Kompozytor muzyki filmowej też opowiada historię. Rozmawiamy z Jamesem Newtonem Howardem

Wywiad/Film 06.10.2017
Kompozytor muzyki filmowej też opowiada historię. Rozmawiamy z Jamesem Newtonem Howardem

Legendarny kompozytor  James Newton Howard, znany z muzyki do takich filmów jak “Szósty zmysł”, Mroczny Rycerz” czy “Igrzyska śmierci”, przyjechał do Polski. Przygotowuje się właśnie do listopadowej trasy koncertowej, podczas której dwa razy zagra w naszym kraju. Rozmawiałem z nim o jego życiu, twórczości i filmach. 

Muzyki Jamesa Newtona Howarda będzie można posłuchać na żywo już 26 listopada w TAURON Arenie w Krakowie oraz 27 listopada na warszawskim Torwarze.

Hollywoodzki kompozytor szuka, także w Polsce, wokalistki, która podczas koncertów zaśpiewa utwór The Hanging Tree. W filmie “Igrzyska śmierci: Kosogłos cz. 1” wykonywany był przez Jennifer Lawrence (tutaj możecie zgłaszać swoje kandydatury).

Z James Newtonem Howardem spotkałem się pod koniec września, w warszawskim hotelu Bristol. Fanem jego muzyki byłem od dawna, ale nawet nie przypuszczałem, że okaże się tak miłym i skromnym człowiekiem, który z chęcią podzielił się ze mną historią swojego życia.

Przemysław Dobrzyński: Czy pamiętasz pierwszą piosenkę, którą usłyszałeś i polubiłeś?

James Newton Howard: O rany, to od razu zdradzi mój wiek. Mówimy tu o podróży pół wieku wstecz. Pomyślmy. To było prawdopodobnie w roku 1955. Śpiewał wtedy znakomity artysta country Tennessee Ernie Ford, a piosenką, o którą pytasz było 16 Tons w jego wykonaniu. To utwór o pracy w kopalni węgla. Uwielbiałem ją jako dzieciak, miała niezwykle chwytliwą i skoczną linię melodyczną. Opowiadała o codziennej, przyziemnej rzeczywistości klasy robotniczej, więc z łatwością przemawiała właściwie do każdego.

Kiedy wiedziałeś, że chcesz zostać profesjonalnym muzykiem?

To jedyna rzecz jaką umiem robić i w jakiej jestem naprawdę dobry. Od kiedy miałem 4 lata zacząłem ćwiczyć grę na fortepianie. Od tego czasu do momentu studiów wokół muzyki kręciło się całe moje życie, nie widziałem dla siebie innej drogi. Wszystko wskazywało na to, że zostanę pianistą. Ale też nigdy nie była to w pełni świadoma decyzja. To się po prostu wydarzyło.

A jak wyglądały twoje początki w branży muzycznej?

Jak mówiłem wcześniej, na początku byłem klasycznym pianistą. Następnie dostałem ofertę gry na keyboardzie w zespole, z którym mieliśmy nagrać płytę, ale niemalże w tym samym czasie pojawiła się okazja dołączenia do zespołu Eltona Johna. Oczywiście skorzystałem z niej i moje życie, jak można się domyślić, zmieniło się o 180 stopni. Miałem wtedy ledwie 23 lata. Z Eltonem pracowałem w studiu i podczas występów na żywo, a to z kolei otworzyło moje drzwi do całkiem udanej kariery muzyka sesyjnego (James Newton Howard nagrywał wówczas z takimi artystami jak Ringo Starr, Carly Simon, Neil Diamond, Toto, przyp. autora). Pisałem też teksty, wyprodukowałem kilka utworów i w okolicach 1984 roku zaproponowano mi pracę przy filmie (była to produkcja HBO z 1985 roku pod tytułem „Centrala” przyp. autora).  Z Eltonem jesteśmy w ciągłym kontakcie. Praca z nim naprawdę wiele mi dała i bardzo dużo nauczyła w temacie produkcji muzycznej.

Młody James Newton Howard, pierwszy z lewej, u boku Eltona Johna w połowie lat 70.

Czy jesteś w stanie, o ile to w ogóle możliwe, opisać swój proces komponowania muzyki?

