Ta marka zasługuje na więcej. Star Trek: Discovery – recenzja

Recenzja/Seriale 13.02.2018
Nasza ocena:
Ta marka zasługuje na więcej. Star Trek: Discovery – recenzja

Ta marka zasługuje na więcej. Star Trek: Discovery – recenzja

Pierwszy sezon Star Trek: Discovery już za nami. Sezon całkiem udany, jeśli szukamy przyjemnego, niezobowiązującego i niezbyt dojrzałego science-fiction. Problem w tym, że ja po tym Star Treku oczekiwałem więcej.

Star Trek coś nie ma szczęścia do wznowień po latach. Zaczęło się od reboota stworzonego przez J.J. Abramsa. Bardzo miłego filmu akcji, świetnie nakręconego, fajnie poprowadzonego i niesamowicie płytkiego. To ostatnie rozzłościło wielu fanów marki, jednak jako lekkie kino rozrywkowe broni się doskonale. Kolejne produkcje były już niestety gorsze i nawet nie mogły być chwalone za bycie przyjemnymi odmóżdżaczami. Były na to za głupie.

Teraz zakończył się pierwszy sezon nowego serialu Star Trek: Discovery. Produkcji, która ma niewiele wspólnego zarówno z filmami Abramsa, jak i ze starymi serialami. Nie byłoby to nawet jakimś szczególnym problemem – wszak trzeba się rozwijać, wybaczcie Trekkies – gdyby ten serial był bardzo dobry. Kłopot w tym, że jest co najwyżej niezły.

Jest bardziej mrocznie i brutalnie.

To pierwszy startrekowy serial w historii, który jest nieodpowiedni dla widzów poniżej 15. roku życia. Zawiera zbyt wiele brutalnych scen, flirtuje też nieco z erotyką (choć nie w wulgarny sposób). Opowiada też o bardzo trudnych czasach dla Federacji, zamiast o radosnej epoce eksploracji kosmosu. Nawet główna bohaterka to protagonistka formatu, do którego zagorzali Trekkies muszą długo się przyzwyczajać.

Jest nią wychowana przez Wolkan ludzka kobieta, pierwszy oficer Michael Burnham, która na skutek swojej mylnej decyzji wywołała wojnę z Klingonami. Na tej wojnie skupia się w zasadzie cały pierwszy sezon. Poznajemy więc Federację nie jako odkrywców miejsc, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek, a jako siłę militarną, która musi bronić się przed zagładą ze strony groźnego adwersarza. A trup ściele się gęsto.

Pilot Star Trek: Discovery recenzja

Ratunkiem dla Federacji może być zupełnie nowy napęd, znacznie funkcjonalniejszy od napędu warp. Ów napęd testowany jest na pokładzie tytułowego Discovery. I na tym zakończę streszczanie fabuły, bo i tak już za dużo spoilerów jak na recenzję. Wspomnę tylko, że w wyniku pracy tego napędu załoga Discovery poleci dalej, niż – wedle mojej pamięci – poleciały kiedykolwiek Enterprise czy nawet Voyager.

Załoga tytułowego okrętu w Star Trek: Discovery to zespół bardzo ciekawych postaci.

Muszę przyznać, że to akurat scenarzystom się bardzo udało. Dość szybko poznajemy kolejnych drugoplanowych stałych bohaterów serialu i dość szybko nawiązujemy z nimi jakąś więź. Jedni są zabawni, inni intrygujący, jeszcze innych – według założenia scenarzystów – nie cierpimy. Przy czym nie jest to raczej zasługa wybitnej gry aktorskiej, a dobrych pomysłów na same postacie.

Star Trek: Discovery recenzja
Od lewej: Lt. Saru, Michael Burnham, Philippa Georgiou

Główna bohaterka to postać wielowarstwowa, wypełniona sprzecznościami i konfliktami, z którymi musi się uporać. Kadra oficerska to zespół indywidualności. Te mimo dzielących ich różnic nauczyły się ze sobą współpracować. Dowództwo Gwiezdnej Floty jest zagubione i chaotyczne, tak jak można się po nim spodziewać w trudnych opisywanych przez serial czasach. A Klingonie, choć nie przypadli mi do gustu pod względem charakteryzacji i głosów, są tak przerażający i zasadniczy, jak być powinni.

