Daniel Day-Lewis w wielkim stylu kończy swoją karierę. Nić widmo – recenzja

Recenzje/Film 23.02.2018
Nasza ocena:
Daniel Day-Lewis w wielkim stylu kończy swoją karierę. Nić widmo – recenzja

Najnowszy obraz Paula Thomasa Andersona to utkana z najlepszych materiałów filmowa suknia i pulsujący od zmysłowości portret narcyza, który musi zmierzyć się z siłą kobiecości.

Reynolds Woodcock (wybitny jak zawsze Daniel Day-Lewis) to geniusz sztuki krawieckiej. Isnty Michał Anioł swojego rzemiosła, którego dopracowane do najmniejszego szczegółu arcydzieła noszą na sobie najbardziej wytworne brytyjskie damy. Jednak Woodcock zapłacił naturze pewną cenę za swój geniusz.

Nasz bohater jest niewolnikiem swojego własnego perfekcjonizmu.

Jego życie podporządkowane jest sztywnym regułom dotyczącym tego, co ma jeść, o jakiej porze, jak wygląda jego dzień oraz sposób pracy. Nad tym wszystkim czuwa jego siostra, Ciryl, równie oschła i lakoniczna co Reynolds.

Porządek świata Woodcocka burzy jednak poznana przypadkiem kelnerka. Alma pochodzi z Europy Wschodniej (w tej roli niesamowita Vicky Krieps) i to dla niej bohater przesuwa swoje granice.

Dla Almy uniwersum Woodcocka jest niczym inna planeta, rządząca się swoimi ekskluzywnymi prawami. Z początku dziewczyna próbuje się do tych zasad dostosować i w nich odnaleźć, ale z czasem zaczyna przejmować inicjatywę.

I to właśnie Alma jest główną bohaterką “Nici widmo”.

Czyni to z tego filmu pierwszą produkcję w karierze Paula Thomasa Andersona, w której reżyser postanowił opowiedzieć historię z kobiecej perspektywy.

To Alma jest postacią, z którą poznajemy świat Woodcocka. To ona przechodzi w trakcie trwania filmu przemianę, dojrzewa i pozwala wybrzmieć swojej rozkwitającej kobiecości.

Woodcock jest panem krainy, do której trafiła. Jest wyzwaniem, przeszkodą, motywacją, misją, motorem jej przemiany. Choć jest on postacią fascynującą, to pełni on rolę raczej monolitu w filmie Andersona, jest cały czas taki sam, niczym władca, wokół którego nadskakuje cały dwór.

Co oczywiście nie zmienia faktu, że jego ekranowa obecność potrafi hipnotyzować. Tyleż samo dzięki kapitalnie napisanemu scenariuszowi, co kolejnej (i ponoć ostatniej) wybitnej roli Daniela Day-Lewisa. Reynolds Woodcock równie mocno fascynuje, co odpycha.

Podziwiamy jego geniusz i kunszt, który daje światu przepiękne suknie, wprowadzające element baśniowy do szarej rzeczywistości. Z drugiej strony mierzi nas jego ascetyczny brak uczuć, anemiczny brak empatii i oraz kliniczny narcyzm połączony z licznymi nerwicami natręctw.

Day-Lewis z chirurgiczną wręcz precyzją potrafi oddać jego nieobliczalny stan emocjonalny, choćby tylko w spojrzeniu czy grymasie. Ciągle nie wiem jak on posiadł taką umiejętność, ale absolutnie wydaje się być jednym z dosłownie kilku aktorów w historii, którzy osiągnęli taki poziom.

I choć rola Day-Lewisa jest kolejnym jego dokonaniem, które przejdzie do historii i będzie studiowane przez studentów aktorstwa, to równie wielką rewelacją i objawieniem jest Vicky Kireps.

Almę poznajemy jako niepewną siebie kelnerkę, z początku wystraszoną i zagubioną w zimnym świecie Woodcocka. Z czasem obserwujemy, jak uczy się w nim poruszać, przejmować stery, pociągać za sznurki i odcisnąć swoje piętno na życiu i kreacjach swego mistrza. Krieps od pierwszej sceny w filmie kradnie każdą sekundę swoim urokiem, później jednak pokazując swoją bardziej zadziorną i dojrzalszą twarz.

“Nić widmo” jest więc fascynującym obrazem, w którym obserwujemy zderzenie pierwiastków kobiecych i męskich, sztuki i miłości, pasji i namiętności. Dawno już nie widziałem filmu tak zmysłowego i przepełnionego erotycznym napięciem, w którym jednocześnie nie ma ani jednej sceny seksu, nagości, a i sceny pocałunków są dość oszczędnie i rozmyślnie dawkowane.

Paul Thomas Anderson, po zdecydowanie najsłabszym obrazie w swojej karierze, którym była “Wada ukryta”, powrócił w wielkim stylu, choć “Nić widmo” jest jednym z jego najbardziej kameralnych dokonań.

Niczym mistrzowskie kroje szat w wykonaniu Woodcocka, filmowe dzieło Andersona jest dokładnie przemyślane, wykonane z pietyzmem i perfekcyjnie wymierzone.

Nie ma w nim ani jednej niedokończonej krawędzi, ani jednej zbędnej nitki czy źle dobranego koloru. Klimatyczne zdjęcia, w których obserwujemy bohaterów w pomieszczeniach, przyglądamy się z bliska ich twarzom oraz oczywiście przepięknym sukniom, budują zmysłową atmosferę razem z przepiękną fortepianową muzyką Johnny’ego Greenwooda.

“Nić widmo” to wyśmienita uczta filmowa i aktorska na najwyższym poziomie. Jeśli szukacie filmu, który zostanie z wami na dłużej, uwiedzie was swoim chłodnym pięknem. Jeśli macie chęć poobserwowania mistrzowskich ról Day-Lewisa oraz Krieps i przy okazji lubicie się rozsmakować w świecie sztuki tworzenia sukien, to nie macie się nawet nad czym zastanawiać. Film Paula Thomasa Andersona jest pozycją obowiązkową.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement