Mamy 2018 rok, a niektóre hollywoodzkie superprodukcje ciągle mają CGI rodem z 1998 roku

Artykuł/Film 27.02.2018
Mamy 2018 rok, a niektóre hollywoodzkie superprodukcje ciągle mają CGI rodem z 1998 roku

Coś złego dzieje się z poziomem efektów specjalnych w hollywoodzkich superprodukcjach. Jest to może problem pierwszego świata, ale CGI to prężnie rozwijająca się gałąź sztuki. Coraz gorsze efekty, które widzimy na ekranach, oznaczają niestety jedno – pieniądze, a raczej ich brak. Jeśli nawet taki tytan jak Fabryka Snów nie jest w stanie godziwie opłacić profesjonalnych artystów, to znaczy, że naprawdę jest źle.

Kino jest moją pasją i jednym z najważniejszych elementów mojego życia. Towarzyszy mi, od kiedy pamiętam. Zanim jednak rozkochałem się w największych artystach X muzy, zanim poznałem Kubricka, Bergmana, Kurosawę, czy Scorsese, tym co najbardziej mnie zachwycało (i zachwyca do dziś) w filmach to kreacja zupełnie nowych/innych światów. Nie tylko za pomocą wyobraźni, scenografii itp., ale także dzięki efektom specjalnym.

Wychowywałem się w czasach, gdy CGI powoli acz stanowczo stawiało swoje pierwsze kroki. Mogłem więc na bieżąco obserwować rozwój tej dziedziny sztuki. A że podobnie jak spora część widzów lubię czasem obejrzeć jakieś wielkie widowisko, to po dziś dzień moje uwielbienie i uznanie dla artystów CGI jest coraz większe.

Niestety, od jakiegoś czasu zaczynam dostrzegać niepokojące znaki wskazujące na to, że w branży CGI dzieje się coś niedobrego.

I wszystko wskazuje na to, że jak zwykle chodzi o pieniądze. A konkretniej, o ich brak. Samemu jest mi to trudno pojąć, ale Hollywood – pomimo ogromnych przychodów każdego roku – cały czas “trzęsie portkami”, jeśli chodzi o wydawanie pieniędzy. Ich chęć jak największego zminimalizowania kosztów produkcji i jednocześnie jak największych zarobków jest wręcz patologiczna.

Jest to o tyle szokujące, że nieraz przecież słyszymy o tym, że dane studio wyrzuciło “w błoto” ponad 100 mln dol. na film, który skazany był na porażkę. I później tą porażką się stał. W dodatku mówimy tu o oddziale efektów specjalnych, a jeśli chodzi o największe przeboje roku, to w końcu na nich te filmy w dużej mierze się opierają. Potwornie więc mnie dziwi to, że na CGI Hollywood skąpi grosza.

Wbrew pozorom nie jest to taki błahy problem. Nie chodzi tu wcale tylko o to, że rozpieszczony popcornowy widz dostanie niedopracowane efekty specjalne.

Za tymi efektami stoją ludzie. To zatrudnieni do pracy graficy, programiści, spece od modelowania postaci i efektów 3D.

Ludzie, dla których jest to pasja i praca w jednym. Praca z której się utrzymują. Zapewne zresztą nie tylko siebie samych, ale i swoje rodziny. Mówimy więc nie o komputerowym kodzie, który generuje przed naszymi oczami niesamowitą Wakandę w “Czarnej Panterze” bądź też powołuje do życia fotorealistyczne zwierzęta z “Księgi Dżungli” albo Cezara w nowej “Planecie Małp”. Chodzi o ludzi, którzy poświęcają całe swoje życie i czas, pracując na zlecenie wielkich wytwórni filmowych.

Jeśli więc widzimy słabe efekty specjalne w filmie kosztującym ok. 200 mln dol., to znaczy, że ci ludzie albo są słabo opłacani i przy okazji wrzuceni w wir pracy w pośpiechu, albo wręcz zastępowani tańszymi i gorszymi odpowiednikami. A te również siedzą po godzinach, ale dają sobie włazić na głowę, bo sądzą, że to dla nich życiowa szansa.