Star Trek: Discovery ogólnie wygląda bardzo dobrze.

Nie można nic zarzucić warstwie audiowizualnej serialu. Nie jest to może poziom filmu kinowego, a znajdę i seriale science-fiction wyglądające lepiej, trudno jednak się do czegokolwiek doczepić. Kostiumy, charakteryzacja i scenografia wyglądają jak trzeba, przy czym nie mam tu na myśli wyborów artystycznych, a realizację techniczną.

To samo można powiedzieć o cyfrowych efektach specjalnych. Nie są one najwyższych lotów, ale są dostatecznie przekonujące, by nie wadzić. Ot, poziom dobrej telewizji. Podkręcony na dobrym telewizorze z 4K i HDR, jako całość prezentuje się bardzo przyzwoicie.

Co więc poszło nie tak? Niestety jedna z najważniejszych rzeczy, a więc scenariusz.

Star Trek: Discovery bardzo chciał być nowoczesnym serialem. Zamiast niezależnych historii opowiadanych w poszczególnych odcinkach z jakimś tam motywem przewodnim w tle, mamy jedną intrygę rozciągającą się na 15 odcinków. Intrygę pełną niespodzianek, zwrotów akcji i cliffhangerów mających skłaniać do niecierpliwości w oczekiwaniu na kolejny epizod.

Niestety, nie wyszło to najlepiej. Przy czym nie najlepiej oznacza jak najbardziej przyzwoity poziom. Byłem ciekaw od samego początku jak to wszystko się zakończy, niejednokrotnie byłem zły, że to już koniec odcinka i na ciąg dalszy trzeba czekać.

Wideo Star Trek Discovery

Problem w tym, że w tym całym nowym podejściu zniknęło to, co czyniło Star Treka wyjątkowym. Serial nie porusza już problemów filozoficznych, egzystencjalnych, społecznych czy jakichkolwiek innych. To serial przygodowo-wojenny, z relatywnie płytką intrygą, bardzo kiepską rytmiką (przez dwa odcinki nic się nie dzieje, przez kolejne dwa dzieje się zbyt wiele) i mało dojrzałym scenariuszem. Dobrze się to ogląda w ramach poniedziałkowego odmóżdżenia po pracy. Ale… to tyle.

W Star Trek: Discovery nadal drzemie duży potencjał. Będę czekał na drugi sezon.

Do nowego serialu podchodzę bardzo wyrozumiale, bo bardzo wiele rzeczy zostało w nim zrobionych po prostu dobrze. Na pewno chcę wrócić do tych postaci, sam mam już kilku ulubieńców i mam też nadzieję, że scenarzyści ich się nie pozbędą. Miło się też na to patrzy, bo realizacja techniczna Star Trek: Discovery jest na odpowiednim poziomie. Nawet krytykowany przeze mnie scenariusz nie jest taki zły. Po prostu po Star Treku spodziewałem się dużo więcej, niż jako-tako klejącej się intrygi.

Mam jednak nadzieję, że pierwszy sezon to wprawka przed drugim. Że twórcy umiejętnie odróżnią hejt od merytorycznej krytyki i wysuną z niej odpowiednie wnioski. Liczę, że tym razem wszystkie wątki będą logicznie poprowadzone i że sama opowieść będzie nam serwowana w odpowiednim, zrównoważonym tempie. Jeśli te oczekiwania będą spełnione, Star Trek: Discovery będzie świetnym serialem.

Na razie jest tylko niezłym. Godnym polecenia na zabicie czasu, które nie będzie zarazem jego marnowaniem. Dobrze się przy nim bawiłem, jeżeli jednak liczycie na ciary na plecach, podobne do tych pojawiających się w momencie, gdy Leonard Nimoy zaczyna swój monolog Space, the final frontier…, to, niestety, mocno się rozczarujecie.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (31)

48 odpowiedzi na “Ta marka zasługuje na więcej. Star Trek: Discovery – recenzja”

  1. Polecieli tam gdzie był Enterprise i załoga DS9 więc sory pomyłka. A pokaż mi tych drugoplanowych bohaterów. Nijakie to wszystko.

