Za dużo Roswell i za mało Z Archiwum X. Stranger Things 2 jest gorsze od pierwszego sezonu

Recenzja/Seriale 31.10.2017
Nasza ocena:
Za dużo Roswell i za mało Z Archiwum X. Stranger Things 2 jest gorsze od pierwszego sezonu

Za dużo Roswell i za mało Z Archiwum X. Stranger Things 2 jest gorsze od pierwszego sezonu

Stranger Things 2 to świetna telewizyjna przygoda, którą pochłonąłem w tak niezdrowo krótkim czasie, że głupio się przyznać. Jednak nawet z pozycji fana „klimatu lat 80-tych” widzę, że drugi sezon braci Duffer jest odczuwalnie gorszy względem debiutanckiej serii. Z przynajmniej pięciu powodów:

UWAGA – tekst zawiera spoilery dotyczące Stranger Things 2.

Po pierwsze – dużo Roswell, mało Z Archiwum X.

Gdy serial rozpoczął się sceną z Ósemką, byłem zdecydowanie na tak. Bracia Duffer pokazali, że gra toczy się na znacznie szerszą skalę. Osoby z nadprzyrodzonymi zdolnościami są wśród nas, a za kurtyną rozgrywa się pojedynek między odmieńcami oraz władzą. Oklepany pomysł, ale pozwalał wyprowadzić Stranger Things na zupełnie nowe wody.

Nie sądziłem jednak, że owe wody należą do jeziora Bitter Lake leżącego przy miasteczku Roswell. Epizod, w którym Nastka dołącza do wielkomiejskiego gangu był tak inny od całej serii, jak to tylko możliwe. Punkowa dziewczyna odnajduje samą siebie, poszukując sprawiedliwości razem z innymi wyrzutkami. Specjalne moce, paskudne makijaże, dekadencka młodzież – powiało Roswell. Nie powinno.

Nie będę się spierał, że wysyłanie Nastki do wielkiego miasta było dla serialu odświeżające. Producenci pobawili się konwencją i poeksperymentowali. Widz nie zyskał na tym jednak niczego. Cała ekspedycja miała czysto funkcyjne zadanie – przeciągać połączenie Mike’a oraz Jedenastki do przedostatniego odcinka. Doskonale rozumiem sensowność tego zabiegu, ale nie akceptuję jego wykonania. Twórcy niszczą specyficzną spójność serialu, wyrażoną silną inspiracją filmami sci-fi i horrorami z lat 80-tych. Z czysto warsztatowego punktu widzenia powiało taniością.

Po drugie – za dużo komputerowych efektów specjalnych.

Jesteśmy świadkami głębokiej refleksji, która następuje w strukturach Hollywood. Po długich latach nagminnego polegania na komputerowych efektach specjalnych, branża filmowa wraca do zdrowych zasad zapoczątkowanych wraz z nagłym rozwojem technik komputerowych. Według nich sztuczki CGI powinno się stosować wyłącznie tam, gdzie producenci nie mają możliwości użycia prawdziwych efektów specjalnych.

Twórcy Stranger Things 2 idą jednak pod prąd. Wraz z większym budżetem śmielej pozwalają sobie z komputerami. Niestety, za wykonanie CGI nie odpowiada Industrial Light and Magic, co widać gołym okiem. Podawany z rąk do rąk komputerowy Dart wyglądał tak nierealistycznie, że nerwowo wierciłem się w fotelu. Bariera między komputerowymi efektami specjalnymi oraz realnym planem zdjęciowym nie została zatarta. To dwa światy, które oddziela widoczna z daleka granica.

Nie licząc zamykania portalu z ostatniego epizodu, efekty komputerowe po prostu nie domagają. Demo-psy wyglądają sztucznie i nienaturalnie. Szkoda, że producenci nie pozostali przy prawdziwych kostiumach, jak przez większość pierwszego sezonu. Walka z człowiekiem w stroju Demogorgona wydawała się o wiele bardziej składna niż wymachiwanie kijem na ślepo, siłując się ze stadem kiepsko wykończonych czworonogów z piekła rodem.

