Dokładnie 17 lat temu świat usłyszał o Linkin Park

Artykuł/Muzyka 24.10.2017
Dokładnie 17 lat temu świat usłyszał o Linkin Park

Dokładnie 17 lat temu świat usłyszał o Linkin Park

Hybrid Theory pojawiła się w sprzedaży 24 października 2000 roku. Grzeczni chłopcy z Ameryki szybko stali się międzynarodowym fenomenem, kreując zupełnie nowy kierunek w muzyce rockowej. Dopiero śmierć kolegi zatrzymała ich fascynującą karierę.

Czy można stworzyć zespół rockowy, którego członkowie… cóż, nie do końca umieją grać na swoich instrumentach? No jasne, że tak. Czy taki zespół mogą stworzyć grzeczni, dobrze wychowani chłopcy, unikający imprez i mrocznych wpływów? To już jest trudniejsze. A czy taki zespół może stać się międzynarodowym fenomenem? To już jest niespotykane.

Linkin Park to trudna do scharakteryzowania grupa muzyczna. Gra bardzo prostą muzykę. Po części z uwagi na samą koncepcję zespołu, a po części z uwagi na fakt, że właściwie tylko jego wokaliści obdarzeni są jakimś większym talentem. Siłą Linkin Park nie okazały się skandale, wydumane solówki na gitarach czy złożone kompozycje.

Wbrew powszechnej opinii, o ich sukcesie nie zdecydowały również łagodne radiowe single, bo zanim te się pojawiły zespół zdążył się wybić na bardziej agresywnym graniu. Linkin Park od samego początku oferował słuchaczom dopieszczone brzmienie i jedyne w swoim rodzaju melodie. A wisienką na torcie była unikatowa – nawet jak na złote lata nu metalu – mieszanka hip-hopu i ciężkiego grania.

Wszystko zaczęło się od nietypowej przyjaźni.

Mike Shinoda, lider zespołu Linkin Park, przyjaźnił się w szkole średniej z niejakim Bradem Nelsonem. Obaj koledzy rozumieli się doskonale, bowiem obaj żywili wielką pasję do muzyki. Co prawda, ich gusty były totalnie rozbieżne – Shinoda kochał hip-hop, a Nelson preferował zespoły pokroju Guns N’ Roses czy Deftones – ale i tak dogadywali się na tyle dobrze, że w końcu postanowili zacząć razem muzyczny projekt. Nazywał się on Xero, Shinoda miał rapować, a Nelson grać na gitarze.

Szło im na tyle dobrze, że postanowili szybko rozbudować Xero o dodatkowe elementy. Do składu dołączył Rob Bourdon (perkusja), Joe Hahn (skrecz), Dave „Phoenix” Farell (bas) i Mark Wakefield (wokal). Radość z grania nie potrwała jednak długo: zespół wyraźnie nie dogadywał się z Wakefieldem, a Farell dostał muzyczny angaż i miał ruszyć w trasę z zespołem Tasty Snax.

Entuzjazm opadł dość szybko i prawdopodobnie na tym skończyłaby się historia Xero, jednak znalazł się ktoś, kto uwierzył w ten zespół. Tym kimś był Jeff Blue, wiceprezes wytwórni Zomba Music, który usłyszał nagrania demo Xero. Gdy dowiedział się, że grupa straciła wokalistę i jest na krawędzi rozpadu postanowił skontaktować ją z Chesterem Benningtonem z zespołu Grey Daze.

Blue wysłał Benningtonowi nagrania Xero, kilka z wokalem Wakefielda, a kilka w wersji instrumentalnej. Temu się tak spodobało brzmienie zespołu, że postanowił w domu dograć swoje partie wokalu do instrumentalnych nagrań i odesłać je z prośbą o przekazanie ich zespołowi. Dwa dni później został z dużym entuzjazmem zaproszony przez zespół na wspólne jammowanie.

Gdy Bennington zaśpiewał na żywo podczas przesłuchań, reszta kandydatów na nowego wokalistę wstała i wyszła.

