Mirosław Haniszewski w rozmowie ze Spider’s Web deklaruje chęć powrotu do Belfra: „Jestem gotów”

Wywiad/Seriale 10.12.2017
Mirosław Haniszewski w rozmowie ze Spider’s Web deklaruje chęć powrotu do Belfra: „Jestem gotów”

Już w dzisiaj wieczorem poznamy zakończenie 2. sezonu Belfra. Na chwilę przed odkryciem kart przez Canal Plus porozmawialiśmy o serialu z Mirosławem Haniszewskim, czyli serialowym inspektorem Kowalczykiem.

Po kilku tygodniach stacja Canal Plus jest wreszcie gotowa, by zdradzić widzom zakończenie nowej intrygi, w którą uwikłany został Paweł Zawadzki. W nowym sezonie pojawiło się mnóstwo nowych postaci, w tym inspektor Kowalczyk grany przez Mirosława Haniszewskiego.

Z aktorem wcielającym się w inspektora Kowalczyka miałem okazję porozmawiać jeszcze przed premierą serialu. Teraz, w dniu emisji finałowego odcinka 2. sezonu Belfra, mogliśmy na temat bohatera oraz kulis powstawania produkcji porozmawiać nieco bardziej otwarcie.

Piotr Grabiec: W poprzedniej rozmowie powołał się pan na słowa Jacka Nicholsona, że im widzowie wiedzą mniej, na temat postaci, tym lepiej dla nich. Jesteśmy jednak już po 7 odcinkach, więc dzisiaj możemy porozmawiać nieco bardziej otwarcie. Stąd moje pytanie o inspektora Kowalczyka, czy wiedział od samego początku, o co toczy się ta mordercza gra?

Mirosław Haniszewski: A jak pan myśli?

Wydaje mi się, że jednak wszystkiego nie wiedział i to go zaskoczyło.

Intuicja i doświadczenie dobrze panu podpowiada. Nie wiedział. Inaczej byłaby to perfidnie wyrachowana gra. Postaci byśmy nie mogli zaufać do końca, nie moglibyśmy za nią podążać. Więc tak, jego też to zaskoczyło.

Zwiastun finałowego odcinka pokazał nam martwe ciało Radka. Czy inspektor poczuwa się do odpowiedzialności za śmierć kolegi po fachu?

Myślę, że on, mój bohater, trochę pchnął Radka w tę sytuację. W takich rozgrywkach, gdy wchodzi czynnik ludzki, jakieś ambicje, chęć rozwikłania zagadki czy chęć rozwiązania sprawy, zawsze ulegamy jakiejś presji. W tym przypadku tak mogłoby być. Może nie był zawsze do końca sterowny, miał swoje sekrety, ale jednak jakieś bazowe zaufanie do swoich ludzi musi mieć. Inaczej ten system nie mógł funkcjonować. To się opiera na tym, że chronimy informatorów, musimy mieć jakąś przestrzeń swobody działania. Jest tu na pewno poczucie winy. Jest tam zagadka, ślad na szyi.

Tak to zostało pokazane w zwiastunie odcinka, zaznaczono te ślady.

To nie jest wszystko takie oczywiste i jasne. Ktoś za tym stoi. Jak to w kryminale – pewnie jakiś ogrodnik. (śmiech) Ktoś, kogo najmniej podejrzewamy, pewnie pociąga za te sznurki.

A na ile inspektor wiedział o poczynaniach Radka, w co on gra i jak gra – nie zawsze działał w pełni zgodne z prawem. Zdawał sobie sprawę, kim była agentka Radka, powiązał to ze śmiercią nieletniej Eweliny? Wiedział, że Radek zabił Lucjana z zimną krwią i zataił to ze względu na solidarność?

Jeśli mechanizm działa, to jest taka tendencja do ukrywania pewnych rzeczy. Poświęcenia czegoś, żeby reszta działała. W ostatnim odcinku się więcej odkrywa. Jeśli chodzi o Kowalczyka, to jakieś rzeczy pojawiają mu się przed nosem, on sobie z nimi musi jakoś radzić i z tymi pionkami na szachownicy przy ograniczonych ruchach. Nie jest zaangażowany bezpośrednio, ma raporty i to, co mu Radek opowiada, to czego się dowiaduje z przesłuchania głównego bohatera, Pawła. Próbuje sobie poukładać te puzzle, ale Radek mu się nie spowiadał ze wszystkiego, zatajał różne rzeczy.

Do tej pory Kowalczyk był nieco na uboczu. Czy w finale po śmierci Radka, gdy traci tego swojego gońca, zaangażuje się wreszcie czynnie w śledztwo?

Teraz już nie ma na to czasu. Kowalczyk jest przypisany do pewnej struktury, do swojego biura. Wychodzi w teren, żeby zbadać zwłoki Radka. Reszta to już gra, demaskacja agenta.