Po trzecie – Mad Max? Tylko George’a Millera

Wprowadzenie nowych postaci do miasteczka Hawkins to pozytywne, pożądane zjawisko. O ile jednak Billy ze swoją peruką od razu stał się częścią serialowego uniwersum, tak rudowłosa Max do samego końca ma trudność w odnalezieniu swojego miejsca. Jako „piąte koło u wozu” w ekipie, scenarzyści mogli tchnąć w nią naprawdę wiele życia oraz emocji. Dzieje się zupełnie inaczej.

Chociaż Maxine występuje zaraz obok znanych i lubianych chłopaków, jej wpływ na dynamikę serialu jest znikomy. To rywalizacja Dustina oraz Lucasa „ciągnie” żeńską postać. Ta sama w sobie nie ma do zaoferowania niczego ciekawego. Max została kiepsko rozpisana, kiepsko dobrana oraz kiepsko przedstawiona. Dziewczynka mocno odcina się na tle pozostałych głównych bohaterów.

O wiele bardziej charyzmatycznie wypada już młodsza siostra Lucasa, którą widzimy w raptem kilku ujęciach. Albo Dr. Owens prowadzący Laboratorium Hawkinsa. Max jest pożerana z każdej strony – przez przyrodniego brata, przez chłopaków z paczki, przez Jedenastkę. Scenarzyści nie znaleźli dla niej odpowiedniego miejsca, mimo wciskania ją do większości scen. Okropnie poprowadzona postać. Do tego w jej młodzieńczej relacji z Lucasem nie ma krzty wiarygodności.

Po czwarte – brakuje tego złego. No chyba, że to Hopper

W pierwszym sezonie Stranger Things personifikacją wszystkiego co złe, oślizgłe i podstępne był Demogorgon. W drugiej serii brakuje takiej sylwetki. Jasno określonego wroga, z którym dochodzi do oczyszczającego pojedynku, w którym dobro triumfuje nad złem. Czymś takim miał być Łupieżca Umysłów. Nie mogę odmówić mu efektowności, ale w serialu nigdy nie dochodzi do bezpośredniej konfrontacji między nim, a przedstawicielami Jasnej Strony Mocy.

Z tego powodu na taśmę trafia wielu pomniejszych łotrów, na których miała się koncentrować uwaga widzów. Mamy więc Billy’ego, który po części sam jest ofiarą przemocy domowej. Mamy demo-psy, którym brakuje jednak rozmachu potrzebnego dla szwarccharakteru. Pojawia się sadystyczny pracownik Hawkins Lab, ale jego skomlenie o życie nie ma nic wspólnego z walką dobra i zła. Jest również bezosobowa szczelina, której korzenie pełne są złośliwych macek i pnączy.

Wszystko to jest w mniejszym lub większym stopniu złe, lecz nie na tyle, aby stanowić głównego rywala dla bohaterów. Ze względu na brak wyraźnej i ostatecznej konfrontacji ze złem i występkiem, wszystko pozostaje w stanie zawieszenia. Łupieżca Umysłów dalej pochyla się nad Hawkins. Druga Strona stale istnieje. Will najprawdopodobniej wciąż może mieć wizje. W praktyce najważniejszym wydarzeniem całego sezonu okazuje się… zamknięcie szczeliny oraz Hawkins Lab.

Ze względu na swoją niematerialną, mocno eteryczną formę, Łupieżca Umysłów nie był w stanie wywołać we mnie silnych emocji. Po prostu… akceptowałem jego obecność na ekranie. Tylko tyle. Jeżeli miałbym wskazać, wobec której postaci miałem naprawdę negatywne skojarzenia, byłby to Hopper. To, jak policjant przez rok przetrzymuje nastolatkę dla jej bezpieczeństwa, jednocześnie rekompensując sobie brak córki, zasługuje na poważną debatę wśród fanów Stranger Things.

Po piąte – mogłoby być trochę straszniej.