    • No i grzyby czy inna pleśń. Mogli to sobie darować skoro Patrick Stewart latał tylko w warp, a jak chciał szybciej to wpadał w jakieś dziury w kosmosie. Strasznie niechlujnie to zrobione. Technologie w przeszłości wyprzedzające przyszłość, o których w przyszłości nikt nic nie wie.

      • Nie dziury tylko mosty Einsteina – Rosena. Teoretyczna fizyka i teoria względności Einsteina się kłania. Na studiach z fizyki, matematyki, czy informatyki to podstawa – mówię o teorii względności.

        • Cały post był w żartobliwym tonie, więc te dziury, tutaj przyznam Ci rację, dla jasności winny być w cudzysłowie. Generalnie Star Trek jakoś trzymał się nauki, tutaj mamy kosmiczną pleśń i wielkie niesporczaki.

          • Nie. nie mielismy w ST nauki, tylko wykorzystywanie nazw, ktore znane byly w nauce, glownie w fizyce. Ale dowolnosc tego byla juz kompletnie z czapy, byleby brzmialo w miare powaznie i naukowo i pasowalo do historii. Nie mam o to pretensji, bo jednoczesnie bylo to dobrze wpasowane w fabule i realia univerum wymyslonego. Smieszy mnie za to nieodmiennie, ze ludzie lykajacy jak pelikany takie chwyty jezeli chodzi o fizyke i astrofizyke w ST, maja o nie pretensje, jezeli chodzi o biologie albo dowolna inna dziedzine nauki, ktora im nie pasuje do ST albo po prostu nie maja o niej za bardzo pojecia. Polecam zapoznanie sie z teoriami dr Stametsa, tego prawdziwego i doksztalcenie sie nt grzybow i niesporczakow. Bledem scenaryzstow jest nie to, ze tego uzyli, ale to, ze nie wypracowali co do po,myslu behindow ani wyjasnien dlaczego to dziala tak, nie inaczej i jak dziala. Czyli, ze nie wypracowali technobelkotu w miare dla widza do przyjecia, komponujacego sie z realiami wymyslonego swiata serialu, tak jak zrobiono to wczesniej np. z warp. I z tych dwoch powodw – niewiedza i brak behindow ten nowy pomysl jest przez widzow odrzucany ajko z gruntu glupi, mimo ze tak do konca takim nie jest.

    • Dokładnie w DS9 wojna była dużo lepiej pokazana, a przy tym zachowano to co w Treku najlepsze, czyli głebie, rozkminy filozoficzne, postacie. Polecam w tym kontekście odcinek In the Pale of Moonlight – to rozterki moralne federacji w trakcie wojny!!! Scenarzyści Disco nawet nie próbowali odrobić zadania domowego przed tworzeniem całego sezonu o wojnie.

  2. Jestem przed odcinkiem finałowym. Jak na serial telewizyjny ze wszystkimi jego ograniczeniami, jest na całkiem przyzwoitym poziomie. Trudno jednak od kina rozrywkowego oczekiwać zagłębiania się głębsze warstwy, bo to zwyczajnie nie wypali. Zostanie zmieszany z błotem, opluty i zapomniany. Ale to tylko moje skromne zdanie.

  3. Nuda nie tego oczekiwałem , scenariusz do bani, zdecydowanie wolę Orvil na Fox. Ostatnio obejrzałem sobie Star trek Voyager i to jest zarabisty serial sifi, stary ale jary :-)

  4. Przebrnąłem przez parę pierwszych odcinków ale dalej już się po prostu nie dało. Zawsze zasypiałem i dopiero za czwartym czy piątym razem udawało mi się dokończyć odcinek…

