Sport to tylko pretekst, aby opowiedzieć o ludzkiej głupocie. Jestem najlepsza. Ja, Tonya – recenzja

Recenzje/Film 02.03.2018
Nasza ocena:
Sport to tylko pretekst, aby opowiedzieć o ludzkiej głupocie. Jestem najlepsza. Ja, Tonya – recenzja

Oparty na niewiarygodnych wydarzeniach film “Jestem najlepsza. Ja, Tonya” to szalona jazda figurowa bez trzymanki. To także doskonała rola Margot Robbie.

Przyznam, że historia Tonyi Harding nie była mi wcześniej znana. W Stanach ponoć obrosła już legendą i był to jeden z najgłośniejszych skandali w sporcie w historii tego kraju. Jest to opowieść tak niesłychanie zwariowana, że wydawać by się mogło, iż wydarzyć się może jedynie w świecie fikcji filmowej lub literackiej. Jednak wszystko to, co obejrzymy w filmie “Jestem najlepsza. Ja, Tonya”, wydarzyło się naprawdę. Ale od początku.

Bohaterką filmu jest wspomniana wcześniej Tonya Harding (rewelacyjna Margot Robbie!), która od dziecka odznaczała się ponadprzeciętnym talentem do jazdy na łyżwach. Jej surowa i despotyczna matka (równie rewelacyjna Allison Janney) zauważyła w jej talencie szansę na wyrwanie się z biedy, więc robiła, co mogła, by córka od dziecka znajdowała się pod okiem trenera.

Po latach Tonya przerosła najśmielsze oczekiwania, stając się prawdziwą mistrzynią jazdy figurowej na lodzie i startując w Igrzyskach Olimpijskich.

I historia jej życia byłaby pasjonująca i inspirująca, gdyby nie fakt, że jej egzystencja naznaczona była piętnem patologicznie demonicznej matki, która znęcała się nad nią fizycznie i psychicznie oraz fatalnym wyborom Harding odnośnie ludzi, którymi się otaczała.

Nie będę zdradzał, na czym polegał skandal, w którym brała udział Tonya Harding. Tym z was, którzy nie znają tematu, nie chcę psuć zabawy i zaskoczenia. Natomiast ci z was, którzy wiedzą, o co poszło, tak czy inaczej będą mieli udany seans, gdyż całe zajście zostało świetnie odtworzone. A do tego film skupia się bardziej na tym, co do skandalu doprowadziło i to chyba jest najciekawsze.

W skali mikro “Jestem najlepsza. Ja, Tonya” to opowieść o prozie życia Amerykanów, którzy ledwo wiążą koniec z końcem. Kiepska praca, brak perspektyw, słaba edukacja, rozbita rodzina, mięsiste kłótnie z matką, podczas których nierzadko dochodzi do rękoczynów. Dorzućmy do tego niezbyt rozgarniętego chłopaka (Sebastian Stan), który również nie powstrzymuje się zbytnio od rękoczynów i mamy obraz życia Tonyi Harding.

Film ukazuje ją, chcąc nie chcąc, jako ofiarę systemu. Bita przez matkę i chłopaka, z kiepskim wykształceniem, poczciwa, ale nie grzesząca wiedzą (nie ze swojej winy). Jedynie jazda na łyżwach była jej odskocznią i ucieczką od szarej rzeczywistości. I tylko w tym była dobra. Miała cały świat u stóp i wielką karierę przed sobą (była uznawana za najlepszą łyżwiarkę na świecie), która jednak złamała się przez te wszystkie wymienione wcześniej czynniki.

W skali makro, “Jestem najlepsza. Ja, Tonya” to opowieść o zwykłej głupocie.

O ludziach, którzy robą oczywiste błędy, zadają się z niewłaściwymi osobami, nie potrafią wyciągnąć wniosków z tego, co jest złe w ich życiu i nie potrafią się od tych problemów uwolnić. Tonya, od dziecka bita przez matkę, trafiła w ręce chłopaka, który również ją bił, i wcale tak łatwo od niego nie odeszła.

Film dość jasno stwierdza, że cała afera związana z osobą Tonyi Harding została wykreowana przez ludzi z jej otoczenia, choć sama bohaterka ponoć nie miała o tym pojęcia. Z całej tej historii wyłania się większy obraz współczesnej Ameryki i jej stanu.

Twórcy filmu w tej niezwykłej historii ze sportem i rywalizacją w tle przemycają tak naprawdę jeden konkretny komunikat: „Patrzcie, to jest obraz tego, jak wyglądają i żyją ludzie, którzy wybrali Donalda Trumpa na prezydenta”. “Jestem najlepsza. Ja, Tonya” jest też pełen ciekawych obserwacji społecznych w obrębie tego, jak odbierane są przez otoczenie jednostki, które trochę się wyróżniają, albo nie do końca pasują do ogółu.

Tonya Harding, pochodząca z nizin społecznych, była ucieleśnieniem wstydliwej twarzy Ameryki – ludzi słabo wykształconych, pozbawionych ogłady, niepotrafiących się zachować (Harding znana była z dość prostolinijnego charakteru i również z dość chamskich, dosadnych odzywek). Dla amerykańskiej elity Harding była zwykłą “hołotą”, która próbowała się “wbić” do ich ekskluzywnego klubu.

Jak widać, “Jestem najlepsza. Ja, Tonya” to znakomity film, który poza tym, że przyniesie nam sporo dobrej zabawy, można odbierać na wielu poziomach. Kapitalny scenariusz zdołał pomieścić te wszystkie motywy i obserwacje w świetnie zrealizowanym i mistrzowsko zagranym dramacie sportowym.

Obok wspaniale sfilmowanych scen, w których obserwujemy jazdę figurową Harding (istna wizualna poezja) otrzymujemy też genialne kreacje aktorskie.

To chyba najlepsza rola Margot Robbie! Potrafi być urocza, niewinna, zadziorna i naiwna w jednym. Doskonale oddaje pasję i motywację Harding do osiągnięcia jak najwięcej w sporcie, który kocha. Równie przekonująco wypada w scenach rodzinnych awantur z matką i chłopakiem. Całości pomaga fakt, że do tej roli Robbie przytyła, a resztę magii w jej transformacji uczyniły znakomite kostiumy, fryzura i charakteryzacja.

Inną aktorską perłą jest też ekranowa partnerka Robbie, czyli Allison Janney w roli matki Tonyi Harding. To absolutnie jedna z najbardziej niesamowitych, elektryzujących i genialnie skonstruowanych postaci, jakie można było oglądać na ekranie w ostatnich latach!

Matka Harding jest istnym potworem. Trzyma córkę krótko, bije ją, przezywa, niszczy psychicznie, nie ma żadnej litości. Sceny z nią przypominają bardziej thriller bądź horror, a w najlepszym przypadku czarną komedię. Janney w tej roli przeszła samą siebie i również dała światu najlepszą rolę w swojej karierze. Jej ekranowa charyzma po prostu wgniata w fotel.

Niech was więc nie zmyli tematyka. Bez względu na to, czy lubicie filmy o sporcie, czy nie. “Jestem najlepsza. Ja, Tonya” to coś znacznie więcej niż kolejna typowa biografia. To fenomenalnie opowiedziana i kapitalnie “poskładana” historia, która łączy w sobie dramat i komedię. Trochę tak, jakby wymieszać “Rocky’ego” z filmami braci Coen. Jazda obowiązkowa.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...