Hmm… Wydaje mi się, że w przypadku każdego muzyka wygląda to podobnie. Mówimy tu więc o przeróżnych formach strumienia świadomości.  Podczas pracy nad filmem, oglądam jego surową wersję i po chwili wyłączam, a następnie zaczynam improwizować. Moim zdaniem kompozycja muzyczna to umiejętność rozpoznania, kiedy twoja improwizacja jest naprawdę dobra. Podczas grania nagle stwierdzam, że dany fragment naprawdę mi się podoba, więc zaczynam grać go ponownie kilka razy i następnie zapisuję go na papierze. I potem kolejne, aż powstanie z tego większa układanka. Następnie, mając te kilka, bądź kilkanaście muzycznych pomysłów (część trwa kilka minut, inne po kilkanaście sekund), ponownie włączam film i konfrontuje go z muzyką.

Jaka jest różnica pomiędzy pisaniem muzyki do, np. “Szóstego zmysłu” i “Mrocznego Rycerza”?

Kompozytor, podobnie jak filmowiec, opowiada pewną historię, tyle że poprzez muzykę. Jeśli nie potrafisz opowiadać historii, to nie będziesz dobrym kompozytorem. “Szósty zmysł” miał w sobie wiele pokładów metafizyki, subtelności. To w żadnym razie nie horror, choć miał chwilami straszne momenty, a raczej bardzo emocjonalnie naładowana opowieść. Moją największą obawą przy pisaniu muzyki do “Szóstego zmysłu” było odpowiednie wyczucie tych emocji. Straszne momenty mówią same za siebie. M. Night Shyamalan tak skonstruował np. sceny z matką w kuchni czy dziewczynką pod łóżkiem, że robiłyby one wrażenie nawet bez jakiejkolwiek muzyki. A ja chciałem przede wszystkim, by poprzez moją muzykę ludzie poczuli samotność głównego bohatera filmu.

“Mroczny Rycerz” był z kolei kolaboracją z Hansem Zimmerem. To zupełnie inna bajka. Nie tylko ze względu na to, że charakter filmu jest zupełnie inny niż w przypadku “Szóstego zmysłu”, ale głównie przez to, że nie współpracowałem wcześniej z innym kompozytorem pracując przy filmie. Z początku nie byłem pewien czy chcę to zrobić. Pisanie muzyki traktowałem osobiście, to mój prywatny proces.

Przy “Mrocznym Rycerzu” Hans i ja zaczęliśmy wymieniać się pomysłami już na bardzo wstępnym etapie produkcji filmu. To z kolei wprowadziło niepokój, jako że nie czułem się komfortowo z pokazywaniem swoich kompozycji i pomysłów tak wcześnie i w fazie dalekiej od finalnej wersji. Ale okazało się to znakomitym doświadczeniem. Chyba w dużej mierze dzięki dualizmowi i schizofrenii postaci samego Batmana, który raz musi być Człowiekiem Nietoperzem, a innym razem odgrywać przed światem Bruce’a Wayne’a. W jakimś sensie wydaje mi się, że, także od strony muzycznej, podzieliliśmy się z Hansem tymi dwoma personami – Zimmer był Batmanem, a ja bardziej Bruce’em Wayne’em.

Jakiś czas temu dowiedziałem się, że John Williams nigdy nie oglądał żadnej części “Gwiezdnych Wojen”. A ty oglądasz skończone filmy ze swoją muzyką?

Bardzo rzadko. Raz na jakiś czas, gdy pojawią się w telewizji, zdarza mi się obejrzeć któryś przez dłuższą chwilę, ale przeważnie nie w całości. Wydaje mi się, że tym, co chciał przekazać John Williams, było poczucie, że kompozytorzy nie chcą za często wracać do swoich skończonych dzieł, tym bardziej, że zawsze porównujemy się do muzyków tworzących przed nami. A trudno byśmy uznali, że nasze twory są lepsze od dzieł np. Czajkowskiego czy Strawińskiego. Bywa też tak, że pisanie muzyki dla danego filmu mogło być ciężką przeprawą i zwyczajnie nie chcemy do tego ponownie wracać. Albo zwyczajnie włącza się nam lampka perfekcjonisty, która zaczęłaby co chwila komunikować nam, że moglibyśmy daną scenę zrobić lepiej.

Spośród twoich ostatnich dzieł, moją uwagę zwróciła kompozycja do filmu “Wolny strzelec”. Co zainspirowało cię w tym przypadku?

