Winchester. Dom duchów, który nie straszy – recenzja

Recenzje/Film 10.02.2018
Nasza ocena:
Winchester. Dom duchów, który nie straszy – recenzja

Winchester miał potencjał. Dwa świetne nazwiska na plakatach, znana, upiorna historia i doświadczony duet reżyserski za kamerą. Skończyło się jednak na letnim horrorze, który mimo świetnej scenografii odkrywa swoje karty w pół godziny, a później już tylko nudzi.

Historia opowiadana w Winchesterze opiera się na faktach, choć bardzo luźno. Otóż rodzina Winchester pod koniec XIX wieku zbiła ogromną fortunę na handlu bronią. W końcu w Stanach Zjednoczonych od czasów wojny secesyjnej nie brakowało okazji do wpakowania kulki komuś po drugiej stronie barykady. Biznesowa spuścizna spadła w pewnym momencie na barki Sary Winchester, która nie do końca poradziła sobie z udźwignięciem ciężaru zarządzania korporacją.

W tym momencie zaczyna się film, który do historii kobiety dokłada swoje trzy grosze. W jej rolę wciela się wspaniała Helen Mirren, która ratowała już z opałów przeciętne filmy. Tym razem nic takiego nie ma niestety miejsca, a sama Sara ustępuje pola głównemu bohaterowi.

Pierwsze skrzypce w Winchesterze gra upiorny, wykręcony i zagadkowy dom.

Daleko mu do miana zwykłych czterech kątów. Na każdym kroku natknąć się bowiem możemy na tajemne przejścia, korytarze i kończące się przedwcześnie schody. Co najlepsze, dom jest w stanie ciągłej rozbudowy i wciąż przyjmuje nowych lokatorów.

O ich proweniencji dowiadujemy się za sprawą doktora Erica Price’a (Jason Clarke), który ma udowodnić niepoczytalność pani Winchester, co byłoby na rękę itinerariuszom jej firmy. Price na własne oczy widzi bowiem, jak Sara w transie dorysowuje na planie domu kolejne, pozbawione architektonicznego zmysłu pokoje. Po co? Dla duchów ludzi zabitych z luf winchesterów.

A może to tylko narkotyczne wizje samego doktora? Odpowiedz na to pytanie poznajemy bardzo szybko. Podobnie rozczarowująca jest relacja pomiędzy doktorem i jego podopieczną. Choć postaci napisane są bardzo dobrze, na zasadzie kontrastu (wiara – nauka), to ich interakcje można było zaplanować o wiele lepiej.

Nie uświadczymy głębokiego studium umysłu Pani Winchester czy nawet śledztwa po zakamarkach domu.

Zamiast tego Helen Mirren zajmuje się głównie swoimi monologami, Jason Clarke zaglądaniem do kieliszka, a widzowie odliczaniem czasu do opróżnienia paczki popcornu.

Filmu nie ratuje wyświechtany już motyw nawiedzonego domu, bo ile razy można podskakiwać na widok zjaw wynurzających się zza węgła? Szybszego bicia serca nie powoduje też opętane dziecko czy skrzypiące schody. Wszystko to widzieliśmy już miliony razy.

Zdecydowanie lepiej niż jako horror Winchester sprawdza się w roli politycznej powiastki. Nic dziwnego – jak przekonującą wizję martyrologii można stworzyć z glejtem PG-13? Zamiast tego Amerykanie zobaczą, że handel bronią przynosi fortunę, ale konsekwencje mogą być krwawe i wyniszczające.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...