W Stranger Things 2 producenci nie mogą już polegać na elemencie zaskoczenia. Widzowie znają Drugą Stronę, Demogorgona oraz efekty eksperymentów w Laboratorium Hawkins. To zrozumiałe, że niespodzianek będzie więc nieco mniej. Nie oczekiwałem po producentach cudów. Liczyłem za to, że chociaż trochę się wystraszę. Nic z tego.

Klimatyczna, niemal wyjęta ze Z Archiwum X, scena była jedna. Do tego nie w pełni wykorzystana. Gdy rewelacyjna Winona Ryder widzi Łupieżcę Umysłów na nagraniu VHS-C, przez chwilę powiało grozą. Niestety, momentum nie jest ciągnięte, a akcja galopuje tak szybko, że kolejne wydarzenia z Łupieżcą niczym już nie zaskakują. Nie budzą też żadnych silnych emocji.

Polem do popisu było również opętanie Willa. Gdy chłopak mówi, że „on nie lubi ciepła”, stojąc przed wejściem do łazienki, liczyłem na mocne rozwinięcie. Zabawa Omenem oraz Egzorcyzmami Emily Rose to sprawdzony patent na grozę. Szkoda, że producenci nie pokazali, jak Will staje się coraz bardziej nieobliczalny i mroczny. Jak zachowanie chłopaka zaczyna przerażać jego przyjaciół, lekarzy, a nawet brata i matkę. Kapitalny młody aktor Noah Schnapp spisałby się tutaj na medal. Jego gra tak czy siak jest rewelacyjna, ale mogłaby być do tego nieco mroczniejsza.

Oczywiście Stranger Things 2 to świetne telewizyjne widowisko.

Relacja postaci Dustin – Steve to kapitalna gratka dla fanów. Do niesamowitej Winony Rider dołączył przekonujący Sean Astin o wspaniałym wachlarzu aktorskim. Postaci Lucasa, Willa oraz Dustina zostały bardzo dobrze rozwinięte. Barb nareszcie znalazła pośmiertny spokój. Pomysł z korytarzami pod ziemią był bardzo dobry. Epizod „Spy” to z kolei małe dzieło sztuki. No i ta muzyka! Rewelacja.

Ode mnie solidne siedem i pół wafla na dziesięć, przy ośmiu waflach dla pierwszego sezonu.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (23)

39 odpowiedzi na “Za dużo Roswell i za mało Z Archiwum X. Stranger Things 2 jest gorsze od pierwszego sezonu”

  1. Mnie najbardziej smuci, że czający się w cieniu demogorgon, który pozwalał uaktywnić wyobraźnie – przez długi czas nawet nie wiedzieliśmy jak on wygląda – został nie dość, że ukazany w całości to jeszcze w wielkiej gromadzie. Cała magiczna, tajemnicza atmosfera znikła.

  2. Moim zdaniem ten sezon jest lepszy od pierwszego. Poprzedni sezon strasznie mnie nużył. W połowie chciałem nawet zrezygnować z oglądania, ale ostatnie odcinki mnie wciągnęły. W 2 sezonie nie nudziłem się ani przez moment. Twórcy poszli w dobrym kierunku. Po co te porównania do Archiwum X? Stranger Things to zupełnie odrębny serial i rządzi się swoimi prawami.

  3. Mniej mroczny tak, ale czy gorszy? Wg.mnie stoją na równi -no może nie licząc epizodu w mieście bo faktycznie najsłabszy i najnudniejszy ze wszystkich. Mogli pójść w innym kierunku i rozwinąć jeszcze bardziej wątek matki zawieszonej w przebłyskach z pamięci – może jakieś próby komunikacji nastki z nią w jakimś psychotycznym wymiarze albo coś;)

