Dotrwałem do końca 2. sezonu Watahy. Jestem zachwycony

Recenzje/Seriale 20.11.2017
Nasza ocena:
Dotrwałem do końca 2. sezonu Watahy. Jestem zachwycony

Nie był to łatwy seans, ale z nawiązką wynagrodził wszystkie trudy. Wataha to serial wyjątkowy, nie tylko dlatego, że to polska produkcja.

Uwaga! Ten tekst zawiera spoilery z obu sezonów serialu Wataha.

Będę z wami absolutnie szczery. Pierwszy sezon Watahy bardzo mi się podobał, ale nie zgodziłbym się, że to serial na światowym poziomie. Oczywiście warstwa realizacyjna potrafiła zwalić z nóg i kilka razy, gdy oglądałem serial późno w nocy, zdarzyło mi się bezwiednie sięgać po telefon, aby kupić bilet do Wetliny. W jedną stronę. Fabularnie też źle nie było, ale gdzieś z tyłu głowy pojawiała mi się myśl, że ta intryga jest trochę naciągana, że wydarzenia pędzą, a zakończenie w sumie nic nie wyjaśnia. Pamiętacie może, jak Grzywa krzyczał pospiesznie “o co w tym wszystkim chodzi”, jakby się bał, że zaraz wyłączą kamery, a ekipa pójdzie do domu.  

Drugi sezon Watahy również się nie patyczkował, a tempo było zabójcze.  

Do tego stopnia, że kilka razy zdążyłem się pogubić. Trochę mieszały mi się wątki i postacie. Tutaj Cinek robi przerzut, tam faszyzująca młodzież szykuje spisek, tu Iga Dobosz dogrzebuje się do ósmego dna intrygi, a do tego dochodzi jeszcze wątek Rebrowa. I ten problem wyzierał również z pierwszego sezonu.  

Różnica między tymi dwiema seriami jest taka, że finał 2. sezonu był cholernie satysfakcjonujący.  

Nawet jeśli nie wszystkie wątki są jasne i nie wszystko zostało wprost powiedziane, to zwieńczenie było więcej niż bardzo dobre. Nie tylko ostateczny pojedynek Grzywy i Rebrowa, bo od początku ta relacja była bardzo dziwna, ale również finału doczekała się historia Igi Dobosz. I były to finały totalne. Zawierały rozwiązanie wątków z dwóch sezonów i w pewnym sensie domknęły historię. To jednak dość zabawne, bo musieliśmy czekać 3 lata, aby móc zobaczyć tę opowieść w pełni.  

fot. Krzysztof Wiktor, na zdjęciu Anna Donchenko i Leszek Lichota

Ale było na co czekać. Finał Watahy nie rozczarowuje.  

I wynagradza wszystko to, na co zżymałem się przez cały sezon, a historia o brutalnym świecie przemytników i pograniczników zmieniła się w opowieść o przebaczaniu i odkupieniu win. To może być dość zaskakujące, ale analizując ostatni odcinek, doszedłem do wniosku, że serial ma dwóch głównych bohaterów. Pierwszym, co dość oczywiste, jest Iga Dobosz. Jej przemiana widoczna jest już na przecięciu sezonów. Drugim głównym bohaterem jest… Grzywa. 

Niby historię obserwujemy z perspektywy Rebrowa, ale przez cały serial uciekinier nie zmienia się wcale. Cały czas jest tym porządnym człowiekiem, trochę złamanym przez los, zaszczutym, ale nie przestaje przejawiać ludzkich odruchów. Decyzja o ocaleniu Alsu i jej syna – i późniejsze uczucie, które żywił w stosunku do nich – świadczy najlepiej o tym, że Wiktor był w stanie zaryzykować własne bezpieczeństwo, aby pomóc drugiemu człowiekowi. Nuda.  

A Grzywa jest bydlakiem, w którym odezwało się sumienie.  

Nie pierwszy raz zresztą. Już w 1. sezonie było widać, że gryzie go sumienie, ale dopiero w 2. serii dostał szansę, by się zrehabilitować. Ostatecznie powstrzymał potężny przemyt Cienia, próbował ocalić Martę i pomógł Rebrowowi. Jego metody ciągle nie są godne bohatera, ale przynajmniej próbował odkupić swoje winy.  

Z tej perspektywy drugi sezon Watahy wydaje się znacznie bardziej interesujący. Kiedy spoglądam pod tym kątem na obie serie, to myślę sobie, jak dobrze skomponowana była fabuła Watahy. Wodzono nas za nos, nie pozwalano złapać nam oddechu, a ostatecznie dostaliśmy napakowaną tajemnicą i akcją historię. A na deser dorzucono jeszcze piękne kadry. Ale to właśnie relacje między bohaterami okazały się być kluczowe dla pomyślnego rozwiązania akcji.  

Świetnie ograno również sam wątek – z braku niesensacyjnego słowa – polityczny. Gdy w pierwszym sezonie okazało się, że za wszystkim stoją “byli wojskowi”, to było to nawiązaniem do doniesień prasowych, plotek i teorii spiskowych. Te niejednokrotnie sugerowały, że organizacje terrorystyczne nie poradziłyby sobie, gdyby broni nie dostarczali im emerytowani specjaliści od obronności państw zachodniego świata.

Gdy w drugim sezonie okazuje się, że siatka przestępcza sięga prokuratora, członka ABW, a nad wszystkim rozpościera się groźny ochronny parasol, to łatwo skojarzyć to z bardzo powszechnym postrzeganiem polskiej polityki, która pełna jest zależności, rozmaitych wpływów, korupcji oraz służb, które wywierają nacisk na wymiar sprawiedliwości. Jestem zachwycony tym, jak świetnie zostało to rozegrane. W zgrabny sposób udało się uniknąć tabloidowej ekspozycji.  

fot. Krzysztof Wiktor, Wataha 2 sezon: zdjęcia z planu

Niby na pierwszy plan wysuwał się temat uchodźców, ale twórcy podjęli dobrą decyzję, aby zrobić z niego jedynie tło.  

Większość wątków związanych z uchodźcami, okazało się pustymi strzałami prokurator Dobosz.  

Najbardziej poruszające było jednak to, że na tragedii ludzi, którzy szukają lepszego życia, najbardziej korzystali przemytnicy. Ci przecież przeprawiania ludzi przez granicę uczynili ogromny biznes. Wykorzystywano ludzką siłę, aby przenosić nielegalne towary, nie licząc się zupełnie z humanitarnymi aspektami takiej wędrówki. I znowu ta sytuacja wybrzmiewa wyjątkowo donośnie i ponuro, gdy zestawimy ją z “biznesem”, który wyrósł w trakcie kryzysu na Bliskim Wschodzie.  

Gdybym miał ocenić Watahę, to chyba powiedziałbym, że to piękne i trudne do przyswojenia widowisko, ale wytrwałym widzom wynagradza wszystkie te trudy z nawiązką. Serial, który wymaga od widza bardzo wiele, ale sam daje jeszcze więcej. W finale.  

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (15)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...