To nie jest serial o słynnym projektancie. Zabójstwo Versace: American Crime Story – recenzja

Recenzje/Seriale 18.01.2018
Nasza ocena:
To nie jest serial o słynnym projektancie. Zabójstwo Versace: American Crime Story – recenzja

Zabójstwo Versace: American Crime Story nie ma nic wspólnego z tym, co widzieliśmy w poprzednim sezonie. Tytułowego bohatera jest tak mało, że w zasadzie mógłby zniknąć z… tytułu. Ta produkcja opowiada historię mordercy i jego ofiar.

Gdy wśród serialowych produkcji pojawia się tytuł, który ma nie być poświęcony w całości jednemu tematowi i tym samym postaciom, to dłonie same składają mi się do oklasków. Ta odważna decyzja daje nadzieję, że po świetnej pierwszej serii bohaterowie nie stracą swojego czaru, uroku, a historia nie zacznie przypominać swojej własnej karykatury. Ufając twórcom, możemy założyć, że dostaniemy coś, co utrzyma oczekiwany poziom. Ale zarazem będzie to zupełnie nowa opowieść. Teraz, gdy zobaczyłem już Zabójstwo Versace: American Crime Story, to żałuję, że kiedykolwiek głośno wyraziłem powyższą opinię.

Bo wiara w jakąkolwiek stałość w popkulturze może być złudna.

Za pierwszym razem dostaliśmy opowieść niemal dokumentalną. Oto O.J. Simpson jest oskarżony o zabicie dwóch osób. Proces sportowca jest przez twórców pokazywany z każdej strony. A to ukazany jest amerykański rasizm, a to sugeruje się, że w świadomości społecznej kobieta warta jest tyle, ile jej powierzchowność. Przedstawiono proces z jego najważniejszymi punktami. Z precyzją ukazano to, co najbardziej emocjonowało Amerykanów przy okazji tej głośnej sprawy. W całej tej historii nie zabrakło kapitalnych postaci z krwi i kości.

Zabójstwo Versace: American Crime Story

Od początku wiedziałem, że O.J. Simpson zostanie uniewinniony. Odpalając serial, byłem świadomy tego, że dowody były przytłaczające, ale sprytna obrona była w stanie poddać w wątpliwość argumenty prokuratury. A i tak przez większość seansu życzyłem Simpsonowi, żeby go skazali. A gdy już wyszedł na wolność, to czułem prawdziwe, ludzkie rozczarowanie.

To było świetne, ale Ryan Murphy tym razem nie skorzystał z tamtego schematu.

W Zabójstwie Versace: American Crime Story nie mamy do czynienia z linearnym przedstawieniem akcji. Tu historia pokazana jest od momentu, w którym tytułowy bohater został zamordowany, a następnie przedstawiane są wydarzenia, które doprowadziły do tej zbrodni. Tyle że właściwa fabuła serii nie ma wiele wspólnego ze słynnym projektantem. Cała historia przedstawiona jest bowiem z perspektywy Andrew Cunanana – człowieka, który go zastrzelił. I to właśnie morderca jest tu głównym bohaterem.

Jest to o tyle zaskakujące, że materiały promocyjne eksponowały zwłaszcza Edgara Ramireza, który wciela się w słynnego projektanta. Pokazywały Penelopę Cruz odgrywającą Donatellę Versace. Sporo mówiło się o tym, że w obsadzie pojawi się Ricky Martin. Darrenem Crissem, który sportretował zabójcę, nie chwalono się już tak często.

To naprawdę nieuczciwy zabieg. I przyznam szczerze, że jestem nim zniesmaczony.

Pierwszy odcinek poświęca więcej czasu rodzinie Versace, a później większość fabuły skupia się właśnie na mordercy. Najpierw widzimy, gdy ten zabija projektanta, później poznajemy jego mętne motywacje. Powoli zaznajamiamy się z poprzednimi ofiarami, aby ostatecznie dowiedzieć się, dlaczego stał się tą osobą, która pociągnęła za spust i zabiła człowieka z zimną krwią na schodach prowadzących do jego posiadłości.