  5. E, z nowych filmów Beyond nie był taki straszny. Jako jedyny z rebootowanej trylogii chociaż nawiązywał do motywów z klasycznego ST (i to nie poprzez kopiowanie scen i wciskanie Leonarda Nimoy’a na 30 sekund), a postaci nie były przejaskrawionymi parodiami. W zasadzie jego największym problemem był trzeci z rzędu szwarccharakter, dyszący chęcią zemsty na Federacji za cośtam. To taki Star Trek, jakiego dostaniemy współcześnie, nie ma co liczyć na powrótkę z The Next Generation. Obejrzeliby to tylko fani klasyki, co zresztą widać po wielkiej popularności The Orville wśród tej widowni.
    STD zasługuje natomiast na swój skrót. Postaci to cyrk, główna bohaterka to android z charyzmą mokrej ścierki, a na dodatek wszyscy traktują ją z jakiegoś powodu jako najlepszą rzecz od czasu wynalezienia krojonego chleba; klasyczna Mary Sue, przy której Rey z SW to rozwinięta i dojrzała postać. Reszta obsady poza Lorcą (i ew. Saru, który jest przedstawicielem rasy wyposażonej w moc wspomagania scenariusza za pomocą Deus Ex Saru) to parodia i efekt korporacyjnej analizy, jaką demografię trzeba uwzględnić. To, co zrobiono z kanonem, wciskając natomiast napędzane grzybowo przygody tej bandy idiotów chronologicznie przed TOSa, najlepiej przemilczeć.

  6. Jako fan Star treka (obejrzałem wszystkie seriale i filmy po kilka razy ) stwierdzam bez wahania i zastanowienia większego g..wna nie widziałam. Fani nie oglądajcie tego tego się nie da oglądać.
    To co zrobili z klingonami i ich Bird-of-Prey to …. nie mam słów, a pokazanie sexu z klingonką, która nie przypomina nawet samicy…no kur..a mać moje oczy.

    Główna aktorka nie pasuje. Scenariusz oraz historia aktorzy to nieporozumienie (Jean-Luc Picard oraz Sisko za wysokie progi). Efekty ok.
    Historia z napędem ze “świetlików” i nawigacją z obcego …
    Etnicznie dobrana grupa…oczywiście… nie mogło zabraknąć całujących się samców…

    • Jestem też fanem i oglądałem wszystkie kinówki i seriale. Serial gorąco polecam bo daje jednak frajdę podczas oglądania. Gene Roddenberry byłby zadowolony że serial ewoluował i poszedł z duchem czasu. Jesteś zwyczajnie konserwą i tkwisz w miejscu.

      • Gene Rodenberry byłby doprawdy zachwycony z “wolkańskiego przywitania” polegającego na strzelaniu do Klingonów ze wszystkiego, z czego da się strzelać na sam widok klingońskiego okrętu. To klasyczny manewr w jego utopijnej i harmonijnej wizji przyszłości.

      • Gene w grobig fikołki robi. Kilka podstawowych założeń z jego wizji jest wyrzuconych do kosza. Jak na przykład to aby załoga nie walczyła że sobą. Więce ducha ST jest w The Orville niż w STD.

      • Nowy Star Trek z Chris Pine jest dobry mimo, że to remake.
        Co ci się w nim podoba ? W Discovery nic nie trzyma się kupy.
        Miałem nadzieje na coś nowego z fajną fabułą i scenariuszem…
        Technologia jak z przyszłości mimo, że wszystko dzieje się w przeszłości… Aktorstwo tak sztywne…Liczyłem na coś więcej… efekty efektami historia musi wciągać tu są efekty klasy, A ale historia z filmów klasy C. Obejrzałem do końca bo to Star Trek…, ale była to męka. Główna bohaterka była tak irytująca, że normalnie po 3 odcinkach męki bym wymiękł. Przy nie których odcinkach można było zasnąć tak wciągały…

  7. piszcie co chcecie ale mnie sie podobał :-) a że o gustach sie nie dyskutuje więc ni jak wasze komentarze nie przekonają mnie że to kiepski serial ;-) wolna wola – nikt ne zmusza do ogladania :-)

    • Oczywiście, że o gustach się dyskutuje. Nie dyskutuje się tylko o tym czy to może Ci się podobać czy nie.

