Aktorzy, którzy zostali wielkimi reżyserami [TOP 7]

Top/Film 10.11.2017
Aktorzy, którzy zostali wielkimi reżyserami [TOP 7]

Zaryzykuję stwierdzenie, że nie ma lepszej drogi do zostania świetnym reżyserem niż praca na planie filmowym jako aktor. Nikt bowiem nie lepszego kontaktu z pracą reżysera, operatora i całej reszty ekipy niż właśnie aktor, będący obecny w samym centrum niemalże każdego etapu produkcji. Poniżej kilka dowodów na potwierdzenie tej tezy z okazji premiery filmu „Suburbicon” , który wyreżyserował George Clooney.

Charlie Chaplin

Charlie Chaplin był bodajże pierwszym aktorem w historii Hollywood, który stał się wielkim reżyserem. W latach 20. XX wieku był on najbardziej znanym człowiekiem na Ziemi – bawił i wzruszał do łez widzów z całego świata. Był jednym z pierwszych architektów potęgi kina.

Jego ekranowa persona, Włóczęga, to wykreowana z empatią i humorem legendarna i kultowa już postać, która na zawsze przeszła do kanonów kina. Charakterystyczny chód, melonik oraz laska w ręku już od ponad 100 lat są symbolami kina. Jako reżyser zadebiutował już w 1921 roku wspaniałym obrazem – jednym z najlepszych filmów wszech czasów – „Dzieciak”. W późniejszych latach wyreżyserował kolejne ponadczasowe arcydzieła, które do dziś zachwycają wyobraźnią i warsztatem, czyli „Gorączkę złota”, „Światła wielkiego miasta” czy „Dyktatora”.

Clint Eastwood

Kiedy mówimy o aktorach, którzy stali się reżyserami, po prostu nie ma siły, byśmy nie wspomnieli o Clincie Eastwoodzie. Aktor legenda i człowiek orkiestra w jednym. Swoją przygodę po drugiej stronie kamery zaczął już na stosunkowo wczesnym etapie swojej kariery, raptem kilka lat po tym, jak został kultowym bohaterem westernów Sergio Leone. W 1971 roku równolegle z „Brudnym Harrym” świat ujrzał też jego reżyserski debiut, „Zagraj to dla mnie Misty”. Co ciekawe, nie był to wcale western, ani film akcji, tylko nieźle zrobiony thriller psychologiczny, który w dodatku spotkał się z przychylnymi recenzjami i całkiem nieźle poradził sobie pod kątem komercyjnym.

W późniejszych latach Eastwood, choć ciągle kojarzony z filmami o twardzielach, policjantach i kowbojach, wyreżyserował naprawdę ogromną liczbę różnorodnych filmów. Ma na koncie zarówno filmy wojenne („Listy z Iwo Jimy”), melodramaty („Co się wydarzyło w Madison County”), biografie muzyczne („Bird”) i przede wszystkim poruszające dramaty, które można zaliczyć do arcydzieł światowego kina. Tu mam na myśli głównie „Bez przebaczenia” oraz „Za wszelką cenę”.

Niewielki procent reżyserów w historii kina był w stanie nakręcić choćby jedno arcydzieło. Eastwoodowi udało się to aż dwa razy, co jest nie lada osiągnięciem i udowadnia, że rozpoczynanie swojej kariery od pracy na planie jako aktor może przynieść wspaniałe plony.

Mel Gibson

Obok Clinta Eastwooda, Mel Gibson jest jedną z nielicznych gwiazd największego formatu, której udała się sztuka przejścia z pozycji topowego aktora Hollywood do poważanego reżysera, którego filmy stały się głośne i kultowe. Wprawdzie jego debiut, czyli „Człowiek bez twarzy” przeszedł bez większego echa, ale już zrealizowany dwa lata później „Braveheart” zachwycił cały świat rozmachem, dramaturgią, mistrzowsko wyreżyserowanymi scenami bitewnymi oraz poruszającą historią. Film ten przeszedł do historii kina, został obsypany Oscarami i z miejsca stał się klasyką.