W poprzedniej rozmowie wspominał pan, że Kowalczyk zajmuje się dystrybucją wiedzy. Czy bohater ma do siebie żal o to, że jakieś informacje zataił np. na konferencji prasowej lub powiedział za dużo?

Myślę, że zdecydował się na najlepsze rozwiązanie, utrzymane zostaje pewne status quo. W przypadku Kowalczyka jest to gra policji. Jako osoba reprezentująca ten mechanizm na zewnątrz musi trzymać górną sztywną wargę. Gra tymi kartami, które ma.

Czy ta partia szachów, którą rozgrywa Kowalczyk, idzie po jego myśli?

Myślę, że nie do końca. Są tam jakieś zagadki. Jest scena z Radkiem, który przynosi notatki Pawła, jest przesłuchanie. Mówi, że czyta te raporty, ale dalej nie rozumie, o co chodzi, dalej nie wie, gdzie jest klucz. Kto tu kogo kryje.

A propos Pawła, co tak naprawdę inspektor myśli o Zawadzkim, widzi w nim materiał na współpracownika, czy też wściekły, że brak doświadczenia tytułowego Belfra utrudni mu pracę?

Tego wątku nie poruszaliśmy aż tak głęboko. Postać Kowalczyka nie jest aż tak zarysowana, by wyciągać takie niuanse. Na pewno ma żal do Radka, który scedował część swoich obowiązków i krył Pawła, jego rękami załatwiał pewne sprawy. Ale tak jak wiemy, zmarłych się nie rozlicza, to się wydarzyło.

A już zostawiając fabułę, żeby widzom nie popsuć zabawy, spytam o samą pracę na planie. Czy różniła się jakoś w porównaniu do innych produkcji, w których brał pan udział?

Wyróżnia go, że jest autorski, jest dobrze przygotowany, pracował nad nim sztab ludzi. Dwóch reżyserów prowadzi jeden projekt. Mają swoje odcinki, ale też nie robi się nigdy tego chronologicznie, więc człowiek musi się przestawiać – każdy ma trochę inny styl pracy i komunikacji. Lubię takie wyzwania i spotkania, one zawsze trochę poszerzają warsztat. Mnie to fascynuje. Lubię spotkania, to mnie kręci w tym zawodzie.

Każdy ma inną wrażliwość. Czy Maciek Bochniak, czy Krzysztof Łukaszewicz, każdy ma trochę inny styl. I to jest bardzo ciekawe, zawsze staram się wsłuchać, co mogę dołożyć ze swojej strony, żeby ta wizja poszła dalej. Jak to sobie wyobrażamy, czy dobrze sobie to wyobrażamy. Czasem wyobrażenia mogą się rozmijać, ale obaj reżyserowie mieli bardzo fajną intuicję. Każdy na inne rzeczy zwraca uwagę – takie techniczne rzeczy. Czasem się w scenie operuje bardziej rytmem i on buduje napięcie.

Ciekawe było spotkanie z Maćkiem Stuhrem, tym bardziej, że połączyła nas historia. Maciek był pierwszym aktorem branym do roli w Jestem mordercą, później pojawiłem się ja. Pamiętam, że przesłał mi przez Piotrka Adamczyka pozdrowienia na plan i życzenia, za co jestem niezwykle wdzięczny, bo to bardzo miły gest. Taki dodający trochę wiatru w skrzydła, to jest naprawdę miłe i honorowe. Mam do Maćka duży szacunek za to. Bardzo się cieszę, że spotkałem go na planie, to było niezwykłe. Można się wtedy sobie przyjrzeć, pooglądać. Jak były sceny Maćka to patrzyłem z boku.

Czyli była szansa podejrzeć, jak wygląda praca nie tylko przy swoich scenach?

Tak, jestem zawsze ciekawy, jak ktoś kombinuje! Od ludzi młodszych i starszych od siebie zawsze można się czegoś nauczyć. Tak do tego podchodzę. Coś zawsze można do swojego warsztatu wziąć, do swojego tobołka z narzędziami dorzucić, zainspirować się. Trochę inaczej podchodzić do sceny. To mnie interesuje i taki jest ten zawód, jest techniczny. Scena jest pewnego rodzaju partyturą, trzeba ją rozczytać, gdzie są akcenty, o co gramy, na co gramy.

Zatrzymałbym się przy tej ciekawości. Z poprzedniej rozmowy wiem, że historia pana wciągnęła. A czy śledził pan dyskusje fanów w internecie i mediach społecznościowych?

Przyznam się, że nie, wszedłem już w inne rzeczy i nie mam niestety czasu na to. Wiem, że padł rekord i pobita została oglądalność pierwszego Belfra, co mnie bardzo cieszy. Była trudność w tym, że pierwsza część była takim sukcesem

Poprzeczka zawieszona wysoko.