Charakterystyczna barwa głosu i bardzo duże możliwości wokalne Benningtona – pisząc kolokwialnie – wymiotły wszystkich z kapci. Shinoda od razu wiedział, że lepszego wokalisty raczej już nie znajdzie. Talent Chestera był nie do zakwestionowania. Nie tylko jeśli o same zdolności techniczne, ale również wymyślanie linii melodycznych. Bennington był o kilka klas lepszy od pozostałych muzyków zespołu, wszyscy czuli, że z nim na pokładzie będzie można dokonać wielkich rzeczy.

Nie znalazłem informacji na temat tego, dlaczego Bennington wybrał Xero nad swoją poprzednią kapelę. Xero w nowym składzie zmienił swoją nazwę na Hybrid Theory, jednak po odkryciu, że istnieje już zespół Hybrid, ponownie zmieniono nazwę na Linkin Park. Gdy Blue usłyszał nowe brzmienie zespołu z Benningtonem na pokładzie, wiedział już, że w tych panów trzeba zacząć rzucać pieniędzmi, bo ta inwestycja zwróci się tysiąckrotnie. Linkin Park zaczął łączyć hip-hop i rocka stosując swoje własne podejście, różniące się od wyjątkowo modnego w tamtych latach nu metalu. A skoro nu metal podbija listy przebojów, to nic dziwnego, że zespół swoimi demówkami zwrócił uwagę jednej z największych wytwórni muzycznej na świecie. Ta była nimi zachwycona.

Linkin Park dostał pieniądze od Warner Bros. na nagranie, wydanie i wypromowanie płyty Hybrid Theory.

Wytwórnia dała zespołowi pełną swobodę artystyczną, z jednym zastrzeżeniem. „Wyróżnijcie się, te kapele śpiewają o niczym. O biedny, cierpiący ja, współczujcie mi. Wznieście się ponad to, teksty mają być dobre”. Shinoda i Bennington wzięli sobie tę radę do serca. Zespół nagrał płytę bez Farella, wspomagając się studyjnym basistą. Ta pojawiła się w sprzedaży 24 października 2000 r. Wytwórnia liczyła na umiarkowany sukces. A tymczasem pierwszy singiel, tak po prostu, podbił listy przebojów na całym świecie.

Tym singlem była agresywna piosenka One Step Closer, która szybko znalazła się w TOP 5 każdej liczącej się rockowej liście przebojów na świecie. Drugi singiel – Crawling, ciężki utwór o mało przystępnej tematyce i bardzo wymagającej linii wokalnej – zwrócił uwagę również i poważanych krytyków, którzy do tej pory ignorowali zespół. Ponownie trafił do TOP 5 list przebojów.

Trzecim singlem był Papercut. Ten już nie był takim medialnym sukcesem, jednak było to spodziewane przez zespół. Piosenka ta była pisana z myślą o koncertach, a wydanie jej jako singiel miało zaznajomić publikę z melodią i tekstem, by ta mogła potem szaleć podczas występów na żywo.

Czwarty singiel z Hybrid Theory to lekka, radiowa ballada In The End. Co ciekawe, Bennington kilkukrotnie powtarzał, że to bardzo słaby numer i że w ogóle nie powinien znaleźć się na płycie. In The End stał się tymczasem najbardziej rozpoznawalnym utworem zespołu po dziś dzień, trafiając na sam szczyt większości list przebojów.

Branża muzyczna obsypała Hybrid Theory licznymi nagrodami. Całkiem nieźle, jak na debiut.

Hybrid Theory zdobył Grammy i nagrodę od MTV, a największe zespoły rockowe na całym świecie – w tym Metallica czy Ozzy Osbourne – zaprosili Linkin Park do wspólnych tras koncertowych. Płyta Hybrid Theory stała się najlepiej sprzedającym się wydawnictwem muzycznym 2001 roku.

Co było dalej? To temat na osobną opowieść. Trzeba jednak przyznać, że Linkin Park nigdy nie przestał bawić się muzyką. Zdarzały mu się, jak wszystkim, mniej lub bardziej udane wydawnictwa, jednak na każdym z nich widać było wyraźne postępy w wyobraźni muzycznej Shinody i Benningtona. To nie tylko wyjątkowo ciekawy duet wokalny, ale również para świetnych kompozytorów.

