Czy to jeszcze rap? Czy już pop? Eminem “Revival” – recenzja

Recenzja/Muzyka 16.12.2017
Nasza ocena:
Czy to jeszcze rap? Czy już pop? Eminem “Revival” – recenzja

Czy to jeszcze rap? Czy już pop? Eminem “Revival” – recenzja

Eminem powrócił. Pełen gniewu, świetnych tekstów i… przebojowych rytmów. “Revival” to udany album, który – czy się to komuś podoba, czy nie – wychodzi poza ramy wąsko pojmowanego rapu.

Eminem od zawsze mi imponował. Na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że od początku swojej kariery świadomie wychylał się i wystawiał na ciosy od czarnej społeczności raperów i hip-hopowców. Te gatunki przez lata były uznawane za oazę Afroamerykanów, ich osobisty wyraz buntu, własny głos, którego wcześniej nie mieli.

I nagle pojawia się wyszczekany białas, który śmie rapować i to na najwyższym poziomie. W dodatku udało mu się zwrócić uwagę masowej wyobraźni, wcale nie tym, że jest białym raperem, ale przede wszystkim znakomitym stylem, kompozycjami oraz oczywiście kapitalnymi tekstami. Ciekawe metafory, mieszały się wymyślnymi rymami, a wszystko to ubrane w perfekcyjnie wyszyte połacie rytmu.

Pierwsze trzy krążki Eminema to absolutna klasyka, nie tylko rapu, ale szeroko pojmowanej muzyki rozrywkowej.

Z czasem przyszła coraz większa dojrzałość i otwartość gatunkowa rapera, który na płycie “Recovery” z 2010 wyraźnie zwrócił się ku o wiele bardziej komercyjnemu podejściu, tak pod względem kompozycji jak i produkcji swoich kawałków. “Revival” to szczytowe osiągnięcie Eminema pod tym względem.

Ortodoksyjni fani muzyka oraz rapu czy hip-hopu mogą uznać “Revival” za totalną zdradę, oddanie się komercji, koniunkturalizm i tym podobne.

Sęk w tym, że nawet jeśli tak się stanie, to Eminem jest już na tyle zasłużoną postacią sceny muzycznej, która sprzedała tak dużą liczbę płyt, że może pozwolić sobie na to, by iść pod prąd. Jeśli ma kaprys nagrywania chwytliwych przebojów z gwiazdami najwyższego formatu, to kto mu tego zabroni?

A na “Revival” zastępów gwiazd popu nie brakuje. Już w pierwszym, znakomitym kawałku wita nas wspaniały jak zawsze głos Beyonce.

Walk On Water to krzyk Eminema rozliczający się z blaskami i cieniami bycia globalnie znaną osobą. To też szczere rozliczenie z samym sobą, przypomnienie o tym, co dotąd przeżył i że daleko mu do ideału (obrazuje to świetny wers z refrenu: Chodzę po wodzie, ale tylko wtedy gdy zamarznie).

W River możemy usłyszeć w refrenie Eda Sheerana, w Like Home Alicię Keys, a w Tragic Endings Skylar Grey, natomiast w świetnym Need Me Pink. Owe kolaboracje to swoista ewolucja niegdysiejszej współpracy z Dido przy kultowym kawałku Stan. Wszystkie brzmią jak rapowo-popowe hybrydy. Część bardziej udana (Walk On Water, Tragic Endings i przede wszystkim Need Me), część mniej. Jedno jest pewne, Eminem usilnie próbuje nagrać jakiegoś radiowego hiciora. I choć do wielkości mu daleko, to każdy z tych utworów jest na tyle przyjemny dla ucha, że może mu się to dość łatwo udać.

Jednym z producentów “Revival” jest legendarny producent rockowy, Rick Rubin. I to w dużej mierze dzięki niemu nowy album Eminema ma dużo gitarowych kontacji i jako całość charakteryzuje się dość szorstkim rockowym feelingiem.

Nie zabrakło też ewidentnych rockowych sampli, w tym chyba najbardziej kontrowersyjnego w kawałku Remind Me (zdecydowanie najsłabszym na płycie), który jest jednym wielkim muzycznym cytatem z I Love Rock N Roll.

Taki Heat  na przykład właściwie nic nie ma wspólnego z rapem, brzmi jak nieudany kawałek Faith No More, który słusznie nie trafił na żaden ich krążek. O jeden krok za daleko Eminemie.

Eminem zbierze pewnie niemałe cięgi za “Revival” od swoich najstarszych fanów oraz wyznawców czystego rapu. Jego nowy krążek nie jest idealny, nie wszystkie flirty z mainstreamem Eminema mi się podobają, ale doceniam to, że próbuje się rozwijać.

Przede wszystkim jednak raper ciągle jest w formie lirycznej.

Jego wiązanki nadal potrafią chwytać naszą uwagę za gardło, wciągać, emocjonować; są ostre, bezkompromisowe i tak samo kwieciste jak za starych dobrych czasów.

Na “Revival” Eminem kontestuje obecną Amerykę, tę rządzoną przez Trumpa; dostaje się Kim Dong Unowi, doradczyni prezydenta USA Kellyane Conway, która wypromowała określenie “alternatywne fakty”. Muzyk wspomina też, dość niezręcznie, o Ivance Trump zamkniętej w bagażniku jego samochodu. Tutaj Eminemowi dostanie się zapewne i z lewa i z prawa, bowiem ów fragment naładowany jest zarówno prześmiewczym tonem jak i mizoginią. W znakomitym Untouchable otwarcie krytykuje amerykańskie władze za brutalność i rasizm względem czarnoskórych Amerykanów.

W tekstach znajdziecie klasycznego Eminema, w muzyce jest go coraz mniej.

Ja nie mam z tym problemu. “Revival” to solidna płyta. Dobrze wyprodukowana, z paroma ciekawymi pomysłami, kilkoma utworami z przyjemnymi refrenami i mnóstwem znakomitych tekstów. To już nie ten sam Eminem co za czasów Slim Shady’ego. Ale może to i lepiej?

Teksty, które musisz przeczytać:

Deezer będzie wyłapywał wulgaryzmy w piosenkach, aby ostrzec przed nimi słuchaczy. Tylko po co?

Dzieła kultury nie zawsze są przeznaczone dla wszystkich odbiorców bez względu na wiek. W dobie powszechnego internetu młodzi ludzie mają jednak nieograniczony dostęp do produkcji wypełnionych seksem, wulgaryzmami i innymi treściami dla dorosłych. Dlatego Deezer planuje stworzenie narzędzia wyłapującego przekleństwa w piosenkach. Tylko czy cenzura to na pewno najlepsza metoda?

Opinia/Muzyka 04.05.2020

Dołącz do dyskusji (5)

22 odpowiedzi na “Czy to jeszcze rap? Czy już pop? Eminem “Revival” – recenzja”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisement

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...