“Listy do M. 3” biją rekordy frekwencyjne, a ja nigdy nie martwiłem się tak o jakość polskiego kina

Felieton/Film 14.11.2017
“Listy do M. 3” biją rekordy frekwencyjne, a ja nigdy nie martwiłem się tak o jakość polskiego kina

“Listy do M. 3” biją rekordy frekwencyjne, a ja nigdy nie martwiłem się tak o jakość polskiego kina

Może jestem fatalistą, panikarzem i niepotrzebnie sieję ferment. Jednak gdy widzę, że takie filmy jak “Botoks”, czy najnowsza powtórka powtórek, czyli “Listy do M. 3”, zbierają olbrzymią widownię, w sam tylko weekend otwarcia, to zaczynam się obawiać o to, co zostanie zapamiętane masowo z naszej kinematografii za 10, 20, 30 lat…

Niby polskie kino ma za sobą piękną i szlachetną historię. W latach 50. i 60. XX wieku byliśmy jedną z najlepszych kinematografii w Europie, a być może nawet i na świecie. No, ale czas płynie, świat się zmienia, a od tamtego czasu nasz kraj doświadczył naprawdę dramatycznych przemian.

Nie jest oczywiście tak, że rodzima kinematografia obecnie sięgnęła dna. To zostało osiągnięte na przełomie lat 90. i 2000. Dziś wręcz coraz częściej pojawiają się ciekawi twórcy i dobre filmy, choć na razie nie na tyle, by poruszać wyobraźnię masowego widza.

Pozytywnymi wyjątkami, kiedy to świetne obrazy miały znakomitą widownię są choćby “Jesteś Bogiem” czy “Bogowie” (ciekawe czy słowo “Bóg” odmienione w obu tytułach mogło mieć na to jakiś wpływ, czy to tylko przypadek). “Bogowie” stali się wręcz popkulturowym fenomenem w Polsce. Ale to jedyny taki przypadek. Cała reszta rekordowych frekwencji na polskich filmach dotyczy ostatnio praktycznie albo filmów Patryka Vegi, albo odtwórczych kopii poprzedników, czyli kolejnych odsłon “Listów do M.”.

Na poparcie tych słów posłużę się świeżutkimi danymi od dystrybutora.

“Listy do M. 3” po pierwszym weekendzie łącznie z pokazami przedpremierowymi zobaczyło aż 775 817 widzów!

Jest to, przynajmniej na razie, najlepsze otwarcie jakiegokolwiek filmu w polskich kinach w 2017 roku. Jest to też drugie najlepsze otwarcie w historii polskiego kina na przestrzeni ostatnich 30 lat!

Hip hip, hurra? No, nie do końca. Fenomen Patryka Vegi potrafię jakoś zrozumieć, gdyż nie jesteśmy krajem, który ma szczególne wyczucie smaku, tak muzycznego jak i filmowego, w ujęciu masowym. Tabloidowo-dresiarska stylistka Vegi idealnie wpisuje się w gusta i oczekiwania przeciętnego Polaka, który w kubotach i białych skarpetach oraz z Amstaffem na smyczy bryluje podczas weekendowego wypadu na grilla. Rzekłbym nawet, że Vega w końcu dał tym ludziom to, czego dotąd w kinie nie mieli.

Na tym tle “Listy do M. 3” wydają się być nieszkodliwą błyskotką, ale sukces tego filmu tak naprawdę przeraża mnie jeszcze bardziej.

Filmy Vegi są przynajmniej “jakieś”. Można się doszukać w nich filmowej grafomanii, żerowania na najniższych instynktach, są pełne niepotrzebnych bluzgów i całej masy idiotyzmów, ale stoi za nimi jakaś, pokrętna, ale zawsze, “poetyka” oraz cel.

“Listy do M.” to jednak o wiele bardziej niepokojący fenomen. Okazuje się bowiem, że w Polsce można ludziom wciskać ten sam produkt rok w rok, a naród nie tylko to kupi, ale wręcz za każdym razem popyt będzie jeszcze większy.