Jest w tym zagraniu coś wyjątkowego, bo niecodziennie możemy oglądać seriale, które wymagają od nas takiej uwagi. Bo – warto dodać – tu bardzo dokładnie musimy śledzić fabułę, nazwiska, czas akcji i miejsca, w których rozgrywa się ta historia. Nie jestem jednak pewien, czy ten serial nadaje się do tego, aby czekać tydzień na kolejny odcinek. Bo jedyne co fabuła ma do zaoferowania, to głębsze i głębsze poznawanie psychiki mordercy.

American Crime Story 2

To zarazem największa zaleta i wada serialu Zabójstwo Versace: American Crime Story.

Dla tych, którzy lubią poznawać psychologiczne zawiłości psychiki zabójców, seans może okazać się interesującym doznaniem. Ja, niestety, nie jestem tym zachwycony. Co więcej, uważam, że serial bardzo traci na tym, że rezygnuje z mocnego społecznego tła i każe nam pochylać się nad “małą rozbitą duszą z wielkim żalem nad sobą”. Nie dlatego, iż wyszło to źle, ale pierwszy sezon American Crime Story pokazał, że można budować złożone psychologiczne portrety i w tym samym czasie szkicować szerszy pejzaż społeczny. Że z jednej strony można pokazać mordercę i zawiłości jego psychiki, a z drugiej dobitnie uświadomić, co jest nie tak ze społeczeństwem.

Zabójstwo Versace: American Crime Story też usiłuje naświetlić poważny społeczny problem.

Tym razem twórcy wzięli próbowali rozłożyć na czynniki pierwsze homofobię i pokazać dramaty ludzi, którzy usiłują żyć w związkach jednopłciowych mimo ostracyzmu społecznego. Całkiem dobrze wypadają bohaterowie drugoplanowi. Jednemu z nich seksualność uniemożliwiła awans w wojsku (niechlubne zarządzenie “don’t ask, don’t tell”, które niemalże wykluczyło osoby homoseksualne i biseksualne z służenia w armii). Jest tu odrobina taniego moralizatorstwa, ale cały ten wątek wypada dość wiarygodnie i… szczerze. Zwłaszcza że sam Versace odważnie przyznał się do swojej orientacji w trakcie jednego z wywiadów prasowych i ten moment również został pokazany w serialu.

Versace w American Crime Story

Niestety, Zabójstwo Versace: American Crime Story to teatr jednego aktora. Fabuła prowadzi nas co prawda przez cudowny przepych posiadłości Versace. Pokazuje, że Penelope Cruz jest naprawdę świetną aktorką, a Ricky Martin potrafi zagrać pokornego, zakochanego i złamanego człowieka. Ciągle jednak wszystko sprowadza się tu do Darrena Crissa i to on zbierze za cały serial pochwały lub cięgi.

Jestem przekonany, że młody aktor zgarnie za tę rolę całą masę nagród. Scenarzysta postawił wszystko na jedną kartę i w zasadzie oddał serial jednemu aktorowi.

Miał słuszność, bo Criss jest naprawdę świetny.

Mam jednak poczucie, że cała opowieść jest absolutnie nieekscytująca. Z jednej strony prezentuje świetny poziom realizacyjny, doskonałe aktorstwo, a z drugiej każe nam się skupić na jednym bohaterze i uwierzyć, iż to, co oglądamy, ma drugi, głębszy wymiar. W mojej opinii to tylko pozory. Tak naprawdę mamy do czynienia z historią dość banalną, chociaż ubraną w atrakcyjny kostium.

Z przyjemnością oglądałem jaskrawe wnętrza, grę głównych aktorów. Widząc doskonałą kreację Crissa wiedziałem, że oglądam wybitny aktorski popis, który… nie jest w stanie zrobić na mnie wrażenia, bo to TYLKO fabularyzowana opowieść o mordercy, która ma ambicję opowiadać o czymś więcej, ale daleko jej do głębokiej i kompleksowej analizy.

Najbardziej boli mnie jednak to, że te wszystkie fragmenty, w których widzimy duet Ramirez/Cruz są tak nieliczne, że wyglądają, jakby twórcy mówili “patrzcie, taki serial mogliśmy zrobić, a teraz oglądajcie aktorski popis człowieka, którego bohater ani trochę was nie obchodzi”.

Jestem pewien, że ta historia zdobędzie swoich fanów. Ale wiem też, że mogło być znacznie, znacznie lepiej.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...