Nie jestem pewien, czy świat nadal potrzebuje Jaya i Cichego Boba

Felieton/Film 28.08.2017
Nie jestem pewien, czy świat nadal potrzebuje Jaya i Cichego Boba

Nie jestem pewien, czy świat nadal potrzebuje Jaya i Cichego Boba

Kevin Smith był prawdziwym buntownikiem nowoczesnego kina. Jego alternatywne, punkowe wręcz podejście do kręcenia przysporzyło mu wielu fanów. Obawiam się jednak, że najlepsze czasy ów reżyser ma już za sobą, a jego nowy projekt powoduje głównie wzruszenie ramion.

Twórczość Kevina Smitha poznałem za sprawą Sprzedawców i… było to dla mnie prawdziwe objawienie. Miałem przed oczyma film zrealizowany za śmieszne pieniądze, a i tak produkcja posiadała ciekawy wizualny styl. Prawdziwą perełką były jednak dialogi. Nawet nie scenariusz, a kwestie głównych postaci. Oglądając Sprzedawców, jak i później dowolny film Smitha (do pewnego momentu jego kariery twórczej, ale o tym za chwilę), można było turlać się po podłodze ze śmiechu.

Kevin Smith jest mistrzem dialogów. W swoich filmach niesłychanie umiejętnie i zręcznie łączy żarty najniższych lotów ze złożonym humorem sytuacyjnym, ciętą ripostą i całkiem poważnymi tematami. Dodaje do tego niejednokrotnie wzruszającą, rozgrywającą się w tle opowieść, a całość przyprawia masą nawiązań do popkulturowych fenomenów: komiksów, superbohaterów i Gwiezdnych Wojen.

Filmy Smitha bazowały na dwóch skrajnościach. Były zarazem okropnie prostackie i bardzo złożone. W pogoni za Amy to jedna z najciekawszych i najbardziej oryginalnych opowieści o miłości, jakie kiedykolwiek widziałem. Dogma zaskakująco umiejętnie godziła Chrześcijan i antyklerykałów. Od Sprzedawców aż po, symbolicznie kończących pewien etap w jego karierze, Clerks – Sprzedawców II każdy z filmów był… błyskotliwy. Tyczy się to nawet Dziewczyny z Jersey, która jest nietypową, jak na Smitha, klasyczną komedią romantyczną.

Potem coś zaczęło się psuć. Kevin Smith zaczął się… starzeć?

Kevin Smith, jak sam wielokrotnie deklarował, uznał że przeżył już swoją przygodę życia jako zbuntowany reżyser. Udowodnił to, co udowodnić chciał w świecie filmu i od tej pory przestał dbać o swoją artystyczną spuściznę. Postanowienie to nasiliło się po jego – jak sam ją określa – traumatycznej przygodzie z Fujarami na tropie oraz po nowo odkrytej sympatii do palenia trawki. Może to być zaskakujące, ale Smith kręcił te wszystkie filmy o jaraniu, a nigdy wcześniej nie spróbował marihuany.

Postanowił kręcić filmy nie dla publiczności, a dla siebie. Z nadzieją, że komuś jeszcze się one spodobają. Zaczęło się od Czerwonego stanu, który podzielił fanów Smitha. Poważny, dojrzały i całkiem przerażający horror był dziełem, które – choć mnie się podobało – nie pasowało do reszty filmografii reżysera. Jednak  Czerwony stan był przynajmniej (tak twierdzi znaczna część krytyków) bardzo udanym dziełem, tak kolejne filmy Smitha są… no cóż, dziwne.

Pomysły na nie powstawały głównie podczas licznych podcastów i z pomocą marihuany . Jak powstał Kieł? W dużym skrócie wyglądało to tak: „nakręćmy horror o typie, który zamienia ludzi w morsy, hihihihihi”. Koszmarny Yoga Hosers powstał z kolei głównie po to, by się dobrze bawić na planie z jego ukochaną córką. Nowe filmy Smitha może i sprawiły mu wielką, ale dla widzów były… cóż, marne.

Niestety, widać to po wytwórniach filmowych. Choć sam Smith nadal bardzo chętnie jest angażowany do reżyserowania lub pisania scenariuszy do cudzych filmów i seriali, mało kto chce finansować jego kolejne kaprysy. Po wielu nieudanych próbach powrotu do swojej starej twórczości, w końcu mamy potwierdzenie: Jay and Silent Bob Reboot na pewno powstanie! Zdjęcia do filmu ruszą jeszcze w tym roku.

Byłem fanem Smitha. Ale teraz jest mi już wszystko jedno.

I to nie tylko dlatego, że Smith wydaje się tracić kontakt z rzeczywistością. Zamiast punkowego, niezależnego reżysera chcącego coś udowodnić sobie i światu, mamy starszego i zamożnego pana, który prowadzi wygodne, spokojne, pełne radości i marihuanowego luzu życie. Mam ogromne wątpliwości, czy Smith jest w ogóle w stanie tak umiejętnie połączyć się ze swoją publicznością, jak w swoich filmach. Nawet jeśli moje wątpliwości nie znajdą potwierdzenia w rzeczywistości, to jest jeszcze jeden problem.

Filmy Smitha zyskały wiele na tym, że powstały tuż przed erą wszechobecnego Internetu. Przekomiczny dialog ze Sprzedawców o barbarzyństwie Rebeliantów wysadzających Gwiazdę śmierci a wraz z nią tysiące niewinnych, niezależnych podwykonawców dziś traci na oryginalności, wszak to wypisz wymaluj dowolna dyskusja w internetowych komentarzach. Sama nerdowa, komiksowa subkultura również wyszła już z cienia, kolejne Comic-Cony są wielkim komercyjnym wydarzeniem, a nie bzikiem dzieciaków niechętnie uczęszczających na lekcje wychowania fizycznego. A to z miejsca odbiera uroku dalszego brnięcia w tę formę.

Nie jestem pewien czy na starego Kevina Smitha w ogóle jest jeszcze miejsce w nowoczesnej popkulturze. Jay and Silent Bob Reboot ma być satyrą na nowoczesne Hollywood i wszechobecną modę na remake’i i rebooty filmowych serii, w teorii będzie więc filmem na czasie. Na pewno będę chciał to zobaczyć. A już z całą pewnością chciałbym wić się ze śmiechu. Dokładnie tak samo, jak te kilkanaście lat temu, gdy poznawałem jego pierwsze filmy.

Mam jednak duże obawy. Nie chciałbym dostać łomotu od Jaya i Cichego Boba za negatywną recenzję filmu jak nieszczęśnicy poniżej.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

4 odpowiedzi na “Nie jestem pewien, czy świat nadal potrzebuje Jaya i Cichego Boba”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...