“Wolny strzelec” to opowieść o psychopacie i gdy zacząłem pracę nad muzyką do tego filmu, to w głowie miałem ideę klasycznego thrillera. Natomiast reżyser, Dan Gilroy, chciał, bym wszedł w głąb umysłu głównego bohatera. A w jego głowie on jest postacią pozytywną. Za każdym razem, gdy przemieszcza ciała nieboszczyków, tak by uzyskać jak najlepsze ujęcie, uznaje to za wielki sukces, który chce celebrować. To tworzyło fascynujący dysonans pomiędzy tym, co oglądał na ekranie widz i co mógł usłyszeć. Mogliśmy patrzeć na straszne rzeczy dziejące się przed naszymi oczami, ale muzyka za każdym razem brzmiała jak odgłosy triumfu. Chciałem, by dźwięki były głównie elektroniczne. I to się udało. Naprawdę, spośród moich ostatnich dokonań akurat muzyka do Wolnego strzelca najbardziej ci się podobała?

Tak, była zupełnie inna niż to, czego się spodziewałem i to, co przeważnie można usłyszeć w hollywoodzkich filmach, dużych czy małych.

Ale rozumiem, że lubisz muzykę komponowaną na orkiestrę?

Tak, tylko większość filmów ma ścieżki dźwiękowe rozpisane na orkiestry, tak więc dla mnie muzyka do “Wolnego strzelca” była naprawdę ciekawą odmianą i powiewem świeżości, które udało ci się osiągnąć poprzez syntezatorowe muzyczne pejzaże oraz gitary.

Interesujące. Skończyłem właśnie pisać muzykę do kolejnego filmu Dana Gilroya. Nosi on tytuł “Roman J. Israel” z Denzelem Washingtonem w roli głównej i w tym przypadku również zamiast orkiestry skupiłem się na mniejszym, ale interesującym instrumentarium, liczę, że ci się spodoba.

Moim zdaniem muzyka jest jednym z najważniejszych elementów całego doświadczenia filmowego. Często potrafi wynieść nawet średni film o poziom wyżej. Czy w związku z tym czujesz się tym bardziej odpowiedzialny za swoją pracę?

Tak. Traktuję to bardzo poważnie. Możliwość życia z pisania muzyki jest dla mnie czymś niezwykłym i czuję się wielkim szczęściarzem, że mogę to robić zawodowo i na tym zarabiać pieniądze. Za każdym razem, gdy piszę ścieżkę dźwiękową do filmu naprawdę staram się stworzyć najlepszą muzykę, jaką kiedykolwiek napisałem. Ale tego typu odpowiedzialność całkiem mocno uderza też w moje ego. Świadomość tego, że studio produkujące film za 200 milionów dolarów, które może mieć każdego kompozytora, wybiera właśnie mnie, sprawia, że z jednej strony czuję, że moje ego jest potężnie połechtane, ale z drugiej motywuje mnie to do wykonania jak najlepszej roboty.

Słuchasz dużo muzyki prywatnie?

Gdy komponuję muzykę do filmu, to wtedy nie słucham nic poza tym. Jestem kompletnie skupiony na pracy. Zresztą moje uszy nie są w stanie przyjąć więcej dźwięków. Po skończeniu pracy nad filmem, moim głównym źródłem kontaktu z muzyką jest radio i moje dzieci, które udostępniają mi swoje playlisty. Jestem pod wielkim wrażeniem walorów produkcyjnych współczesnej muzyki. Nawet gdy niekoniecznie spodoba mi się dana piosenka, która jest obecnie na topie, to w większości przypadków są to utwory z naprawdę ciekawymi przestrzeniami dźwiękowymi i pomysłami. Staram się nie słuchać dzieł innych kompozytorów muzyki filmowej, by się nie inspirować, nawet nieświadomie, albo by nie zdyskredytować swojej pracy, gdy porównanie z kimś mogłoby wyjść dla mnie na niekorzyść.

Co sądzisz o obecnym przemyśle muzycznym?

Szczerze mówiąc, nie orientuję się za bardzo, czy coś takiego w ogóle istnieje, przynajmniej w tej formie co kiedyś. Ja byłem produktem przemysłu opartego na wytwórniach płytowych. Obecnie widzę, że pojawia się bardzo dużo muzyki, w większości marnej jakości. Spośród tej ilości dźwiękowej kakofonii da się wydobyć parę diamentów, ale też wydaje mi się, że mimo wszystko jest im trudniej niż dawniej.