Była wysoko, a na początku pojawiło się jakieś rozczarowanie – głosy, że nudno, że chodzą po tej szkole i nic się nie dzieje, trudno się wydostać. Ale myślę, że to jest ciekawy zabieg, tak jak sobie rozmawialiśmy z Szymkiem Warszawskim, bo trudno taki wysoki poziom, na którym się skończył poprzedni Belfer, od razu przebić. Trzeba – żeby to tylko źle nie zabrzmiało – trochę trzeba tę poprzeczkę zniżyć, żeby później ją jeszcze bardziej wywindować. Trzeba zmylić przeciwnika, trzeba widza zmylić, żeby pomyślał „Nie no, to już będzie słabsze” i nagle zaczyna się dziać ciekawiej. Myślę, że to bardzo inteligentny zabieg ze strony scenarzystów i Wojtka Bockenheima, by tak zagrać na sentymencie.

Tak jak wrócili bohaterowie z Dobrowic do serialu, co było trzymane w tajemnicy do samego końca.

Tak, takie perełki są fajne, żeby zaskakiwać. Myślę, że to się udało i cieszy mnie ten sukces i oglądalność.

Spytałbym też trochę o kulisy pracy. Czy podczas pracy na planie była jakaś improwizacja w pana scenach, czy wprowadzaliście zmiany na ostatnią chwilę, czy trzymaliście się sztywno scenariusza?

To zawsze jest żywy materiał. Scenariusz na tyle był dobry, by się go trzymać, ale zawsze są jakieś niuanse i momenty, które można zmienić. Jeśli taka jest wola po obu stronach, aktorskiej i reżyserskiej, żeby coś zrobić lepiej, to cudownie. Tu była taka wola, żeby rozgrywać pewne rzeczy inaczej – jakąś rozmowę. Głównie to opiera się na rozmowach, próbach przejrzenia tej gry Radka. Nie jestem już w stanie precyzyjnie przytoczyć, ale były pomysły na to, by rozmowy były jeszcze bardziej gęste i dotkliwe.

Zawsze się boję scen siedzianych, biurkowych. Temperament mnie roznosi i zawsze się boję, że jak aktor usiądzie, to jedna trzecia energii w to siedzenie idzie. Bałem się, że nie będzie miało to intensywności, pazura. Chciałem, żeby to było emocjonalne, ciekawe i przykuwało widza. Zaufałem Maćkowi [Bochniakowi] i to się sprawdziło. Chodzonych scen już było trochę, ale przeprowadzić intensywną rozmowę na siedząco, to jest wyzwanie. Przypominam sobie pierwszą część True Detective, tam są sekwencje, gdzie siedzą tylko za biurkiem i rozmawiają, a to jest ciekawe ze względu na treść. Mamy już ten metapoziom gry i myślę, że to nam się tutaj udało.

A czy dużo było nakręconych scen, które w końcu nie trafiły do serialu?

Nie, w przypadku mojej postaci tego nie było. Kowalczyk nie jest narzucającą się postacią w serialu. Było dziesięć dni zdjęciowych, więc nie było tam co przycinać.

Mówił pan, że jeden z aktorów był bardzo zaskoczony rozwojem scenariusza po tym, jak dostał scenariusz jednego z kolejnych odcinków. O kogo tak naprawdę chodziło?

Rozmawialiśmy dwa miesiące temu, zajmuję się teraz innym projektem, ale miałem chyba na myśli właśnie Radka.

Czy widzi pan dla siebie miejsce w kolejnym sezonie Belfra, jeśli ten powstanie. Nawet pomijając to, jakie będzie zakończenie, biorąc pod uwagę same wyniki oglądalności, jestem przekonany, że Canal Plus nakręci kolejny sezon.

Nie widziałem jeszcze ostatniego odcinka. Myślę, że trzeba byłoby bardziej ruszyć w teren. (śmiech) Kowalczyk jest temperamentny, trzeba byłoby go jakoś użyć i wplątać w… coś. To byłoby ciekawe.

Jeśli pojawi się propozycja ze strony Canal Plus, jest pan gotów wrócić do roli?

Jestem gotów. Będziemy jeszcze rozmawiać, na jakich warunkach i co możemy zrobić, to mnie interesuje, ale na pewno to byłaby ciekawa propozycja. Mam bardzo dobre wrażenia i to fajny projekt. Każda współpraca z osobami, które chcą zrobić coś fajnego, jest ciekawa. Nie znam aktora, który chciałby robić niefajne rzeczy.

Chcę robić rzeczy, które nas zasilają, które nas inspirują z fajnymi ludźmi. Jeśli coś takiego się pojawi, jeżeli ktoś o tym myśli – tak jak pan o tym pomyślał – to może ta informacja gdzieś pójdzie dalej, to bardzo chętnie, z przyjemnością. Jeśli tylko by [scenarzyści] tego Kowalczyka rozpisali bardziej, żeby był bardziej sprawczy, to by mnie to ucieszyło.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (2)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...