Co prawda, zespół ten nigdy też nie wyszedł poza swoją strefę komfortu jakim jest dość przystępne granie. Fani thrash metalu czy innych ambitniejszych i bardziej agresywnych gatunków ciężkiego grania do dziś lubią sobie stroić żarty z fanów Linkin Park. Na dodatek reszta zespołu nigdy nie nauczyła się grać bardziej skomplikowanych aranży na swoich instrumentach (albo bardzo skrzętnie to ukrywa). Tyle że… zupełnie mi to nie przeszkadza. Hybrid Theory to pierwsza z wielu świetnych płyt tego zespołu.

Chciałbym napisać, że czekam na więcej. Niestety, 20 lipca bieżącego roku Chester Bennington odebrał sobie życie. Plany na przyszłość Linkin Park nie są jasne. Prawdopodobnie zespół będzie szukał nowego wokalisty i nawet jeśli coś z tego wyjdzie dobrego, to będzie to najprawdopodobniej – siłą rzeczy – zupełnie inny styl i brzmienie. W niczym nie przypominające tego, czego możecie posłuchać poniżej:

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (16)

68 odpowiedzi na “Dokładnie 17 lat temu świat usłyszał o Linkin Park”

  1. “Fani thrash metalu czy innych ambitniejszych i bardziej agresywnych gatunków ciężkiego grania do dziś lubią sobie stroić żarty z fanów Linkin Park.” Linkin Park to jest gatunek muzyczny. Coś czego wcześniej nie było. I wielbiciele grania wiertarkami na koncertach mogą się śmiać ale in the end to kasa, którą zarobił Linkin Park pewnie wywoływała u nich jedynie łzy zazdrości ;-)

    • Linkin Park razem z KoRnem i Limp Bizkit stworzyło nową odmianę metalu – nu-metal. Dużo osób już nie pamięta tej nazwy ;) Dla mnie zdecydowanie łatwiej przyswajalny gatunek niż np. trash metal czy death metal.

    • Tak to już jest z fanami muzyki. Fani Linkin Parku będą się śmiać z fanów Katy Perry, a fani Metallicy będą się śmiać z fanów Linkin Parku. Ludzie śmiejący się z fanów Metallicy też oczywiście się znajdą. Jedni będą słuchać extrem brutal black metalu, a każda inna lżejsza odmiana, będzie według nich muzyką dla pozerów i frajerów. Z kolei inni będą śmiać się z nich, że słuchają tego swojego charczenia pozbawionego muzyki. Dla jednych, np. viking albo power metal jest epicki, dla innych pompatyczny i kiczowaty.

      • Mnie chyba rozbawiła inna kwestia. Mam kumpla, który grał kiedyś w kapeli trashmetalowej. Nawet z niezłym sukcesem bo koncertowali także poza granicami Polski przy wielotysięcznej widowni. W każdym razie pamiętam jak na próbach napierdzielali na tych wiertarkach a wokalista wył do mikrofonu teksty po angielsku mimo, że ich nie rozumiał bo angielskiego nie znał wcale. Teksty pisane dosłownie w taki sposób: aj łil kil jor mader ;-) I jak przeczytałem tekst “fani trash metalu czy innych ambitniejszych” to się roześmiałem ;-) Bo ambitniejsze od trash metalu to jest nawet gdakanie kury ;-)

        • “Bo ambitniejsze od trash metalu to jest nawet gdakanie kury ;-)/’
          Całą tą opinię opierasz na tym, że masz kumpla, który kiedyś grał w jakimś zespole trashmetalowym, w którym śpiewali piosenki w stylu “aj łil kil jor mader”.
          To trochę tak jakbyś posłuchał bonusa bgc, po czym stwierdził, że rap to gówno.

