Wakanda żyje! Black Panther: The Album – recenzja

Recenzje/Muzyka 12.02.2018
Nasza ocena:
Wakanda żyje! Black Panther: The Album – recenzja

Wakanda żyje! Black Panther: The Album – recenzja

Advertisement

Premiera filmu “Czarna Pantera” to coś więcej niż tylko chwilowe wydarzenie w popkulturze. Niech dowodem na to będzie fakt, że na potrzeby najnowszej produkcji Marvela Kendrick Lamar wyprodukował album, który towarzyszy “Czarnej Panterze”. 

Tradycja albumów/soundtracków (i nie chodzi mi wcale o tradycyjne składanki ze znanymi już hitami), które nagrywane są specjalnie na potrzeby danego filmu jest coraz rzadziej spotykana. W latach 60. i 70. muzycy – jazzowi, R&B czy też disco – nagrywali płyty z oryginalnym materiałem, które jednocześnie stanowiły tło filmów.

Mowa tu o produkcjach bardziej niszowych i tych, które stawały się wielkimi przebojami. Do najbardziej znanych należą choćby soundtrack z “Flashdance”, “Gorączka sobotniej nocy” od Bee Gees oraz arcydzieło gatunku, czyli “Superfly” Curtisa Mayfielda nagrany na potrzeby filmu pod tym samym tytułem.

Nie wiem, czy “Black Panther: The Album” pod kuratelą Kendricka Lamara również zapisze się w historii, ale jedno jest pewne – to mistrzowska robota, w której nowoczesny hip-hop i R&B wspaniale przeplatają się z afrykańskimi brzmieniami.

Premiera “Czarnej Pantery” stanowi niejako punkt kulminacyjny wewnątrz afroamerykańskiej społeczności. W tym jednym wydarzeniu i filmie spotykają się dekady rasizmu, cała burzliwa historia czarnych mieszkańców Ameryki, ich zmagań z nierównością i dyskryminacją wraz z nawiązywaniem do korzeni ich kultury. Wszystko to będzie miało swoje ujście w filmie, który dla Afroamerykanów wielu pokoleń jest czymś więcej niż kolejnym rozrywkowym hiciorem.

Kendrick Lamar, sprawując pieczę nad przygotowaniem albumu “Black Panther”, miał przed sobą nie lada wyzwanie, z którego wywiązał się perfekcyjnie.

I am T’Challa – wita się z nami Kendrick Lamar w psychodelicznym intro z przesterowanym fortepianem w tle. Do pracy nad płytą zaprosił liczne grono wykonawców, jednak to on jest głównym sterowniczym tego okrętu.

Chwilę później zaczyna się All the Stars z udziałem SZA, który właśnie staje się globalnym przebojem. To klasyczne R&B z kapitalnym beatem. fantastycznym refrenem, w którym czuć muzyczne mrugnięcia okiem do dźwięków afrykańskich, choć jeszcze w tym przypadku dość oszczędnie wplecionych w całość.

All the Stars towarzyszy genialny i olśniewający wizualnie teledysk. To jeden z najlepiej wyreżyserowanych klipów, jakie widziałem w ostatnich latach.

The Ways, w wykonaniu młodych i świetnych raperów – Khalida i Swae Lee – to kolejny kandydat na międzynarodowy przebój. Utrzymany w średnim tempie kawałek po prostu hipnotyzuje – jego relaksujący beat i jamajska melodyka to mistrzostwo świata.

Opps – w wykonaniu Vince Staplesa i Yurgena Blakroka – przybliża nas do afrykańskich rytmów plemiennych i fenomenalnie łączy je z współczesną klubową poetyką. Bębny przeplatają się tu z elektroniką, a całość przelatuje niczym burza, przed którą nie sposób się zatrzymać.

W podobnej stylistyce utrzymany jest fantastyczny Redemption, który powinien stać się oficjalnym hymnem Wakandy.

Do nagrania “Black Panther: The Album” Kendrick Lamar zaprosił spore grono muzyków. Co ważne, dał szansę zarówno wielkim gwiazdom z dorobkiem (The Weeknd, James Blake, Anderson Paak), jak i artystom początkującym.

Na pierwszy plan wychodzi Jorja Smith.  Młoda wokalistka z głosem, który po prostu elektryzuje.

Zapamiętajcie to nazwisko, bo sądzę, że będzie o niej głośno. Przypadł jej też do zaśpiewania jeden z najlepszych utworów na płycie, I Am, w którym nisko nastrojone gitary (których nie powstydziłby się Mastodon) kreują niezwykle gęstą i zmysłową atmosferę.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to chyba tylko do tego, że Lamar nie pokusił się o dzieło bardziej odważne i eksperymentalne, ale nie oszukujmy się, to nie ten przypadek. W końcu dostał on zlecenie stworzenia soundtracku do komercyjnego megahitu Marvela. A z tego zadania wyszedł więcej niż zwycięsko, bo dostarczył płytę daleko wykraczającą poza standardowe oczekiwania.

Kendrickowi Lamarowi udała się nie lada sztuka. Stworzył dzieło, które nie tylko udanie wpisuje się w potrzeby twórców (i widzów) filmu, ale też dał światu po prostu fenomenalny album hip-hopowy i R&B, który spokojnie można słuchać w oderwaniu od “Czarnej Pantery”.

Wiele wskazuje na to, że stanie się on przebojem bez względu na popularność filmu i absolutnie na to zasługuje. “Black Panther: The Album” to po prostu składanka mistrzowsko wyprodukowanych hitów. Nawet jeśli nie planujecie obejrzeć filmu (choć warto), to ów soundtrack jest pozycją absolutnie obowiązkową.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...