Pierwsza część w 2011 roku po weekendzie otwarcia mogła się pochwalić liczbą 374 373 widzów, 4 lata później „Listy do M. 2” po pierwszych dniach wyświetlania zobaczyło już 656 367 ludzi. Teraz “trójka” ma o kolejne 100 tysięcy widzów więcej. A ja się pytam – ile razy można oglądać to samo?

I to jeszcze w pierwszej połowie listopada, kiedy to do świąt Bożego Narodzenia został miesiąc z okładem. Jakoś tam jeszcze zrozumiałbym, że w okolicach urodzin Jezusa, z braku laku, widownia rzuciłaby się na film wprowadzający ich w atmosferę świąt, ale niecały milion widzów w weekend w listopadzie?! Ze wszystkich światowych widowni, ta nasza, polska, jest dla mnie absolutnie najbardziej niezrozumiała.

Niby narzekamy, że wszędzie ten Karolak, Adamczyk i Szyc, a jednak, gdy przychodzi co do czego, to jakoś nam nie przeszkadzają.

Cóż tak atrakcyjnego i wyjątkowego jest akurat w tym filmie, że do kin walą aż takie tłumy? Przecież tego typu produkcje o tematyce świątecznej powstają od dziesięcioleci. Reakcja ludzi na tę serię jest tymczasem taka, jakby polskie kino odkryło jakąś nieznaną nikomu formułę.

A nie wystarczyło obejrzeć zdecydowanie najlepszą, pierwszą część “Listów do M.” i na tym poprzestać? I czemu tak w ogóle, sto razy lepszy oryginał, “To właśnie miłość”, którego niemalże bezczelną kalką są “Listy…”, nigdy nie odniósł aż takiego sukcesu w Polsce? Może to naiwne pytania, ale czasem mam wrażenie, że za mało sobie takich pytań zadajemy i potem jest, jak jest…

Mnie w sumie zastanawia tylko, czemu twórcy utrudniają sobie robotę i zamiast kręcenia kolejnych, zjadających swój ogon części, po prostu nie wprowadzą co roku “jedynki” do kin?

Ktoś może w sumie to samo powiedzieć o widowiskach Marvela. Zdaję sobie sprawę, że dla sporej liczby ludzi filmy o superbohaterach są wszystkie takie same. I, nie zagłębiając się w niuanse, jest to prawdą, ale mimo wszystko, w przypadku tych hollywoodzkich produkcji mamy przynajmniej wartość dodaną w postaci potężnej machiny produkcyjnej, niesamowicie ogarniętej logistyki oraz niezwykłego rozmachu. A my? My mamy Karolaka oraz ten wspaniały dialog, który można było usłyszeć w zwiastunie “Listów do M. 3”:

Karina (Agnieszka Dygant): Może ja mam na przykład guza mózgu!

Szczepan (Piotr Adamczyk): Gdzie?

Karina: W dupie!

Wygląda na to, że taki standard komedii zostanie z nami na dłużej. Ja naprawdę nie oczekuję cudów i nie wiadomo jakiego poziomu dowcipu, byleby tylko nie obrażał inteligencji widza, a jego twórcy choć minimalnie uruchomili swoją kreatywność. Ale skąd! Na dowód przytoczę cytat z “Listów do M. 2” pomiędzy tą samą dwójką postaci:

Szczepan: W gwiazdach jesteśmy zapisani.

Karina: W dupie jesteśmy zapisani.

Rozumiem, że to sakramentalne, polskie i swojskie „w dupie” jest swoistym leitmotivem tego duetu, ale zastanawia mnie jedno – niby chcemy i lubimy myśleć o sobie jak najlepiej, a mimo to, nikomu nie przeszkadza, że wciska się nam tak marnej jakości twory, które są później bezmyślnie masowo przeżuwane.