Może i takie są prawidła rynku, ale Hollywood, funkcjonujące na styku biznesu i sztuki, powinno lepiej traktować swoich artystów. Wygląda to tak, że obecnie wielkie studia zatrudniają animatorów za określoną kwotę na określony czas (przeważnie kilka miesięcy), jednak w momencie, gdy post-produkcja filmu zacznie się przedłużać, artyści pieniędzy za nadprogramową pracę już nie dostają. Pokazuje to dobitnie przykład animatorów pracujących nad “Sausage Party”, którzy postanowili głośno opowiedzieć o braku wynagrodzenia za nadgodziny.

Tego typu zasady współpracy sprawiają, że albo niektóre największe firmy w ogóle rezygnują z pracy nad danym filmem, albo outsorcingują zlecenie do swoich mniejszych pododdziałów, albo dana wytwórnia zatrudnia tzw. tanią siłę roboczą, z góry ograniczając jej czas pracy. A jak wiadomo, jeśli chodzi o CGI, niedoczas powoduje to, że dane efekty będą po prostu gorzej wykonane.

Kilka lat temu zrobiło się głośno o studiu Rythm&Hues, które pracowało nad fotorealistycznymi ujęciami zwierząt i świata z filmu “Życie Pi” i niedługo później… zbankrutowało.

Firma nie dała rady ponieść kosztów utrzymania pracowników. Ponad 600 z nich wylądowało na bruku.

Jakby komuś było jeszcze mało gorzkiej ironii, odbierający Oscara za efekty specjalne w “Życiu Pi” Bill Westenhofer próbując opowiedzieć o tym fakcie wtedy, gdy patrzyły na niego oczy całego świata i branży, został bezceremonialnie uciszony i zagłuszony muzyką ze “Szczęk”. Trudno o lepszą metaforę żarłocznej branży, która jest najlepsza w zjadaniu najlepszych talentów i wypluwaniu z siebie ich resztek.

Podczas tej samej ceremonii spece od CGI, m.in. pracujący dla Rythm&Hues protestowali przeciwko niskim płacom i nadgodzinom, mając też przy okazji pretensje do reżysera “Życia Pi”, Anga Lee, że nie potrafił zareagować na ten proceder.

Sam już nie wiem, czy wynika to z tego, że Hollywood uważa, iż masy i tak nie zauważą, więc po co się nadmiernie starać? Jasne, są liczne przypadki filmów, w których efekty specjalne są po prostu niesamowite i dopracowane do ostatniego szczegółu. Przytaczane wcześniej “Księga Dżungli” i nowa “Planeta Małp” to jedne z wielu przykładów pozytywnych.

Nad efektami specjalnymi w “Avatarze” James Cameron wraz z ekipą pracował długie lata. Obecnie trwają zaawansowane i wyczerpujące prace przy sequelach “Avatara”, które mają przenieść nas w nową erę CGI.

Peter Jackson osiągnął arcymistrzostwo w kreacji efektów specjalnych. Te wyglądają obłędnie i przy okazji nie dominują filmu, a stanowią istotny element większej opowieści. Sam pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na całym świecie trylogia “Władcy Pierścieni”, także od strony przełomowych efektów specjalnych. Sama tylko animacja Golluma do dziś wbija w fotel.

Tylko jak wytłumaczyć fakt, że niedługo później, w “King Kongu”, który również jest wspaniałym dziełem i przykładem na liczne i genialne twory CGI, znalazło się też mnóstwo wizualnych potworków?  Przypomnijmy sobie choćby niesławną scenę ucieczki przed pędzącymi brontozaurami.

Również w “Hobbicie” nie brakuje fatalnych scen z wykorzystaniem CGI (widać to w szczególności w zbiorowych scenach bitewnych). Poprzednia trylogia, kręcona ponad dekadę wcześniej, wygląda o wiele lepiej.

“Hobbit” jednak powstawał w pośpiechu i z większym budżetem oraz znacznie większymi oczekiwaniami niż “Władca Pierścieni”, którego olbrzymi sukces zaskoczył wszystkich. Wtedy był czas, aby wszystko dopracować do ostatniego efektu, przy Hobbicie liczyły się już tylko słupki i terminy.

Analogiczny przypadek było widać w sequelu “Matrixa”. Część pierwsza to jeden z najbardziej kultowych i przełomowych pod kątem nowatorskich efektów specjalnych filmów ostatnich 20 lat (a może i nawet w historii kina). Natomiast “Matrix Reaktywacja” miał może większy budżet, ale też i o wiele większą “nerwówkę” i pośpiech. Zapewne również i większa skala sprawiła, że nie dało się w pełni dopracować wszystkich szczegółów.

I nie czepiałbym się tego, gdyby niektóre efekty w “Reaktywacji” trochę odstawały od reszty. Gdy widzę takie plastikowe potworności, jak podczas walki Neo z setką agentów Smithów czy podczas pościgu na autostradzie, to aż mnie skręca.

Pomijam już fakt, że drugi “Matrix” nie przyniósł żadnych przełomów i nowości w obrębie efektów specjalnych. Choć warto dodać, że sceny z filmu są szalenie atrakcyjne wizualnie i uwielbiam ich choreografię oraz logistyczne rozplanowanie.

Natomiast za żadne skarby nie daruję takich słabych modeli CGI w kosztującym 100 mln dol. superprzeboju wielkiej wytwórni, bo jest to ewidentny brak szacunku dla widza.

Tego typu przypadki mógłbym wymieniać i wymieniać. Nie trzeba mieć specjalnie wyrobionego oka, by przerazić się na widok komputerowej wersji Dwayne’a Johnsona w “Mumia Powraca”. Ta wygląda jak jakiś pół amatorski model z niskobudżetowej gry wideo z 1993 roku.

Każdy chyba dostrzegł również tandetną sztuczność szponów Wolverine’a w jego pierwszym solowym filmie, o którym lepiej jest zapomnieć. Wyglądają one tak, jakby jakiś grafik-amator dokleił je bezczelnie w Paincie.

To tylko kilka przykładów. I nadmieniam, że są to w większości sequele największych przebojów. A te w teorii powinny mieć większe budżety, lepszą ekipę i być o wiele bardziej dopracowane. Ale nie, Hollywood woli iść pod prąd.

Nawet tak wielki przebój jak “Jurassic World”, kosztujący ponad 150 mln dol., nie ustrzegł się przed scenami, które wyglądały gorzej niż w pierwszej części z 1993 roku. Mam tu na myśli kiepskie tekstury dinozaurów widoczne szczególnie w scenach, w których towarzyszyli im żywi aktorzy.

Z efektami specjalnymi problem ma też MCU.

Wydawać by się mogło, że to perfekcyjnie naoliwiona machina, która wszystko dopięte ma na ostatni guzik. W dodatku na filmy Marvela nikt nie szczędzi pieniędzy, bo wytwórnia wydaje na nie średnio 180-200 mln dol. i zarabia przy tym wielokrotność tej sumy, bijąc kolejne kasowe rekordy. Mimo tego, tak w “Avengersach” jak i np. ostatnio w “Czarnej Panterze” nie brakuje niedopracowanych scen oraz zwyczajnie źle wyglądających tworów CGI. Wystarczy wspomnieć o modelach nosorożców w trzecim akcie, które wyglądały praktycznie tak samo jak komputerowo animowane zwierzęta w “Jumanji” z 1995 roku. Po oczach rażą też słabo stworzone modele postaci wykorzystywane w scenach akcji:

 

Na “Justice League” Warner Bros. wydał ponoć rekordowe 300 mln dol. (wliczając w to kosztowne dokrętki Jossa Whedona), olbrzymie pieniądze poszły też na reklamę, a mimo tego miejscami film ten wygląda tak, jakby kosztował co najmniej 1/5 mniej. Naprawdę zachodzę w głowę jakim cudem wytwórnia była w stanie pokazać światu okropnego Steppenwolfa czy przypadek, który absolutnie przeszedł już do historii, czyli wymazane po taniości wąsy Henry’ego Cavilla i fatalnie nałożoną na obraz warstwę “cyfrowych ust”.

Czy wymagam za dużo, oczekując tego, aby filmy, kosztujące setki milionów dolarów, były doszlifowane od strony formalnej? Chyba nie.

Czy robię z igły widły, sądząc, że magicy od CGI powinni być lepiej opłacani i nie znajdować się na samym końcu hollywoodzkiej machiny? W końcu to ich twórczością chwalą się potem wielkie studia na wszelkich trailerach promujących ich superprodukcje i to one w dużej mierze przyciągają widownię. Zignorowanie tego problemu prędzej czy później doprowadzi nie tylko do tego, że lata rozwoju CGI pójdą na marne, bo największe hollywoodzkie hity będą raziły przeciętnością i amatorszczyzną efektów specjalnych, ale także do tego, że ta gałąź sztuki zacznie funkcjonować w artystycznym podziemiu. Oby tak się nie stało.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (12)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...