Netflix poszedł na zakupy i nabył bardzo dobry kryminał. Frankenstein Chronicles już dostępne – recenzja

Recenzje/Seriale 22.02.2018
Nasza ocena:
Netflix poszedł na zakupy i nabył bardzo dobry kryminał. Frankenstein Chronicles już dostępne – recenzja

The Frankenstein Chronicles to do bólu brytyjska produkcja, którą reklamuje twarz popularnego, lubianego i niezwykle narażonego na filmową śmierć Seana Beana. Niestety, rozpoznawalny artysta nie przyniósł produkcji popularności na miarę Gry o tron. Co nie oznacza, że mamy do czynienia z kiepskim kryminałem. Wręcz przeciwnie.

The Frankenstein Chronicles to kapitalna odmiana po rozczarowującym Altered Carbon. W futurystycznej, cyberpunkowej produkcji główny bohater robił wszystko, tylko nie podążał tropem kluczowego morderstwa. Teraz widz zostaje przeniesiony do XIX-wiecznego Londynu, w którym Sean Bean stara się dojść do prawdy o makabrycznych morderstwach małych dzieci. No i robi to tak, że aż chce się oglądać. W końcu dostaliśmy detektywistyczną produkcję z prawdziwego zdarzenia. Taką, w której widz razem z protagonistą podąża w jasno określonym celu. Chociaż droga jest pełna mroku i ciemności.

The Frankenstein Chronicles nie dostało tyle rozgłosu, na ile zasługuje. Liczę, że to się zmieni.

Gdy w 2015 roku pojawił się pierwszy sezon mrocznego widowiska, mało kto zwrócił na niego uwagę. Brytyjska produkcja nie miała takiej siły przebicia jak Gra o tron czy Westworld. Nie pomogła nawet twarz Seana Beana, który wciela się w głównego bohatera – inspektora brytyjskiej policji Johna Marlotta. Mimo tego dwa lata później pojawił się sezon numer dwa. Kilka chwil po jego emisji Netflix wykupił prawa do dystrybucji poza Wielką Brytanią.

Dzięki temu The Frankenstein Chronicles ma szansę dostać taki rozgłos, na jaki zasługuje. To naprawdę dobry serial detektywistyczny o silnej, gęsto sączącej się atmosferze XIX-wiecznego Londynu. Miejsca, w którym cywilizacja odrzuca oświeceniowy racjonalizm, ponownie dając się oczarować temu, co niematerialne. Brytyjski romantyzm miesza się z cywilizacją wchodzącą w erę rewolucji przemysłowej. Dochodzi do wielkiej kolizji mitów i techniki. Rytuałów oraz nauki. Wszystko to skąpane w charakterystycznej wyspiarskiej mgle, z której wyrasta Big Ben i Pałac Westminsterski.

Ten XIX-wieczny konflikt epok został zrealizowany po mistrzowsku. Rekwizyty, kostiumy, atmosfera – wszystko to zadziałało na sto procent. Oglądanie melancholijnych, wyspiarskich pocztówek jest równie przyjemne, co podziwianie futurystycznych strzelistych wieżowców z Altered Carbon. O ile jednak cyberpunkowa produkcja nie miała do zaoferowania wiele więcej, The Frankenstein Chronicles cechuje bardzo dobra gra aktorska i główny wątek, który spaja zamiast spowalniać.

Wątek tytułowego Frankensteina oraz jego potwora (albo i kilku) bierze widza za zakładnika.

Sezon składający się z sześciu długich odcinków pochłonąłem w jeden dzień. Z kolei niektórych autorskich produkcji Netfliksa nie mogę dokończyć w kilka miesięcy. Tak ciąży mi na wątrobie przesadnie rozciągnięty scenariusz, który mógłby być krótszy o połowę. W The Frankenstein Chronicles jest za to szybko, intensywnie i do syta. W każdym odcinku dzieje się coś ważnego i zaskakującego. Brakuje charakterystycznych wypełniaczy, które mają za zadanie wyłącznie nabić czas siedzenia przed platformą VoD.

Od ekranu nie pozwala odejść zarówno Sean Bean, jak również reszta brytyjskiej obsady. Co europejska szkoła filmowa, to europejska szkoła filmowa. Tutaj nawet statyści grają bardziej przekonująco niż w wielu w pełni autorskich produkcjach Netfliksa. Do tego te kostiumy! Te plany! Te zdjęcia! Zdecydowanie nie szczędzono środków, aby wszystko to wyglądało spójnie, przekonująco i realistycznie. Dzięki temu widz naprawdę spaceruje po XIX-wiecznym Londynie. On tego nie ogląda. On tam jest.

The Frankenstein Chronicles wyrasta na jeden z najciekawszych nowych seriali, jakie Netflix ma aktualnie do zaoferowania. Chociaż jego premierze na polskiej platformie VoD nie towarzyszy merketingowa pompa, nie zapominajcie o Seanie Beanie i tajemnicy XIX-wiecznego Londynu. To idealna oferta na ciemną i zimną końcówkę lutego. Zwłaszcza dla tych widzów, którzy cenią sobie tę charakterystyczną nutkę na Samotnika z Providence.

Ode mnie solidne siedem pozszywanych kawałków ciała na dziesięć

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (9)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...