  4. Dla mnie drugi sezon ma odczuwalnie inny klimat niż pierwszy. Pierwszy był tajemniczy, mroczny i straszny. Natomiast w drugim sezonie stosowanie tych samych sztuczek byłoby nudne i wtórne. Ja osobiście się cieszę, że postanowiono pociągnąć fabułę dalej i ją rozwijać zamiast serwować nam powtórkę. Wiele osób krytykuje odcinek 7, nie był ani spójny ani wybitnie dobry, ale moim zdaniem dobrze, że twórcy postanowili poeksperymentować i oderwać nas na chwilę od Hawkins. Jedyny mocny minus tego sezonu to nadmiar CGI, wyglądało to średnio. Cieszy mnie też nie stawianie jedenastki na pierwszym miejscu, bo to wciąż historia o 4 chłopcach grających w D&D ;)

    • Osobiście nie wiem czy jest gorszy, czy lepszy. Jest zwyczajnie inny. Jednak podzielam zdanie, że pierwszy był mroczniejszy i bardziej zaskakujący. Co prawda z 2 widziałem tylko 6 odcinków, ale pierwsze skojarzenie jaki mi się nasunęło, to twórczość H.P. Lovecrafta. Tak jak w 1 przeciwnikiem był “realny” demogorgon, to w 2 jest nim nienamacalne, potężne, nieśmiertelne zło, władające umysłami ludzi, czające się na granicy wymiarów. Nie wiem czy takie nawiązanie było faktycznym celem twórców, czy takie skojarzenie to zwykły podszept Cthulhu w mojej chorej wyobraźni ;)

  5. Ale do kogo jest ten serial skierowany? Do pedofili lubiących ET i krwawe masakry? Dla nastolatków wciąż są chyba limity wiekowe na przemoc a dorosłych średnio interesują problemy pryszczatych bohaterów.

  6. Uważam za duży błąd pisanie na stronie tytułowej “Stranger Things 2 jest gorsze od pierwszego sezonu” a powinno być Moim zdaniem Stranger Things 2 jest gorsze od pierwszego sezonu. Moim zdaniem jest tak samo dobry jak pierwszy sezon, nikt nie jest wyrocznią i zapominamy że to jest tylko nasze zdanie.

  7. W moim odczuciu 2 sezon jest świetny, nawet lepszy od pierwszego. Świetnie rozwinięte historie znanych już bohaterów, dobrze wprowadzone nowe postacie – ani przez chwilę nie miałem uczucia, że któryś z nich tutaj nie pasuje albo został dodany ‘na siłę’. Taki a nie inny pomysł na odcinek w Chicago może wydawać się kontrowersyjny, ale wydaje mi się, że twórcy chcieli pokazać, że serial nie zamknie się jedynie w małym Hawkins i w przyszłości zaoferuje coś więcej. Dla niektórych minusem może być nadmiar CGI, mnie to zbytnio nie przeszkadzało. Sezon na pewno inny od pierwszego. Ale czy gorszy? Mocno indywidualna sprawa.

  8. Hamburgerowo fantastycznie

    Serial ogląda się bardzo przyjemnie, zwłaszcza jeśli ktoś
    darzy sentymentem czasy, kiedy niemal każdy chłopak chciał wyglądać jak Limahl,
    zaś dziewczynkom marzył się image Madonny, tudzież jej najpopularniejszego klonu,
    Cindy Lauper. Jednak bazując na wspominkowej słabości do kiczu wczesnych lat
    80., nie sposób zgrabnie zamaskować kolosalnych dziur w scenariuszowej logice.

    Produkcja udatnie przywołuje podmiejski/małomiasteczkowy
    klimat „Ducha”, „E.T.”, „Powrotu do przyszłości”, czy „Goonies”; Ameryki
    konsumpcyjnie dominującej, ogłupiająco cukierkowej i ze wszech miar
    odrealnionej w warstwie społeczno-politycznej. W zasadzie syta prowincja jest
    tu awatarem lekko tylko pokrytej postmodernistycznym pudrem sztampowej dulszczyzny.
    Pospiesznie szkicowane tło społeczności sprowadzono do serii kolorowych zrzutów
    ekranu, przebitek ze zbiorowej pamięci kinomanów dorastających na przełomie
    końca lat 70. Wszystko podlane słodkim hamburgerowym sosem taniego
    efekciarstwa, dygającego w rytm starych dyskotekowych klasyków.

    Młodzi aktorzy odnajdują się w tym pastiszu znakomicie tam,
    gdzie scenariusz nie dociska ich, rzadkimi skądinąd, próbami psychologicznego
    pogłębienia obrazu kreowanych postaci. Siłą rzeczy najlepiej w stawce wypada
    Millie Bobby Brown, jako żywo przypominająca młodziutką Natalie Portman.
    Dziewczynka ma tu po prostu najwięcej do zagrania.

    Analogicznie wśród dorosłych aktorów najlepiej prezentuje
    się Ryder, której rola jest tak naprawdę pętlą powtarzającą dramatyczny tragizm
    przeżyć „Nastki”.

    Druga seria nie wnosi zasadniczo niczego nowego w warstwie
    dramatycznej. Scenarzyści kontynuują pastiszowy dryf. Mali bohaterowie tkwią w
    psychologicznej hibernacji, choć dla dziesięciolatka rok wypełniony skrajnie
    traumatycznymi przeżyciami to cała epoka. Dorośli (z nielicznymi wyjątkami) po
    staremu odgrywają role płaskiego tła, ani na moment nie łapiąc kontaktu z
    otaczającą ich rzeczywistością. Pociechy przemierzają swój mały świat na rowerkach,
    krążąc pomiędzy szkołą, salonem gier i lasami wokół wojskowego laboratorium,
    równie tajnego, co przekazywane przez zabawkowe krótkofalówki szyfry. Zbierają
    cukierki w Halloween, by następnego dnia towarzyszyć szeryfowi w trakcie
    nocnych eskapad pod bronią.

    Przygody, jak to przygody, czasem UFO spadnie, to znów mały
    kosmita zgubi się w lesie, deweloper postawi osiedle na indiańskim
    cmentarzysku, a z dalekich Chin ktoś sprowadzi legendarne futrzaki, które nie
    znoszą kąpieli. Tym razem twórcy po raz kolejny postanowili otworzyć wrota do
    innego wymiaru, gdzie rządzą wspomnienia (jak to ujął jeden z bohaterów) „z
    teraz”. Nikogo przecież nie interesuje historia amerykańskiej prowincji i
    zachodzących na niej przemian społecznych. Liczą się jedynie „wspomnienia”
    tego, czego (całkowicie abstrahując od wątku baśniowego) nigdy być nie mogło,
    ani tu, ani nawet tam. Udało się i można to obejrzeć bez bólu, choć jak na
    kilkanaście godzin projekcji obejmującej dwa sezony, scenarzyści wycisnęli z
    tego wszystkiego zaskakująco mało treści.

    Konwencja fantasy nie powinna być traktowana jako
    uniwersalne tłumaczenie wszelkiej fabularnej fuszerki. Swojsko prowincjonalnie,
    ale też trochę strasznie, za to bez udziału plastikowych straszydeł, jest np.
    we „Wszystkich właściwych posunięciach” (1983) z młodym Cruisem. Tam udało się pokazać
    znacznie więcej w niespełna dwie godziny.

  9. A nie wpadłeś autorze na to , ze skoro ma być trzeci sezon to własnie w nim rozwiną wątek ósemki i całej bandy lekarzy których chciała sie zemscic? Niby fan a piszesz takie glupoty, ze niby stworzyli ten wątek tylko po to zeby przeciągnąc spotkanie jedenastki , zastanów sie na drugi raz zanim zaczniesz pisac

  10. Zgadzam się całkowicie z autorem recenzji. Drugi sezon jest zdecydowanie gorszy od pierwszego, postać rurek dziewczyny zupełnie bez sensu i nic nie wnosi do fabuły. Podobnie wyprawa Jedenastki do “siostry” – zmarnowany odcinek, który w żaden sposób nie pasuje do reszty. Brak grozy i tajemniczości, brak tego podekscytowania z pierwszego sezonu. Jestem trochę rozczarowana, choć serial dobry, to pierwszemu sezonowi nie dorasta do pięt.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...