Sam Gibson był jeszcze wtedy ciągle u szczytu swojej aktorskiej sławy. Z tego też powodu, ze względu na napięty grafik filmów, w których grał główne role, czas na reżyserię kolejnego filmu znalazł prawie dekadę później. Był to jednak strzał, którego nie dało się nie zauważyć. Sfinansowana w większości przez niego samego „Pasja”, czyli film o ostatnich godzinach życia Jezusa na ziemi tuż przed ukrzyżowaniem, to artystyczne kino gore (taka chrześcijańska wersja „Piły”), które stało się jednym z najbardziej kasowych niezależnych filmów w historii kina.

Potem Gibson zafundował widowni równie oryginalną produkcję, tym razem akcji, „Apocalypto”, którego akcja rozgrywała się 500 lat temu i opisywała cywilizację Majów. Ze względu na kontrowersje sprzed ok. dekady, jego kariera, reżyserska i aktorska, została przerwana. W ubiegłym roku powrócił po kolejnej dekadzie z udanym dramatem wojennym „Przełęcz ocalenia”.

Jon Favreau

Jon Favreau ma w swoim CV jedną z bardziej nietypowych karier w Hollywood. Zaczynał od w większości drugoplanowych ról, zarówno w niezależnych produkcjach, jak i większych widowiskach w drugiej połowie lat 90. Następnie spróbował swoich sił jako reżyser w komedii kryminalnej „Made” z 2001 roku.

Film doczekał się pozytywnego odbioru, choć nie cieszył się popularnością w kinach. Następnie Favreau podjął się wyreżyserowania filmu świątecznego „Elf” z Willem Ferrelem w roli głównej. Obraz stał się wielkim przebojem zimowego sezonu w Stanach. W kolejnych latach Favreau umiejętnie dzielił czas pomiędzy występami w filmach komediowych i reżyserią.

Największy przełom w jego karierze to 2008 rok. Wtedy właśnie wyreżyserowany przez niego „Iron Man” stał się nieoczekiwanym przebojem, który rozpoczął nie tylko filmowe uniwersum Marvela, ale i nową erę kina rozrywkowego.

Okazało się więc, że Favreau potrafi radzić sobie zarówno ze skromnymi komediodramatami, jak i wielkimi widowiskami, co wcale nie jest tak często spotykaną cechą u reżyserów. Pokazują to choćby jego ostatnie projekty, czyli z jednej strony świetny niszowy film obyczajowy „Szef”, a następnie zachwycająca i porywająca „Księga Dżungli”. Obecnie pracuje nad powołaniem do życia fabularnego „Króla Lwa”.

Ron Howard

Dla większości ludzi Ron Howard to reżyser, ale zapewne starsze pokolenie, głównie amerykańskich widzów, ma szansę pamiętać jego pierwsze kroki w branży. Już w wieku 6 lat zaczął występować w sitcomie „The Andy Griffith Show”, który stał się niezwykle popularnym programem w amerykańskiej telewizji w latach 60.

W latach 70. dostał jedną z głównych ról w kolejnym przebojowym sitcomie „Happy Days”. W międzyczasie zaczął też grywać w filmach (m.in. w „Amerykańskim graffiti” George’a Lucasa). Pod koniec dekady żywo zainteresował się reżyserią i po odejściu z „Happy Days” w 1980 roku w pełni oddał się tej stronie kamery. Dał się poznać jako twórca udanych komedii („Nocna zmiana”, „Spokojnie tatuśku”, „Plusk”) i świetnych dramatów („Apollo 13”, „Okup”, „Piękny umysł”).

Howard nie należy w żadnym razie do geniuszy X muzy, ale jest jednym z najlepszych rzemieślników, jakich widziała ta branża. Co więcej, pomimo tego, że pracuje w zawodzie już ponad pół wieku, to w żadnym razie nie zwalnia tempa. Od 10 lat odpowiedzialny jest za filmową serię przygód Roberta Langdona na podstawie książek Dana Browna, a całkiem niedawno dowiedzieliśmy się, że wyreżyseruje film o przygodach młodego Hana Solo.

