Disney przepchnął w The Last Jedi masę herezji. Jednak nawet dla molocha była postać nie do ruszenia

Artykuł/Film 04.01.2018
Disney przepchnął w The Last Jedi masę herezji. Jednak nawet dla molocha była postać nie do ruszenia

Disney przepchnął w The Last Jedi masę herezji. Jednak nawet dla molocha była postać nie do ruszenia

The Last Jedi obfituje w masę scen i wątków, które są niepotrzebne, wprowadzone na siłę lub stanowią herezję pośród zatwardziałych fanów Gwiezdnych wojen. Disney nie okazał wiele szacunku dla materiału źródłowego, ale nawet pracownicy medialnego giganta wiedzieli, gdzie nie mogą sobie pozwolić na eksperymenty.

The Last Jedi nie jest najgorszym filmem na licencji Gwiezdnych wojen, ale i tak mam mu sporo do zarzucenia. Pod względem zbędnych i idiotycznych scen, ta odsłona bije poprzednie na głowę. Ósmy epizod jest pierwszym, za sprawą którego zacząłem naprawdę poddawać w wątpliwość zwierzchnictwo Disneya. Wcześniej wydawało mi się, że pomimo mocno lewicowego zacięcia medialnej firmy, to właśnie ona jest w stanie zapewnić Gwiezdnych wojnom odpowiedni rozmach, widowiskowość, promocję i skalę.

Potem pojawiło się The Last Jedi, a ja zastanawiałem się, czy wszystko zmierza we właściwym kierunku. Współczesny Lucasfilm silnie nawiązuje do materiału źródłowego, jakim jest stara trylogia, ale ma wobec niego jedynie pozorny szacunek. Disney wykonuje puste gesty na pokaz, podczas gdy sedno nowego epizodu jest diametralnie odmienne od tego, za co fani Gwiezdnych wojen kochają tę serię. W The Last Jedi pojawiają się sceny, których po prostu nie mogę wybaczyć.

Weźmy wątek Rose i wydarzenia na Canto Bight.

Disney zaczyna przesadzać z poprawnością polityczną. Niebezpiecznie zaczyna to prowadzić do sytuacji, w której twórcy są zakładnikami widzów, zamiast panami widowiska. Cały wątek na Canto Bight można wyciąć z filmu, nie da się go umotywować niczym innym niż właśnie poprawnością rasową. Nie wnosi on absolutnie niczego wartościowego. Miał służyć metamorfozie Finna, ale ta została zarysowana nieudolnie i ślamazarnie. Rose mogła być ciekawym dodatkiem do Ruchu Oporu, ale producenci przedwcześnie postawili ją na świeczniku. Do tego wątek miłosny jej i Finna – nie, po prostu nie. To było tak sztuczne, tak nie ma miejscu, tak wymuszone, że aż wierciłem się nerwowo w fotelu.

No i ta profanacja Luke’a Skywalkera!

Sam Mark Hammil stwierdził, że rycerz (mistrz?) Jedi z ósmego epizodu to „nie jego Luke“. Trudno się temu dziwić. Gdyby rozpisać postać Skywalkera, jego największym atrybutem wydaje się niezłomność. To człowiek, którego nie można odwieść od obranego celu. Nie można go złamać. Nie udało się to ani Imperatorowi, ani Darth Vaderowi. Dumny, młody mężczyzna, który stoi nad pokonanym ojcem i sprzeciwia się woli Paplatine’a – to było coś. Prawdziwa żelazna wola. Determinacja. Wiara w ideały oraz własne wartości.

Luke w The Last Jedi nie ma żadnego z tych przymiotów. Starzec jest nie tylko złamany, ale wręcz działa na niekorzyść głównej bohaterki. Złorzeczy na Jedi. Odcina od Mocy, co wydaje się największą profanacją. Wszystko z powodu tego, że zawiódł Bena Solo, a do jego serca lata temu wkradła się niepewność oraz strach. Hammil słusznie mówił, że nie takiego Skywalkera odgrywał. Słusznie twierdził, że to nie jego Luke. Dokładnie tak samo ma prawo myśleć każdy fan Gwiezdnych wojen, który starą trylogię pamięta w zasadzie na pamięć.

Na szczęście nawet dla Disneya są świętości, których medialny gigant nie rusza.

W ósmym epizodzie Gwiezdnych wojen za taką świętość uznawany jest Yoda. Mały, pomarszczony mistrz Jedi pojawiał się w każdej trylogii. Ta Disneya nie jest żadnym wyjątkiem. Jego obecność na ekranie to jedno z najprzyjemniejszych zaskoczeń, jakich doświadczyłem podczas seansu. Zupełnie się tego nie spodziewałem. Wystarczyło kilka zdań zielonego skrzata, aby zdać sobie sprawę, jak charakterystyczna, dobrze rozpisana i barwna jest to postać na tle nowej obsady.