Przed nami premiera filmu “Najlepszy”. Jest to kolejna, zrobiona z rozmachem filmowa biografia Łukasza Palkowskiego, który wcześniej wyreżyserował “Bogów”. Film również rozrywkowy, ale na innym, lepszym poziomie. Ciekawe, jaki będzie jego wynik frekwencyjny. Jeśli będzie bliski, choćby 500 tysięcy widzów w weekend otwarcia, to przyznam się bez bicia, że przesadzam z tą całą moją tyradą.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (49)

59 odpowiedzi na ““Listy do M. 3” biją rekordy frekwencyjne, a ja nigdy nie martwiłem się tak o jakość polskiego kina”

  1. Wiadomo, że cytaty wyciągnięte ‘z dupy’, to znaczy bez całej otoczki będą bez sensu. I nie, ja wcale nie bronię filmu. Tak się złożyło, że ostatni tydzień przeleżałem w łóżku, a że małżonka też zwolnienie na tydzień dostała to niemal codziennie jakieś dzień dobry tvn czy inne śniadaniówki. I codziennie (przynajmniej na tvnie) był materiał o tym filmie, a w międzyczasie reklamy, zajawki, płyta z muzyką. Raz pół godzinny pitolenia z reżyserami (nomen omen facet, który jest fizykiem z małżonką….ale nie w tym rzecz), potem karolak, grabowski, jakiś młody juzek i znowu urywki filmu i jak to polacy już nie wyobrażają sobie świąt bez tego filmu… No krew mnie zalewa. W kinie byłem lata temu na części pierwszej, tak się złożyło, że nie dane nam było obejrzeć do końca ale film…bardzo przeciętny. był. I widzę jak Adamczyk mówi, że skoro ludziom się podoba to oni mają OBOWIĄZEK dawać ludziom kolejne części! Karolak czy inni aktorzy żartują, że będzie listy do M 7, inni, że będziemy się widzieć z filmem co roku…. Mam wrażenie, ze ten film to fenomen taki na zasadzie zamkniętego grona aktorów, którzy będę się spuszczać na kolejne części a ludzie z braku laku i tak na to pójdą bo święta, bo klimat(…..), bo jest to film na którym można pomiziać dziewczynę po kolanie… ja mówię pas, tak jak powiedziałem pas po (niedokończonej) pierwszej części. I na szczęście małżonkę mogę pomiziać i przy Stranger Things (choć jest to wtedy dziwne mizianie).

  2. No ja jednak wolę mieć co roku coś lajtowego w stylu tych Listów do M. (zresztą, na trzecią część też się wybieram), niż – jak sam to określiłeś – tabloidowo-dresiarskie filmy Vegi (po których przerażają mnie reakcje widowni, traktującej to jako prawdy objawione). A że “Listy…” puszcza się w listopadzie? A to takie dziwne, że w listopadzie zaczyna się mówić o świętach? W sklepach już od dawna masz jakieś promocje świąteczne, Mikołaje i inne bałwanki, poza tym Coca-Cola zaczęła już emitować świąteczne reklamy z ciężarówką. ;)

    Serio, wolę Dygant wrzeszczącą “w dupie!” niż Ostaszewską komentującą w “Pitbullu” cenę kremu, że “kosztował X złotych, no i ch*j”.

  3. Może ludzie po prostu chcą się oderwać od tego ciągłego pierdolenia w polityków i pójść na coś do kina co nie wymaga wielkiego zaanagażowania umysłowego. A sam autor tekstu ma ból d chyba. Ktoś autorowi każe iść na film Listy czy Pitubula?
    Może za chwilę nie tylko będzie nam ustalane kiedy mamy robić zakupy ale i co jest w dobrym guście do oglądania i słuchania.

  4. No bo przecież lubimy to, co znamy, czyż nie?
    Wolę nowe Listy do M. niż filmy Vegi albo coś pokroju Kac Wawy czy Ciacha.

    A czy z polskim kinem jest tak źle? Mamy Twojego Vincenta oraz Pokot.

  5. Nie każdy przepada że wydmuszkami od mervela, DC.
    O ujowych gwiezdnych wojnach które są na poziomie tych listów do m nie wspomnę :) (nie wytrzymałem do końca przebudzenia mocy).

  6. Spiders Web – czyli typowe polskie buractwo byle hejtowac i krytykować. Panie autorze widać nie rozumie Pan zupełnie zamysłu filmu Listy do M, właśnie wobec powszechnego kiczu, syfu i hejtu w Polsce nareszcie rafia się film oderwany od szarej rzeczywistości opowiadający o może i przesłodzonej miłość ale jednak o tym co ludzie powszechnie potrzebują. To nie chodzi o wiekopomna produkcje ale o lekkie kino które miło się ogląda i pozwala zapomnieć o tym wszystkim co czynni nas gorszymi, nawet w kontekście nieustannej pogoni za zachodem. Naprawdę zastanawiam się czy jako portal potraficie się oderwać od tak szablonowego polskiego myślenia, byle skrytykować narobić szumu i podkreślić trolling… po raz kolejny!

