Nawet defibrylator nie ożywiłby Linii życia – recenzja Spider’s Web

Recenzje/Film 30.09.2017
Nasza ocena:
Nawet defibrylator nie ożywiłby Linii życia – recenzja Spider’s Web

Czy istnieje życie po śmierci? Linia życia stara się odpowiedzieć na to pytanie. Niestety, robi to w sposób tak chaotyczny, że łatwo jest zgubić główny wątek. 

Linia życia to remake obrazu z 1990 roku pod tym samym tytułem. Remake bardzo wierny, bo choć aktorzy się zmienili, to odgrywają praktycznie te same postaci i mierzą się z takimi samymi wyzwaniami. Czy nowe, bardzo dobre efekty specjalne to wystarczające uzasadnienie dla stworzenia kopii?

Kopia gorsza od oryginału.

Film bierze na warsztat dość już wyświechtaną tematykę eksploracji życia po śmierci. Studenci medycyny zaszywają się w podziemiach szpitala, aby kolejno zatrzymywać sobie akcję serca i w ten sposób doprowadzić się do śmierci klinicznej. Kilka minut w zaświatach zmienia nieco ich osobowości, ale przywołuje też duchy z przeszłości. Walka z nimi to główny motor napędowy fabuły.

Film czerpie pełnymi garściami nie tylko ze swojego poprzednika, ale też z… Doktora House’a. Kiefer Sutherland w Linii życia gra bowiem podstarzałego, despotycznego diagnostę chodzącego o lasce. Ale moment… Sutherland był przecież głównym bohaterem oryginału. Pojawia się pytanie, jaki ma związek ze studentami, którzy popełniają jego błędy z przeszłości?

To tylko jedno z pytań, na które film nie daje odpowiedzi. Czym są maszkary nawiedzające studentów? Czy to demony, a może tylko halucynacje? Raz Linia życia zdaje się biec w jednym kierunku, aby później odbić w zupełnie inną stronę i zmienić zasady gry.

Lepszym tytułem byłby więc Zygzak życia. Nielogiczności w tworzeniu reguł świata nadprzyrodzonego to mój największy zarzut.

Linia życia nie wie, czy jest thrillerem, filmem sci-fi czy może horrorem z elementami komedii.

Gatunki zmienia jak rękawiczki. W jednej scenie bohater jest dźgany nożem w rękę, aby w kolejnej – po jednym, szybkim cięciu – siedzieć z kolegami w barze. Kilka ujęć na bohaterów tłumaczących widzom co się ich zdaniem dzieje i lądujemy w kostnicy, która – zgadliście – ożywa!

Strachy są najjaśniejszym elementem Linii życia. Choć nie mogą się pochwalić wyrafinowanym kunsztem, to kilka razy zdarzyło mi się podskoczyć w fotelu. Nierealne lokacje są doskonałe i nieco schładzają krew (do zmrożenia jeszcze daleko). A to dlatego, że zaczynamy się martwić o bohaterów.

Gra aktorska to jeden z niewielu elementów, które sprawiają, że nie traktuję czasu spędzonego w kinie jako stracony.

Mimo dziur w scenariuszu, Ellen Page przedstawiła świetną kreację dążącego do poznania prawdy naukowca, który w istocie chce tylko uśmierzyć ból po stracie bliskiej osoby. Świetny jest także racjonalny Diego Luna (od czasu Gwiezdnych Wojen, to jeden z moich ulubionych aktorów) i pyszałkowaty James Norton, który rzuca sucharami na prawo i lewo.

Nie są oni jednak w stanie uratować obrazu, który trwa zdecydowanie zbyt długo. Po 70 minutach duża część sali zaczęła już zerkać na komórki, aby sprawdzić ile jeszcze do napisów końcowych. Winiłbym za to nie tylko niekonsekwencje w wyborze gatunku, bo wielu filmom z powodzeniem udaje się przeskakiwać z jednego na drugi (np. To), ale również próbę wciśnięcia kolejnych motywów do przeładowanego scenariusza.

Linia życia jest jak ciasto składające się tylko z nadzienia.

Już sama tematyka życia po śmierci jest na tyle ciekawa, że jej eksploracja powinna zapełnić cały film i nie nudzić. Tutaj zajmujemy się nią przez pierwsze 20 minut. Później bawimy się nadnaturalnymi zdolnościami, aby szybko przeskoczyć do kwestii winy i kary. Finalnie nie wiem, co właściwie twórcy chcieli pokazać w Linii życia.

Jeśli od filmów nie wymagacie wielkiego przekazu, Linia życia nie powinna was aż tak bardzo znudzić.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (5)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...