“Opiekunka” to krwawa wersja “Kevina samego w domu” przebrana w kino klasy C – recenzja Spider’s Web

Recenzje/Film 16.10.2017
Nasza ocena:
“Opiekunka” to krwawa wersja “Kevina samego w domu” przebrana w kino klasy C – recenzja Spider’s Web

“Opiekunka” to krwawa wersja “Kevina samego w domu” przebrana w kino klasy C – recenzja Spider’s Web

Advertisement

Fani syropu klonowego, gołych klat, seksownych licealistek i satanistycznych rytuałów, łączcie się! Netflix ma dla was film w sam raz na zimną, jesienną noc grozy.

“Opiekunka” to film, po który w większości sięgną widzowie świadomi tego, co będą oglądać. Ekspansja Netfliksa tym razem dosięgnęła ludzi głodnych mocnych wrażeń i rozkochanych w klasycznych slasherach z lat 80.

Ducha tamtych produkcji da się w filmie McG wyczuć z łatwością, choć reżyser nie omieszkał też opakować “Opiekunki” w iście wideoklipową formę, która przemówi przede wszystkim do pokolenia Instagrama. McG wielkim twórcą nie jest, ale ma na swoim koncie kilka całkiem sporych hollywoodzkich produkcji (chociażby “Aniołki Charliego”), tak więc dość świadomie bawi się motywami oraz filmowymi środkami.

Bohaterem filmu jest dwunastoletni Cole, do którego nadal, pod nieobecność rodziców, przychodzi opiekunka. Mało kto jednak się śmieje, gdyż owa opiekunka, Bee, to nadzwyczaj atrakcyjna licealistka, za którą ogląda się niejeden mężczyzna, bez względu na wiek.

Bee wydaje się być dziewczyną idealną. Jest totalnie wyluzowana, można z nią porozmawiać o filmach (sypie cytatami z “Ojca chrzestnego” i lubi science-fiction), a do tego sprawia wrażenie po prostu normalnej.

Zbyt piękne, by było prawdziwe? Okazuje się, że tak. Jednej nocy Cole podpatruje co Bee robi, wtedy gdy dziewczyna myśli, że chłopiec śpi. Na własne oczy widzi jak jego opiekunka… zaczyna odprawiać satanistyczne rytuały wraz ze swoimi znajomymi.

Oczywiście, “Opiekunka” to film, który jest w pełni świadomy siebie i tego, że nie jest pierwszoligowym kinem. Era świadomych siebie straszaków minęła jednak już jakiś czas temu, a więc horror Netfliksa nie przeciera pod tym względem żadnych nowych szlaków. I chyba nie chce. To po prostu zabawa z formą. Nie brak tu hektolitrów krwi, makabry, przebijania głów, postrzelonych piersi, i tym podobnych momentów, z których od dekad słyną slashery.

Dostajemy film, który w latach 90. moglibyśmy niechcący znaleźć w mniej obleganych miejscach na półce w wypożyczalniach kaset wideo.

Dodatkowo całość ujęta jest w komediowy nawias i opatrzona dialogami jak najbardziej na czasie: „Co się dzieje jak ktoś umiera? Traci swoich followersów na Instagramie” – to jeden z bardziej udanych tekstów z filmu. I trochę w takim tonie utrzymana jest cała “Opiekunka”.

Horror Netfliksa jest więc niczym innym jak recyclingiem wszystkich znanych nam straszaków.

To działanie formalne udało się połowicznie – u trochę starszego i wyrobionego widza, poza lekkim muśnięciem sentymentu, nie wywoła większych emocji. Większość zwrotów akcji i zabiegów mających na celu wystraszenie, to oklepane chwyty. Ogląda się to nie najgorzej, choć też “Opiekunka” chwilami jest zbyt efekciarska.

Z kolei dla młodszych widzów, którzy wraz z mlekiem matki karmili się Snapchatem, a do rozmów używali głównie FaceTime’a, slasher od Netfliksa może być całkiem ciekawym doświadczeniem. I być może nawet pierwszym kontaktem z tego typu kinem, dzięki któremu trafią na lepsze pozycje z gatunku horroru.

“Opiekunka” to specyficzne kino. Seans w większym gronie znajomych i pod wpływem paru procentów może dodatnio wpłynąć na odbiór filmu, ale tu już wszystko rozchodzi się o warunki w jakich go oglądamy. Na pewno nie można odmówić Netfliksowi tego, do jak szerokiego grona stara się dotrzeć swoją ofertą i jak różnych gatunków się podjął, choćby tylko przez ostatnie dwa miesiące. A to zapewne dopiero początek.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (3)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...