Disney wiedział, że sięgając po Yodę wystawia się na próbę w oczach najstarszych, najbardziej wymagających fanów Gwiezdnych wojen. Świetnie pokazuje to wypowiedź Neala Scanlona odpowiedzialnego za bestariusz świata Star Wars:

Pamiętam, że rozmawiając z Ryanem (reżyserem -red.) mówiłem: jeśli mamy to zrobić, Yoda nie może wyglądać zbyt eterycznie. Zbyt duchowa forma zasłoni fakt, że Yoda jest prawdziwy i namacalny. Odbierze ludziom masę frajdy. Wiedzieliśmy, że Frank Oz musi powtórzyć swoją rolę z Imperium Kontratakuje. Czuliśmy, że to jedyne rozwiązanie – stworzyć kukłę możliwie najbliższą i najbardziej podobną do oryginału.

 

Yodę stworzyliśmy dokładnie tak, jak robiło się kukły w okresie Imperium Kontratakuje. Była nawet obsługiwana w podobny sposób. Frank Oz znajdował się pod planem zdjęciowym, razem ze swoimi asystentami. Każdy ze specjalistów odpowiadał za coś innego – oczy, uszy, rękę, nogę i tak dalej.

Efekt końcowy przeszedł moje oczekiwania.

Siedząc w kinie myślałem początkowo, że Yoda to komputerowy efekt. Jednak po kilku chwilach dostrzegłem, że twórcy naprawdę sięgnęli po kukłę, tak jak za czasów Imperium Kontratakuje. To była świetna decyzja. Pojawienie się mistrza Jedi jest w moim prywatnym rankingu jednym z najlepszych elementów całego filmu. Takim, w którym naprawdę czuć ducha prawdziwych Gwiezdnych wojen. Nie wiem, na ile to zasługa kukły, na ile charakteru Yody, ale chyba wszyscy się zgodzimy, że w tym jednym momencie Disney stanął na wysokości zadania.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (5)

13 odpowiedzi na “Disney przepchnął w The Last Jedi masę herezji. Jednak nawet dla molocha była postać nie do ruszenia”

  1. Gdyby Luke pozostał tak niezłomny i zdeterminowany przez te kilkadziesiąt lat, to przecież Najwyższy Porządek nie miałby prawa się tak rozwinąć.

  2. Ja z kolei zupełnie się zgadzam z wizją Riana Johnsona. Luke mając lat 25+ był niezłomny i pełny wiary, ale czy ludzie z wiekiem się nie zmieniają? Kto po 30 latach nadal wyznaje dokładnie tak samo idee ze swojej młodości, kto nie przeszedł bolesnych chwil, które mogłyby go złamać? Moim zdaniem dzięki TLJ Luke stał się bardziej człowiekiem niż legendą. Na początku był prostym chłopakiem z farmy, który został rzucony w wir galaktycznej wojny. Został miestrzem Jedi, jednak wewnętrznie nadal był tylko chłopakiem z farmy na zadupiu galaktyki.

  3. Gdyby Finn i Rose nie polecieli do Canto Bight, nie wzięliby ze sobą DJ-a na pokład Supremacy i haker nie zdradziłby uzyskanych od pracy informacji generałowi Huxowi, a ten nie rozkazałby ostrzelać transportowce i wiceadmirał Holdo i uderzyłaby we flotę Najwyższego Porządku.
    Tak więc wątek ten jak najbardziej ma silne umiejscowienie w fabule filmu. Gdyby nie on, plan Amilyn by się powiódł, a Ruch Oporu bezpiecznie ukryłby się na Crait. Film skończyłby się wtedy zupełnie inaczej.

    A, no i dzięki temu poszerzono obraz galaktyki, bo kasyno jasno pokazuje, że w galaktyce roi się od osób, które na tej czy innej sytuacji politycznej chcą tylko i wyłącznie zarobić. “Może i prowadzicie wojnę, ale nie możecie źle parkować statku, to nasza plaża.”. Wcześniej nigdy tak dobitnie nam tego ta marka nie pokazała.

    A “wątek miłosny” to raczej platoniczne uczucie ze strony Rose. Finn jest bardzo zaskoczony, kiedy dziewczyna go całuje. Chociaż przyznam, że sam nie lubię tej sceny.

  4. “Disney zaczyna przesadzać z poprawnością polityczną. Niebezpiecznie zaczyna to prowadzić do sytuacji, w której twórcy są zakładnikami widzów, zamiast panami widowiska. Cały wątek na Canto Bight można wyciąć z filmu, nie da się go umotywować niczym innym niż właśnie poprawnością rasową.”
    Po czym dwie linijki niżej jest napisane, że ten wątek miał przedstawić przemianę Finna, ale to do końca nie wyszło. To w końcu jest czymś umotywowany poza poprawnością polityczną czy nie? Naprawdę lubię, jak ktoś próbuje wyrazić swoją opinię na temat polityki. No ale na litość boską, wmuszanie na siłę tego w prawie każdy artykuł robi się już lekko żenujące.
    A co do Luke’a… to tutaj przydałby się research, albowiem już w planach Lucasa na VII część miał on być zgorzkniałym mistrzem na bezludnej wyspie i ten szkic został wykorzystany przez Johnsona i Disney.

  5. Ok, czyli główną (wymieniona jako pierwsza z dwóch wartych wg autora wypisania) wadą filmu jest to, że jednym z wątków są przygody azjatki i afrykanina.

    Gratuluje Szymonowi kolejnego tekstu.
    Na śniadanie tylko białe bułki z białą kiełbasą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...