Dla przykładu, gdy w latach 70. czy 80. udało się jakiemuś wykonawcy czy zespołowi wybić na tyle, by podpisać kontrakt z wytwórnią i nagrać płytę, to gdy nie sprzedała się ona dobrze, wytwórnia nadal wspierała tych artystów. Nagrywali oni dla nich trzy czy cztery kolejne płyty i w ten sposób budowali swoje kariery, czasem osiągając wielkie sukcesy. Dziś trzeba się przebić przez ogromną liczbę konkurencji (programy muzyczne, kanały na YouTube itp.) i jak masz wiele szczęścia, to udaje ci się nagrać ogromny przebój na potężną skalę. Ale gdy twoje kolejne single czy drugi album nie znajdą ponownie takiego zainteresowania, to znikasz na zawsze. Gdzieś zgubiliśmy tę cechę żywotności w branży muzycznej. Wszystko nastawione jest na doraźną konsumpcję tu i teraz, nikt za bardzo nie zastanawia się nad budowaniem karier na lata.

Ale nie uważasz, że chociażby YouTube czy Spotify oraz inne tego typu platformy, nie dają więcej szans na zaistnienie w branży, niż to miało miejsce kiedykolwiek wcześniej?

Poniekąd masz rację. Obecnie, po raz pierwszy w historii, żyjemy w czasach, w których nie trzeba być profesjonalnym muzykiem czy kompozytorem, by nagrać płytę. Są ludzie, którym wystarczy podstawowy sprzęt i laptop w domowym zaciszu i potrafią z tego stworzyć naprawdę ciekawą muzykę. Ale wspomniane przez ciebie platformy każdego dnia oferują tyle nowej muzyki i wykonawców, że nie da się realnie tego wszystkiego ogarnąć i z łatwością znaleźć. Trzeba czasem poświęcić sporo czasu, żeby trafić na coś rzeczywiście wartościowego, a nie każdy owym czasem dysponuje.

Ale abstrahując od tego aspektu, coraz częściej docieram do naprawdę ciekawych i interesujących wykonawców, choć też czasem niepokoi mnie to, że w wielu przypadkach ich “muzyczna baza”, czyli znajomość historii muzyki i jej standardów jest dość płytka i krótka. Często słychać w ich utworach, że ich inspiracje nie są zbyt szerokie i różnorodne.

A jaki jest twój stosunek, jako muzyka, do serwisów takich jak np. Spotify?

Wiem, że powinienem być nieprzychylnie nastawiony do Spotify, jako że nie zarabiam na udostępnianiu tam moich kawałków praktycznie żadnych pieniędzy. Natomiast uważam, że to jest naturalna ewolucja w zakresie konsumpcji muzyki. Nie da się tego zatrzymać. Idea zakładająca, że mamy jeden wielki serwis, do którego dokłada się drobnymi sumami każdy użytkownik i potem w zamian może sobie ściągać muzykę swoich ulubionych wykonawców, brzmi dla mnie fair.

Ale oczywiście rozumiem artystów, którzy nie są fanami tego typu modelu biznesowego i zostali nawet przez niego pokrzywdzeni. Ostatnio Donald Fagen z zespołu Steely Dan wypowiedział parę gorzkich słów w tym temacie, bo ma już swoje lata i nie bardzo ma siłę udać się w trasę koncertową, a musi, bo z samej sprzedaży muzyki nie jest w stanie zarobić żadnych pieniędzy.

Możesz mi opowiedzieć o swoich następnych projektach?

Jasne. Nadchodzi całkiem pracowity rok dla mnie. W pierwszej kolejności – “Czerwona jaskółka”. Moja kolejna po “Igrzyskach śmierci” współpraca z reżyserem Francisem Lawrence’em i mój kolejny film z Jennifer Lawrence w roli głównej. Napisałem na potrzeby “Red Sparrow” dwie godziny muzyki. W październiku zaczniemy to nagrywać w Londynie. A sam film jest świetny, bardzo intensywny, wręcz może szokować. Liczę, że moja muzyka tylko podbije to napięcie.

Następnie, “Dziadek do orzechów” Disneya. W tym przypadku muzykę również już napisałem, natomiast przed nami jeszcze nagrywanie. Będzie to mikstura Czajkowskiego i mnie. A potem, “Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć 2”, do których zdjęcia już ruszyły, natomiast ja nad muzyką zacznę pracę prawdopodobnie w marcu.

Ale na tym nie koniec, bo podpisałem niedawno kontrakt na napisanie muzyki do “Fantastycznych zwierząt… 3” z wyznaczoną datą premiery na 2020 rok, także jeszcze trochę popracuję, o ile wszyscy ciągle jeszcze tu będziemy z Donaldem Trumpem jako prezydentem.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement