrygę i potem robią wszystko, by dochować tajemnicy i nie spojlerować zakończeń, Garland idzie pod prąd, od razu odsłaniając przed nami wszystkie karty. To, co ogląmy w pierwszych scenach dzieje się chronologicznie na samym końcu.

Jest to o tyle interesujący i istotny zabieg, że od pierwszych chwil zupełnie inaczej kalibruje nasz odbiór całego filmu. Odwraca uwagę od tajemnic, zwrotów akcji, efektów specjalnych i tym podobnych fajerwerków, kierując ją ku głównym zagadnieniom o jakich “Anihilacja” opowiada.

A jest to niepokojący i przerażający traktat o samozagładzie do jakiej dąży człowiek, przy okazji niszcząc otaczający go świat.

Filmowa skażona strefa, do której trafiają bohaterki filmu, jest niczym nowotwór wyrosły na powierzchni Ziemi, przeżerający i mutujący wszystko to, co znajduje się w jego obrębie. Każdy intruz, próbujący go zniszczyć lub choćby tylko zaingerować, musi być gotów na atak i śmierć.

I choć “Anihilacja” od strony wizualnej prezentuje się pięknie (skażona strefa wygląda trochę niczym mroczna wersja Pandory z “Avatara”), a chwilami potrafi zmrozić krew w żyłach scenami rodem z horroru, to tak naprawdę film Garlanda jest czymś zdecydowanie większym i ważniejszym. To pełna smutku i zadumy filozoficzna podróż w głąb ludzkiej duszy w jaką wybrały się główne bohaterki, a my razem z nimi.

Scen akcji czy ataków zmutowanych stworów jest tu jak na lekarstwo, więc jeśli nastawiacie się na pełne emocji widowisko z zawrotnym tempem, muszę ostudzić wasze apetyty.

“Anihilacja” to powolne kino kontemplacyjne – wciągające, fascynujące, choć wymagające od widza skupienia i wystawiające na próbę jego cierpliwość.

Jeżeli zdacie ten test, to dzieło Alexa Garlanda wynagrodzi wam trudy z nawiązką. Pobudzi do myślenia, postawi szereg pytań i zagadek, które sami będziecie próbowali rozwikłać. No i chwilami nieźle wystraszy, choć daleko temu filmowi do bycia generycznym straszakiem.

Sceny ataku stworów funkcjonują tu bardziej na zasadzie interludium pomiędzy kolejnymi etapami podróży bohaterek. Obserwujemy więc grupkę kobiet studiujących miejsce w którym się znalazły, jednocześnie poznajemy motywacje stojące za podjęciem przez nie decyzji, by wziąć udział w tej samobójczej misji. Każda z nich ma jakąś skazę, jakiś brak, traumę. Dzięki temu “Anihilacja”, zamiast być kolejnym slasherem ze zmutowanymi potworami, jest tak naprawdę filmem o ludziach – ich słabościach, lękach, wadach i zapędach autodestrukcyjnych.

Sam koncept Strefy X jest szalenie ciekawy – to odseparowana od reszty świata dziwna “mazaisto-bańkowa” powłoka. Jest więc przestrzenią pozornie otwartą, choć tak naprawdę zamkniętą.

Wszystko, co znajduje się wewnątrz niej rządzi się własnymi prawami, stojącymi w sprzeczności z tymi znanymi człowiekowi. To miejsce, jak gdyby z innego wymiaru, niczym obcy świat, pomimo tego, że znajduje się tuż obok nas. Ludzka wiedza o fizyce czy biologii nie ma tu zastosowania.

Idę o zakład, że filmem, który stał się głównym punktem odniesienia dla Garlanda przy tworzeniu “Anihilacji”, był “Stalker” Andrieja Tarkowskiego, utrzymany w bliżniaczym tempie, kontemplacyjnym nastroju i stawiającym podobne filozoficzne pytania. Zresztą fabularnie można także znaleźć liczne podobieństwa – w “Stalkerze”, główny bohater również udaje się do zamkniętej strefy (Zony) i owa podróż staje się dla niego czymś znacznie więcej.

Na tym nie kończą się filmowe tropy, postawione przez Aleksa Garlanda. Klaustrofobiczna i pełna grozy atmosfera ograniczonej przestrzeni przywodzi na myśl “Obcego”, w którym bohaterowie również musieli stawić czoła nieznanej sile, która wybijała ich po kolei.

Filozoficzne zacięcie, poza “Stalkerem”, ma też swoją genezę w inspiracji “Odyseją kosmiczną” Stanleya Kubricka (w jednej z finałowych scen jest wręcz parafraza sekwencji z arcydzieła Kubricka). Z kolei pytania o człowieczeństwo i humanistyczny dyskurs przywodzą na myśl niedawny “Nowy początek” Denisa Villeneuve’a.

Ale pomimo tych nawiązań, “Anihilacja” to w pełni skończone i oryginalne dzieło, które zrobi na was piorunujące wrażenie, jeśli tylko dacie mu szansę.

To filmowa wyprawa dla bardziej świadomego i wymagającego widza.

Fakt, że Garland po raz kolejny, ubrał swą opowieść w szaty science-fiction i horroru pokazuje, jak wielki potencjał może tkwić w tych gatunkach i jak dużo można za ich pośrednictwem poruszyć ciekawych tematów, dotyczących człowieczeństwa, a w tym przypadku dodatkowo jeszcze ekologii. I to bez popadania w pretensjonalny ton czy ciężki filozoficzny esej. Trzeba tylko umieć odpowiednio wykorzystać te motywy.

“Anihlacja” ma dość wolne, snujące się tempo, ale dzięki temu pozwala na immersję ze światem przedstawionym oraz lepsze poznanie psychiki bohaterek. A to w dzisiejszym kinie tego typu luksus, z którym nieczęsto mamy do czynienia.

Premiera Anihilacji już 12 marca 2018 roku w serwisie Netflix.

I mimo wszystko szkoda, że film ten nie pojawił się u nas na dużym ekranie (w Stanach “Anihilacja” jest tradycyjnie dystrybowana w kinach, natomiast poza Ameryką film ten dystrybuuje Netflix), wtedy immersja widza z wizją Alexa Garlanda byłaby jeszcze lepsza… Na szczęście nie psuje to ogólnego (bardzo pozytywnego) wrażenia.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (10)

116 odpowiedzi na “Anihilacja to fascynujący horror i przerażający traktat o samozagładzie – recenzja”

  1. Pamiętam te Wasze achy i ochy nad Bright, Open House, Paradox, Carbon i czym tam Netflix nie uszczęśliwił. Nakręcacie jakie to wielkie kino, gdzieś indziej nawet mają czelność równać to do Arrival. A prawda jest zatrważająco prosta. Wytwórnia sprzedała Netflixowi ten film nie z dobrego serca, bo pomyśleli „hej, moja żona lubi Orange, sprzedajmy im Anihilację, my i tak zarobiliśmy już dużo, niech Netflix dostanie świetną nowość”. Dlaczego to zrobili? To nie jest trudna zagadka.

  2. Właśnie skończyłem oglądać i nie porwało. Nawet się momentami nudziłem. Po zwiastunach myślałem że będzie dużo lepiej, więcej akcji związanej z walką o przetrwanie w nowym, nieznanym ekosystemie…
    Dałbym 6,5/10

  3. Ten film jest słaby, by nie powiedzieć zły. Przypomina beznadzieję Shalymana czy jak mu tam, też zrobił takie eko dzieło. I taki polski eko horror o roślinach:) I jeszcze bodaj Żródło Aranofskyego-też takie bez sensu było. Z obcym to się każdemu ta dziura w ziemi kojarzy co się w niej baba rozprysła a nie ciężka atmosfera, już bez kitu. Pytania są banalne a nie filozoficzne, muzyka jak z dropboxa, Portman gra jedną miną od kilku filmów. Generalnie wychodzi na to, że jak chcesz zrobić scy-fy to daj wolne tempo, długie ujęcia i co chwilę mów “nie wiem”. Poza tym postacie są koszmarni słabo zarysowan i nico nich w sumie nie wiemy, to nie buduje napięcia tylko wtf?? Tylko Portman lepiej zarysowana no ale z konieczności. Irytujący koniec w stylu Hammera – wszystko się pali i wali. No i nieśmiertelene spojrzenie pustych oczu w oczekiwaniu na odpowiedź. Film dobry dla studenciaków kulturoznawstwa, pare prac na zaliczenie się z niego wyciśnie. Aha, no i feministki :) Panie mają broń ale w sumie tak żeby se ponosić, dużego aligatora najchętniej by chyba oswoiły. Gdyby tam były chłopy to byłaby jatka, no ale…tak to mamy tylko kobity na wiecznym fochu. Plus wąttek hipisowski tej co się postanowiła połączyć z naturą. Ogólnie dno dna, tak samo napompowany reklmą jak poprzedni Netflix z Willem Smithem o policjancie Orku -ja nie mogę hehehe, policjancie Orku:):)- i tak samo jak tamten gniot szybko zostanie zapomniany. Jak i Mother von Triera. Tak że nie pitolcie że to jaki arcydzieł jest.

  4. Wygląda na to, że po reanimacji “Ghostbusters”, “Anihilacja” to kolejna jaskółka zwiastująca nadejście czegoś w rodzaju feministycznej fali w kinie akcji i s-f. Doszukiwanie się w niej nawiązań do klasyków jest na siłę i nie ma sensu bo na takiej samej zasadzie za epokowe wydarzenia kulturalne i hołd złożony Kubrickowi można by uznać jakiekolwiek demo na C64 z migającymi na ekranie kolorowymi plamami. Jedynym konkretnym powiązaniem z kanonami filmu i literatury jest faktycznie “Stalker” Tarkowskiego bo “Anihilacja” to w pełnym tych słów znaczeniu ordynarna zrzynka ubrana w HDR i tęczowe oświetlenie.
    Przyznam za to bez wahania, że seans był momentami naprawdę przerażający. Szczególnie w chwili, w której spojrzałem na zegarek i zdałem sobie sprawę, że z uporem godnym lepszej sprawy straciłem półtorej godziny na dłużyzny poprzeplatane dziwacznymi, nie pasującymi do niczego i nie mającymi żadnego wpływu na treść filmu retrospekcjami, podpartymi pseudofilozoficznym bełkotem. Pozostałe fragmenty filmu wypadają jeszcze gorzej kiedy zdamy sobie sprawę, że tak naprawdę nie patrzymy na wyprawę grupy naukowców tylko na wygłupy bandy nastolatek rodem z “American Pie”, dla niepoznaki przebranych w mundury i noszących broń.
    Takiego nagromadzenia drewnianych dialogów i idiotyzmów scenariuszowych nie widziałem od czasu “Kill Command”, który to do tej pory był jak dla mnie niekwestionowanym królem – “Anihilacja” zwala go z tronu, wdeptuje w ziemię i dobija berłem na wszelki wypadek.

  5. Jedna wielka wydmuszka, dziwię się że recenzenci łapią się na nią. Bzdur naukowych tu mnóstwo, pani biolog prezentuje wiedzę dwójkowej licealistki. Bzdura na bzdurze. Np. scena z roślinami które optycznie uformowały się w kształt człowieka na podstawie ludzkich informacji genetycznych może kandydować do nagrody biologicznej bzdury roku. Po tekstach typu: “różne gatunki nie mogą się krzyżować” można się pacnąć w twarz. Niespodzianka! Gatunki mogą się krzyżować, to inaczej mówiąc hybrydyzacja międzygatunkowa. Oczywiście w kontekście filmu chodzi o to, że “tak odległe genetycznie gatunki nie mogą się krzyżować” i trudno oczekiwać tutaj wykładu ze szczegółami, ale skoro film aspiruje do traktatu o przyrodzie i transhumanizmie to można tu więcej wymagać. Nie, sam fakt że w “Strefie” obowiązują inne prawa przyrody nie ma tu znaczenia, bo pani biolog cały czas stara się nam tłumaczyć świat z punktu widzenia “naszych” praw przyrody. Jeśli te jej wtrącenia są po nic,bo tam nic nie jest takie samo, to po nic też nam wszystkie dialogi, wydarzenia itd. Po nic nam cały film, bo wtedy staje się jedną wielką psychodeliczną wizją która nie ma żadnego odniesienia do nas. Podobnie z tą całą pseudofilozofią. Temat samozagłady niemal gwałcony w kolejnych dialogach, sprowadza się do chorych nihilistycznych rozkmin – każdy kto ma choć odrobinę wiedzy z psychologii wysłałby panie z ekipy prędko na leczenie psychiatryczne, a nie na ważną misję. Sprowadzanie biologicznej śmierci do błędu Boga jako twórcy to kolejny błąd scenarzystów w rozumowaniu bohaterki (bo teologicznie rzecz biorąc Bóg stworzył człowieka jako istotę nieśmiertelną, a śmierć jest wynikiem grzechu pierworodnego). Na końcówce się śmiałem, bo odbyła się na zasadzie: zakończymy to żeby jakoś spiąć klamrą, wrzućmy fajerwerki, byle było dużo efektów, było tajemniczo i żeby widz się niczego nie spodziewał.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...