Muszę oddać DC sprawiedliwość. Justice League wypadł lepiej niż Batman v Superman

Recenzje/Film 15.11.2017
Nasza ocena:
Muszę oddać DC sprawiedliwość. Justice League wypadł lepiej niż Batman v Superman

Liga sprawiedliwości to coś więcej niż kolejny film na licencji DC. Po raz pierwszy na jednym ekranie spotkało się aż tylu herosów znanych z kart komiksów tego wydawnictwa. Sprawdziliśmy, czy obawy co do jakości nowej produkcji, będącej odpowiedzią na Avengersów, były uzasadnione.

DC nie ma szczęścia w Hollywood. Projekt filmowego uniwersum, będący spóźnioną o lata odpowiedzią na podbój Fabryki Snów przez konkurencyjnego Marvela, powstaje w bólach. Słaba jakość poprzednich części z cyklu stawiała pod znakiem zapytania jakość Justice League. Pierwsze recenzje też nie napawały optymizmem.

Na szczęście Liga sprawiedliwości nie zaniża poziomu.

Film jest bezpośrednią kontynuacją Batman v Superman i wypada od niego wyraźnie lepiej. Co prawda złośliwie można zauważyć, że to żaden wyczyn – w końcu poprzedni obraz potknąwszy się, poprzeczkę zrzucił, i nie trzeba było jej nawet przeskakiwać. Staram się jednak złośliwości trzymać na wodzy i docenić, że nie wyszedłem z seansu rozczarowany.

Niemniej obawy, jakie film budził przed premierą, nie były bezzasadne. Pomijając rozczarowanie poprzednimi filmami, pod sam koniec ze stanowiska reżysera Justice League ustąpił Zack Snyder. Zastąpił go na tym miejscu Joss Whedon – twórca Avengersów. Nie było pewności, czy w tej sytuacji uda się utrzymać spójność obrazu i zadowalający efekt końcowy.

Członkowie Justice League się obronili, chociaż nie było łatwo. Film może nie zapisze się w pamięci widzów jako najlepsza ekranizacja przygód superbohaterów w historii, ale nie zasługuje też na potępienie. To dobra, rzemieślnicza robota. Zabrakło jej kilku szlifów, ale biorąc pod uwagę zawieruchę i ogromne oczekiwania fanów, jestem w stanie na to przymknąć oko.

Justice League – co się udało?

Film świetnie wypada przede wszystkim w warstwie wizualnej. Warner Bros. odeszło od stylizowania filmów na realistyczne produkcje. Obrano zupełnie inny kierunek niż w przypadku Batmanów w reżyserii Nolana, które uczłowieczały Mrocznego Rycerza i osadzały go twardo w rzeczywistości do złudzenia przypominającej naszą, nadając mu psychologicznej głębi.

Twórcy uznali natomiast, że tym razem nie ma co robić z człowieka przebierającego się za nietoperza wielowymiarowego bohatera o skomplikowanej psychice. Nie w fikcyjnym świecie, w którym kosmita udający dziennikarza ratuje świat, Amazonki i mieszkańcy Atlantydy walczą z bogami, a metalowa skrzynka z kosmosu przywraca do życia ofiarę wypadku.

Nowe filmy na licencji DC są bardzo komiksowe.

Liga sprawiedliwości kontynuuje ten trend. Obraz nie miał być realistyczny, a widowiskowy. Zachwycać miało nie płynne wdrożenie komiksowych motywów do rzeczywistości, a rozmach, wybuchy, lasery, błyskawice i ogromne fale. Efekty specjalne i scenografie wyglądają czasem jak namalowane – co widać było zwłaszcza na początku podczas pierwszej akcji Batmana w Gotham.

Efekty specjalne to klasa sama w sobie. Widać tutaj rękę i charakterystyczny styl Zacka Snydera. Film obejrzałem na zamkniętym pokazie w warszawskim biurze Warner Bros. i chociaż obraz mnie nie zachwycił, a rzadko kiedy oglądam ten sam film ponownie, planuję wybrać się na Justice League jeszcze raz. Tym razem do IMAX-a.

Liga sprawiedliwości to jednak luźna adaptacja komiksów.

Henry Cavill jako Superman wypada miałko, ale taka chyba natura tego bohatera. Ben Affleck zamknął usta krytykom po występie w Batman v Superman i Mroczny Rycerz okazał się najjaśniejszym punktem tego filmu. Gal Gadot zaś swoim solowym filmem rozbiła bank. Justice League wprowadził jednak trzech debiutantów, którzy do samego końca pozostawali ogromną niewiadomą.

Odejście od komiksowego kanonu widać zwłaszcza na przykładzie postaci Aquamana, który jest najsilniejszym punktem obsady. Zamiast wycofanego bohatera o altruistycznym podejściu, dostaliśmy nieokrzesanego brutala z ciętym językiem. Jason Momoa kradnie każdą scenę, w której się znajduje i teraz na jego solowy film czekam najbardziej ze wszystkich zapowiedzianych produkcji DC.

Co zawiodło w Justice League?

Przede wszystkim nie kupuje mnie historia, którą nakreślają kolejne filmy. Darkseid nigdy jakoś mnie nie interesował jako czarny charakter w komiksach DC, a Warner Bros. zdecydowało się ciągnąć jego wątek przez lata. Czekać będziemy na niego przez kilka lat, tak jak na pojawienie się znacznie bardziej charyzmatycznego Thanosa w konkurencyjnym uniwersum.