    • Zgadzam się w 100%, przecież ten film nie ma ambicji, żeby być filmem oscarowym :) Lekka, przyjemna komedia, to tak jakby mówić, że kino amerykańskie schodzi na psy bo produkują mnóstwo takich filmów…Czy schodzi na psy? Nie! Czy te komedie to filmy oscarowe? Raczej nie, przynajmniej w większości ;) Czy to złe filmy! Otóż nie!

  7. Bo Listy do M to taki iPhone. Co roku to samo, ładnie się świeci i jest ok, a do tego wszyscy o nim mówią. Nie ma co płakać.

  8. polskie kino ma się naprawdę całkiem dobrze, robimy dobre filmy… nie musimy robić non stop historycznych i dramatów. Trochę takiego powiewu lekkości też się przyda na rozluźnienie.

  9. Niech każdy ogląda :) co chce :) . A gusta każdy ma swoje tyle ludzie chcą Listów Do M proszę bardzo nawet 20 części. Ja jak czegoś nie lubie to tego nie oglądam taka zasada. A kino ma dawać to co ludzie chcą oglądać kino to według mnie przedwyszstkim masowa rozrywka w tym celu jest wymyślona . Każdy tworzy co chce a i każdy ogląda co chce . Artykuł według mnie taki hejt dla saemgo hejtu

  10. ““Listy do M.” to jednak o wiele bardziej niepokojący fenomen.
    Okazuje się bowiem, że w Polsce można ludziom wciskać ten sam produkt
    rok w rok, a naród nie tylko to kupi, ale wręcz za każdym razem popyt
    będzie jeszcze większy.”

    Trzy słowa do ojca prowadzącego: Call of Duty.

  11. Byłem w kinie na tym filmie i powiem szczerze, że mi osobiście się podobał. Może i polskie kino jest tandetne i powtarzalne, ale chodzi o to żeby się dobrze bawić oglądając, czyż nie? Jakby każdy miał patrzeć na filmy pod kątem jakości żartu czy przekazu, to oglądalibyśmy tylko zagraniczne kino.

    peace :)

  12. Debilna taśmowa masówka dla ćwierć-mózgów, zawołajcie mnie jak polskie kino będzie stać na coś więcej niż 3/10. Tragedia.

  13. 1) przecież ten film z zasady jest lekką komedią, w tej kategorii sprawdza się bardzo dobrze 2) autor artykułu cytuje fragmenty o ,,d*****”, jakby ot były jakies kluczowe sceny w filmie…w kinie byłem i szczerze mówiąc gdyby ten artykuł to tej sceny bym nie pamiętał jako coś ważnego. Cytat wyrwany z kontekstu, bez wpływu na ocenę całości filmu. 3) Jeszcze co do oglądalności i idei powstawania kolejnych części – autorze, a po co ludzie oglądają seriale? ,,Listy do M” spełniają trochę taką funkcję, widzowie przywiązują się do postaci i chcą wiedziec, co będzie dalej. Nie widzę w tym nic złego. 4)to, że ktoś poszedł na ,,Listy do M”, nie znaczy że nie pójdzie na ,,Najlepszego” ;) czasem po prostu potrzebujemy odskoczni i nie ma co się unosić pseudointelektualną butą i udawać, że każdy lubi sobie czasem obejrzeć lekki film, który może i nie jest puszczany na niszowych festiwalach niszowych i hipsterskich filmów, ale po prostu miło się go ogląda

  14. Jeżeli ktoś chce iść i potrzebuje komedii to ogląda Listy,jeżeli ktoś ma potrzeba obejrzeć biografie to sobie pójdzie na np Najlepszego,a jeżeli ktoś potrzebuje produkcji oskarowych pójdzie sobie i na taki.Niektórzy może obejrzą wszystkie i co świadczy to o takim widzu że jest płytki bo ogląda Listy?Czy kinomaniaku bo obejrzał bardziej wybitne dzieła ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...