          I trash metal na pewno jest ambitniejszy od zespołów typu Linkin Park, jeśli spojrzeć na to od technicznej strony. Trash metal to techniczna gra na gitarze, efekciarskie solówki, a Linkin Park pod tym względem.. no właśnie :)

          • O ambicji może świadczyć wewnętrzne przekonanie autora a nie zewnętrza opinia obserwatorów. Słucham prawie każdej muzy prócz jazzu i trashmetalu, które na trzeźwo uważam za rodzaj tortur a nie muzyki ;-) W każdym razie dla odbiorcy nie ma najmniejszego znaczenia w jaki sposób gitarzysta wykorzystuje narzędzie – dla odbiorcy istotny jest zadowalający efekt końcowy. Czyli fala dźwiękowa, która dociera do jego mózgu za pośrednictwem ucha. A to, że jednym sprawia przyjemność dźwięk wiertarki udarowej a innym dźwięk uderzenia młoteczka w strunę fortepianu to kwestia osobnicza. I nie ma nic wspólnego z ambicją ;-)

          • ” dla odbiorcy nie ma najmniejszego znaczenia w jaki sposób gitarzysta wykorzystuje narzędzie”

            Ma, jest sporo ludzi, których jara słuchanie solówek, w których gitarzysta wykonuje różne cuda na gitarze. W ogóle często wirtuozi gitary lubią się popisywać, czego to oni tymi palcami nie potrafią, i to się sprzedaje.

            “dla odbiorcy istotny jest zadowalający efekt końcowy.”
            No i ten efekt końcowy, dla wielu może być zadowalający, o ile gitarzysta potrafi coś więcej niż tylko chwycić 3 akordy.

          • Jak Jurek Styczyński macha palcami po gitarze to wiele osób się jara słuchając jego gry. Ale jara się efektem końcowym czyli falą dźwiękową wytworzoną przez drgająca strunę. Jurek ma swoje lata, nie jest wybitnie przystojny więc nikt się nie jara tym jak się wygina przy gitarze tylko muzyką, którą wytworzył. Gdyby potrafił grać na gitarze fiutem i efekt byłby podobny to też by się jarali. Ale nie dlatego, że gra fiutem na gitarze ale dlatego, że odbierają przyjemne dla nich drgania fali dźwiękowej. Zresztą najlepszy przykład to Mili Vanili – goście grzali z playbacku a fani srali ze szczęścia, że mogą posłuchać takiej rewelacyjnej muzy ;-) Bo nie liczy się kto jak się wygina i czym szarpie druta a to co dociera do ucha odbiorcy.

          • Nie chodzi mi o to jak ktoś się wygina podczas grania na gitarze, tylko jak wygina palcami. Np. taki Yngwie Malmsteen, jego muzyka jest przekombinowana, czy nazwijmy to “przewirtuozowana”, a ma bardzo dużą rzeszę fanów. I tu oprócz samej fali dźwiękowej, również znaczenie ma jak szybko i, jak trudne technicznie elementy gra podczas koncertów.

          • Ale jakie znaczenie ma to czy gra trudne technicznie elementy!? ;-) Znajdę ci milion przykładów trudnych techniczne elementów, których normalne ucho nie da rady wysłuchać bo taka kakofonia z tego wychodzi. Mózg jest odbiornikiem muzyki za pośrednictwem ucha. Do ucha docierają tylko fale dźwiękowe. A potem mózg przetwarza te fale dźwiękowe albo na dopaminę albo na jej przeciwieństwo. I nie ma najmniejszego znaczenia kto gra i na czym. Ważne są odczucia spowodowane tą falą. Albo jest ci przyjemnie albo chujowo. I cała filozofia ;-) Nie dawaj przykładów Malmsteenów bo w naszym świecie “każda potwora znajdzie swego amatora”. Dla jednych muzyka Malmsteena to wirtuozeria a dla innych to jedynie rzemieślnictwo, którym nie ma co się podniecać. Mówimy o rzeczach subiektywnych, które nie mają żadnego związku z racjonalnym pojmowaniem rzeczy. Wierzę, że komuś naprawdę może się podobać szarpanie druta trashmetalowca chociaż sam uznaję to za bliższe przypadkowego efektu padaczkowego ;-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...