Głównym przeciwnikiem bohaterów w Justice League został łotr mniejszego kalibru, czyli Steppenwolf, który wypadł bardziej nijako od Generała Zoda. Nie ma podejścia do Lexa Luthora, na którego powrót czekam chyba bardziej niż na zmartwychwstałego Supermana. Nawet Ares z Wonder Woman jest przy nim znacznie bardziej angażujący. Tegoroczny złoczyńca to poziom Doomsdaya.

Fabularnie nowy film jest prosty jak konstrukcja cepa.

W wyniku nadciągającego zagrożenia Batman postanowił odnaleźć metaludzi, którzy mogliby pomóc mu w walce o losy Ziemi. Po śmierci Supermana do niego i Wonder Woman dołączyli Aquaman, Flash i Cyborg. Zabrakło co prawda Zielonej Latarni, aczkolwiek w filmie motyw Green Lantern Corps w bardzo zgrabny sposób został wpleciony, otwierając furtkę na przyszłość.

Pierwszy akt filmu pokazuje nam urywki z życia trójki nowych bohaterów. W przeciwieństwie do Wonder Woman, Supermana i Batmana nie dostali jeszcze swoich filmów, więc sporo czasu ekranowego poświęcono na ich przedstawienie. Dopiero po zebraniu drużyny świeżo uformowana formacja bohaterów rusza do walki, a film na dobre się zaczyna.

Raz na tak, dwa razy na nie.

Niestety tak jak Aquaman mnie kupił od razu i na film o jego podwodnych podbojach czekam, tak Cyborg jest mi totalnie obojętny. Mam też ogromny problem z zaakceptowaniem nowego Flasha, tym bardziej, że oglądam serial poświęcony tej postaci, w którym przedstawiono go zupełnie inaczej. Nie podoba mi się jego poczucie humoru. Pasuje do reszty filmu jak pięść do nosa.

Jeśli to nie wypadek przy pracy, a świadoma decyzja, by Flash opowiadał aż tak suche żarty, to twórcy filmu przestrzelili. Ten bohater zawsze był tak samo niezdarny i pocieszny, jak Spider-Man u Marvela, ale ciapowatość Petera Parkera jest urocza, podczas gdy kolejne kwestie Barry’ego Allena wywoływały we mnie podczas seansu niestety uczucie zażenowania.

Justice League kończy się zaskakująco… szybko.

Postaciom nie było dane się rozwinąć na ekranie, bo zabrakło na to czasu. Najwyraźniej włodarze Warner Bros. wzięli sobie do serca krytykę, jaka spadła na nich po Batman v Superman. Film wyłożył się dopiero na ostatnim, przekombinowanym i dłużącym się akcie. Liga sprawiedliwości, która trwa 2 godziny, jest od poprzedniego obrazu aż o pół godziny krótsza.

Dzięki temu Justice League nie ma „podwójnego zakończenia”. Po seansie poprzedniej części spodziewałem się, że zaraz po finałowej walce okaże się, że bohaterów czeka jeszcze jeden ostateczny pojedynek. Nie tym razem. Nie silono się na żadne twisty fabularne, tylko dano nam definitywne zakończenie dające obraz tego, o czym może być kolejna część.

Paradoksalnie tym razem wolałbym dostać dłuższy film.

Dostaliśmy aż szóstkę bohaterów, a w dodatku sporo czasu spędziliśmy na przedstawianiu trójki z nich. Nie zabrakło też retrospekcji oraz scen budujących klimat. Zanim akcja na dobre się rozkręciła, opowiadana historia się urwała. Poprzednie filmy nauczyły mnie oczekiwać takiej konstrukcji, więc Liga sprawiedliwości napisami końcowymi wzięła mnie z zaskoczenia.

Wbrew temu czego można by było oczekiwać, nowy film nie jest kulminacją kilkuletniej przygody Warner Bros. z filmowym uniwersum, tak jak Avengers od Marvela. To raczej przystawka przed daniem głównym, którym będą solowe filmy o Aquamanie, Flashu, Cyborgu i Batmanie oraz sequel Justice League. DC i Marvel mają zupełnie odmienne filozofie w budowaniu narracji.

Wcale nie twierdzę jednak, że to złe podejście.

Justice League mogłoby być lepszym filmem, ale patrząc na kontekst poprzednich produkcji, wybaczam drobne potknięcia. Bolała mnie część dialogów, a niektóre kwestie – nie tylko te w wykonaniu Flasha – były bezsensowne. Widać też, że film był w wielu miejscach skracany i nie zawsze montaż jest tak płynny, jakbym sobie tego życzył.

Nowa produkcja nie zniechęciła mnie do kolejnych filmów i nadal będę śledził adaptacje DC. Nie sposób jednak nazwać Ligi sprawiedliwości nowym rozdaniem, które odmieni optykę patrzenia na DC Extended Universe. To kolejny krok na długiej, wyboistej drodze do odzyskania zaufania widzów. Na szczęście tym razem stabilny, a nie chwiejny.

Teksty, które musisz przeczytać:

Współczesne blockbustery mają mnóstwo irytujących cech. Wszystkie znalazły się w serii Jurassic World

Pod pewnymi względami fani popkultury nie mogą w ostatnich kilkunastu latach narzekać. Uwielbiane przez nich komiksy, animacje i nostalgiczne przeróbki wzięły Hollywood szturmem. Współczesne blockbustery zawierają jednak mnóstwo irytujących cech, które powtarzają się na każdym kroku. Jurassic World: Upadłe królestwo jest symbolicznym potwierdzeniem tych słabości.

Felieton/Film 13.06.2018

Dołącz do dyskusji (6)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...