  8. A mnie bardzo cieszą opinię ‘prawdziwych’ fanów odnośnie tego serialu. Bo mnie nigdy ST nie wciągnął. Akceptuję jego fenomen, natomiast nigdy mnie on nie oczarował. Podobały mi się za to bardzo nowe filmy kinowe. Akcja, przygoda, bez zbędnego pitolenia, efekty (bo jakby nie patrzeć na tego ‘prawdziwego star treka’ to już dla mnie trąci on myszką całkiem konkretnie) wybuchy i tak dalej. Także serial w świecie ST, który jest mroczniejszy i bardziej brutalny! Z chęcią obejrzę! :P

  9. Do fanów ST raczej się nie zaliczam, obejrzałem bo obejrzałem wszystkie serie i filmy -nie naraz rzecz jasna, rozłożyło się to na długie lata. Niektóre odcinki były nawet ciekawe, inne nudne jak flaki z olejem. Ale generalnie jakiś poziom trzymały i fenomen tego uniwersum mnie nie dziwi. Natomiast to coś to jakaś aberracja –najdelikatniej mówiąc. Jestem wręcz przekonany, że gdyby w 66′ wyskoczyli z czymś takim zamiast TOS [do którego to coś nie ma startu], to ST skończyłby się na właśnie tych 15-tu odcinkach i dziś nikt by go nie pamiętał.

  10. Serial niezły, ale Star Trek w swoich najlepszych odsłonach (OS, TNG) był czymś więcej niż widowiskowym s-f dla gawiedzi. Promował wiedzę z różnych dziedzin, nie tylko technicznych, ale również filozofii, socjologii. Zmuszał do myślenia. Wywierał wpływ na rzeczywistość, np. nazwy pierwszych promów kosmicznych (Enterprise, Discovery), pierwszy rozkładany telefon komórkowy – Motorola StarTac inspirowany komunikatorem, tablet Jean Luc’a itd. Mam nadzieję, że nie roztrwonią tego kapitału i w kolejnych sezonach zatrudnią odpowiedniego scenarzystę.

  11. Może mniej ambitnie jeśli chodzi o socjologię i inne nauki ale za przez większość trwania sezonu jest napięcie i ciekawość co dalej, a bohaterowie może nie głębocy ale wyraziści. Lepiej tyle odcinków niż jakieś 175 Next Generation.

  12. Fajna wyważona recenzja. Dziękuję :-)

    Serial jest po prostu słaby. Wstyd, że wyszedł pod “marką” Star Trek.
    Dla osób rozczarowanych, polecam The Orville.
    Wkleję kila słów jakie napisałem na innym portalu (filmowym)

    “The Orville jest bardziej Star Trekowy niż najnowszy Discovery.
    I wiecie co? Myślę, że wyszło mu to na dobre.
    Serial ogląda się lekko, przyjemnie z takim fajnym poczuciem świeżości. Zupełnie inaczej niż ociężały i jakby “na siłę” nakręcony ST Discovery, który swoją “bogactwem” efektów specjalnych i nielogiczności jest po prostu niestrawny i być może kierowany raczej do młodszej widowni.
    Dawno się tak mile nie zdziwiłem.
    The Orville polecam szczególnie widzom o lubiącym Star Treki w stylu The Next Generation :-)”

  13. Mam wrażenie że autor dawno nie oglądał poprzednich serii, a dorósł w międzyczasie, i z tego biorą się wysokie oczekiwania. Star Trek nigdy nie był specjalnie dojrzały a to co dzieje się w “Dicovery” to i tak znaczący postęp.

  14. Od połowy sezonu ogladałem tylko dla beki. Słaby, dziurawy scenariusz który często w dziwnych momentach idzie na skróty. Niesympatyczne, drewniane postaci, w tym prym wiedzie specjalistka Burnham ze swoimi patetycznym tekstami. A zakończenie z bombą na Quonos i tym przemówieniem klingonki po którym niemwiedzieć czemu nagle zakończyła się wojna już zupełnie absurdalne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...