Muszę się wam do czegoś przyznać – nie lubię Gwiezdnych wojen

Felieton/Film 05.12.2017
Muszę się wam do czegoś przyznać – nie lubię Gwiezdnych wojen

Muszę się wam do czegoś przyznać. Jakkolwiek nie nazwałbym siebie „nerdem”, to z całą pewnością jestem „geekiem”, a to oznacza, że Gwiezdne wojny powinienem już przynajmniej wielbić. A tu, niestety… 

W naszym środowisku, ludzi komputerów, ludzi internetu (chociaż te pojęcia nie znaczą już tyle, co jeszcze ze 12 lat temu), utarło się, że jeśli facet lubi komputery, to z czystej przyzwoitości powinien mieć też fioła na punkcie Gwiezdnych wojen.

Nie rozumiem tego stereotypu, ponieważ magia sagi George’a Lucasa nigdy przesadnie na mnie nie oddziaływała. Po raz pierwszy zetknąłem się z Gwiezdnymi wojnami w 3. klasie podstawówki, kiedy na ekrany polskich kin trafił Powrót Jedi. Przyznam szczerze, że nie wywarł na mnie wielkiego wpływu, a kiedy już wróciliśmy na podwórko, to jeden dzień powymachiwaliśmy „kijami świetlnymi”, ale przez kolejne tygodnie żywsze były już zabawy w Power Rangers i kitowców, a na rowerach w Motomyszy z Marsa. Gdyby świat ograniczał się tylko do mojego podwórka, w życiu nie pomyślałbym, że Gwiezdne wojny mogą być otoczone jakimś kultem.

Potem, na kasetach VHS, nadrobiłem jeszcze pierwszą część oraz – chyba najciekawsze – Imperium Kontratakuje. Ale to dalej nie było to. Podobnie jak nie ruszyła mnie druga trylogia (ta z Jar Jar Binksem). A i kompletnie nie kręci mnie to, co się teraz dzieje w kinie. Ok, to wciąż jest lepsze, niż te wszystkie superbohaterskie blockbustery, które pożerają budżety, które mogłyby iść na powstanie np. nowego Fight Club, ale…

Kiepski ze mnie geek i nie ukrywam, że liczę na to, byście w komentarzach (poza „a co mnie to obchodzi, że nie lubisz Gwiezdnych Wojen?”) dodali mi otuchy, uświadomili, że nie jestem sam. Że jak ktoś lubi komputery, gry komputerowe, to miłość do szturmowców i zielonoskórego gwałtu na gramatyce nie staje się swego rodzaju imperatywem. Jesteśmy społecznie krzywdzeni przez ten stereotyp, coś na zasadzie “widzę, że grasz w Europa Universalis 4, więc kupiłam ci kubek z Darthem Vaderem”.

Są dwie rzeczy, które w Star Wars lubię

Weźcie pod uwagę, że nie napisałem nigdzie, że Gwiezdnych wojen „nie lubię”. Ja ich po prostu nie „lubię” tak, jak nakazywałoby mi moje parszywe, geekowskie pochodzenie. Powiem więcej – ja nawet nie potrafię zrozumieć czemu inni ludzie tak bardzo te Star Wars lubią. Rozumiem czemu Polacy namiętnie oglądają Taniec z Gwiazdami, ale czemu osoby zaznajomione z milionem fantastycznych światów np. z gier jarają się Gwiezdnym Wojnami – już nie.

Aczkolwiek są dwie rzeczy, do których czuję pewną sympatię. Pierwsza to oczywiście miecze świetlne – fantastyczny pomysł, nie sposób przejść obok nich obojętnie. A jeszcze ten cały Darth Maul, który z walki mieczem zrobił niemalże sztukę…

Druga rzecz, najważniejsza, to w mojej prywatnej ocenie główny argument za tym, że to w sumie ostatecznie całkiem dobrze, że Star Wars powstały. Knights of the Old Republic. Troszkę już zapomniana gra BioWare, choć mojemu sercu bliska – kto wie, czy nie mieści się na podium cRPG jakie w swojej karierze przeszedłem. Fenomenalna rozgrywka, jeszcze lepsza fabuła – w mojej prywatnej ocenie o wiele ciekawsza, niż w filmach serwowanych przez Lucasa.

W ogóle, z tymi słynnymi trylogiami to mam tak, że ani Władca, ani Gwiezdne nigdy na ekranie kin przesadnie mnie nie porwały. Za to wiele bym dał za kolejną trylogię Matriksa…

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (8)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...