Kenneth Branagh

Kenneth Branagh od zawsze chciał zostać reżyserem i potwierdza to fakt, że swój pierwszy film wyreżyserował w wieku 29 lat. Jego podejście do rzemiosła jest, przynajmniej do pewnego momentu, dość klasyczne. Zaczynał jako aktor teatralny, grając w dużej mierze w sztukach Szekspira. Raptem kilka lat po swoim filmowym debiucie jako aktor podjął się reżyserii adaptacji „Henryka V”. Film nie stał się kasowym sukcesem, ale z miejsca zwrócono uwagę na jego ponadprzeciętne umiejętności techniczne.

Przez kolejnych kilka lat Branagh trzymał się klasycznych materiałów źródłowych, szlifując swój warsztat przy takich filmach jak „Frankenstein” czy „Hamlet” z 1996 roku, który przez wielu uznawany jest za jedną z najlepszych adaptacji Szekspira w historii kina. Przeważnie też grał w swoich filmach większe lub główne role.

Po kilkuletniej przerwie na początku XXI wieku, Branagh powrócił do reżyserii z nową energią i nastawiając się na bardziej współczesną tematykę. Zaczęło się od wprawdzie przeciętnego thrillera „Pojedynek” z Michaelem Cane’em i Jude’em Law. Następnie dał światu pierwszego „Thora”, który był niemałym zaskoczeniem w kontekście dorobku Branagha, nie mającego wcześniej do czynienia z superprodukcjami i to na podstawie komiksów. Z drugiej strony „Thor” to tak naprawdę bardziej rozbuchana i naładowana efektami specjalnymi wariacja tematyki i poetyki szekspirowskiej. Kino popularne zawdzięcza mu poza tym przede wszystkim odkrycie dla świata Chrisa Hemswortha oraz Toma Hiddlestone’a, których to on wybierał do ról w pierwszym „Thorze”.

Kolejne reżyserskie wybory Branagha zaskakiwały jeszcze bardziej. W 2014 roku nakręcił film akcji „Jack Ryan: Teoria chaosu” (niestety nieudany), a rok później… „Kopciuszka” dla Disneya. Obecnie czekamy na jego remake adaptacji „Morderstwa w Orient Expressie” na podstawie twórczości Agaty Christie.

Ben Affleck

Poparciem tezy mówiącej o tym, że aktorstwo jest jedną z najlepszych dróg do nauczenia się reżyserii, niech będzie Ben Affleck – aktor dość drewniany, z którego naprawdę niełatwo wykrzesać jakiekolwiek emocje (choć akurat jako najnowsza inkarnacja Batmana sprawdza się bardzo dobrze). Natomiast wieloletnia praca na przeróżnych planach filmowych (od dramatów przez komedie po superprodukcje) sprawiła, że Affleck stał się jednym z najciekawszych reżyserów swojego pokolenia.

Jego debiut, „Gdzie jesteś Amando”, to poruszający thriller psychologiczny, późniejsze „Miasto złodziei”, to znakomita sensacja. Apogeum jego twórczości to rok 2012. Wtedy to wyreżyserował „Argo”, które stało się niemałym sukcesem kasowym i zdobyło deszcz nagród, w tym Oscara dla najlepszego filmu.

Upadek z wysoka bywa jednak bolesny. Kolejny film Afflecka, gangsterskie „Nocne życie” okazał się tak komercyjną, jak i artystyczną klapą. Chodzą słuchy, że owa wpadka kosztowała go reżyserię filmu „The Batman”. Wprawdzie Ben Affleck nie ma nadmiernie dużego dorobku jako reżyser, ale mimo wszystko na pewno jedna wpadka na cztery filmy nie jest złym wynikiem. Osobiście czekam na jego kolejne dzieło.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...