Te nogi mogłyby mnie kopać codziennie. „Atomic Blonde” – recenzja Spider’s Web

Recenzje/Film 28.07.2017
Nasza ocena:
Te nogi mogłyby mnie kopać codziennie. „Atomic Blonde” – recenzja Spider’s Web

„Atomic Blonde” dostarcza nam solidną dawkę aktorskiej mocnej jazdy w stylowym thrillerze pełnym muzyki i atmosfery prosto z Berlina u schyłku lat 80.

Akcja filmu rozgrywa się w Berlinie 1989 roku, tuż przed upadkiem muru berlińskiego. Brytyjska agentka MI6 Lorraine (Charlize Theron) zostaje wysłana do Berlina, by znaleźć zabójców swojego partnera. Przy okazji dostaje zadanie zlokalizowania listy podwójnych agentów, która przechodzi z rąk do rąk w stolicy Niemiec.

„Atomic Blonde” to pierwszy samodzielny projekt Davida Leitcha, jednego z dwóch reżyserów pierwszego „Johna Wicka”.

Film oparty jest na noweli graficznej „The Coldest City”. Ten obrazkowy rodowód jest mocno widoczny w fakturze i strukturze „Atomic Blonde”. Produkcja zachwyca barwami, kostiumami, choreografią scen walk oraz scenografią. Ta ostatnia sama w sobie jest o tyle ciekawa, że akcja rozgrywa się u schyłku Zimnej wojny. Widz może nasycić zarówno oczy jak i uszy. Oczy świetnymi strojami, które nosili: ówczesna berlińska młodzież i bywalcy tamtejszych nocnych klubów, a uszy kapitalnym soundtrackiem.

Na ścieżce dźwiękowej oprócz elektryzującej oryginalnej muzyki skomponowanej przez Tylera Batesa, usłyszymy m. in. Depeche Mode, George’a Michaela, Davida Bowie’ego (co ma tym większy sens, że swego czasu muzyk mieszkał w Berlinie) oraz oczywiście 99 Luftballons Neny.

Wszystko to stanowi spójną całość, którą ogląda się wybornie, choć jeśli oglądaliście „Johna Wicka” nie odkryjecie w „Atomic Blonde” nic nowego.

Leitch, jako były kaskader w hollywoodzkich produkcjach, fantastycznie czuje dynamikę kina akcji. Komponuje sceny walk i pościgów samochodowych z niebywałą sprawnością i niemal taneczną wyobraźnią. Kaskaderski rodowód sprawia też, że Leitch nie ucieka się do wykorzystywania CGI. Reżyser skłania się przede wszystkim ku praktycznym efektom i trikom.

Najbardziej imponującym z nich jest nakręcona na jednym ujęciu (ewidentnie inspirowana „Dziećmi Triady” Johna Woo) kilkuminutowa scena walki Lorraine z oprychami. Zaczyna się na klatce schodowej, by potem przenieść się na ulice Berlina.

Poziom jej realizmu, logistycznego rozplanowania, niemalże teatralnej precyzji oraz choreografii robi kolosalne wrażenie, zarówno od strony technicznej jak i zaangażowania Theron.

O ile pod względem wizualnym jak i muzycznym „Atomic Blonde” stanowi niemałą ucztę, tak jednak z warstwą fabularną Leitch nie poradził już sobie tak dobrze. Doceniam jego ambicje. Chciał pokazać coś więcej niż tylko damską wersję Johna Wicka. Chciał wyjść poza ramy zwykłego „akcyjniaka”. „Atomic Blonde” bowiem bliżej jest do kina szpiegowskiego z wplecionymi w niego wirtuozerskimi scenami akcji.

Tylko, niestety, twórcy nie unieśli już tak sprawnie zarówno rozpisania postaci (głównych i drugoplanowych) jak i samej fabuły. Ta okazała się trochę mętna, prowadzona ciężką ręką, chwilami grzęznąca na mieliźnie, rozwlekła i zwyczajnie nudna.

Nie czujemy żadnej więzi z bohaterami, głównie dlatego, że niewiele o nich wiemy. Znamy ich cele, ale nie znamy motywacji.

„John Wick” może i miał o wiele prostszą (nawet lekko pastiszową) konstrukcję, ale tam przynajmniej widz wiedział, co napędza tytułowego bohatera i co sprawia, że jest on w stanie walczyć do samego końca.

Tym niemniej „Atomic Blonde” mogłoby być o wiele gorsze, gdyby nie znakomite kreacje aktorskie, które ewidentnie podnoszą go o poziom wyżej. Charlize Theron nie tylko stała się numerem jeden kobiecych gwiazd kina akcji (do dziś nie mogę zapomnieć jej wspaniałej roli Furiosy w najnowszym „Mad Maksie”). Sprawdza się fenomenalnie tak w scenach akcji, jak i bardziej dramaturgicznych i kameralnych momentach, nadając postaci Lorraine duszy i emocji.

Udanie partneruje jej też James McAvoy jako agent David Percival, a także John Goodman w małej rólce pracownika CIA.

„Atomic Blonde” może nie rozczarowuje na całej linii, ma świetną atmosferę, kapitalny soundtrack i kilka scen akcji, które zapiszą się w najnowszej historii kina akcji, ale też nie angażuje emocjonalnie i ma spore braki fabularne, co sprawia, że nie wychodzi poza solidną średnią. Film raczej na jeden seans, choć ponoć są plany crossoveru postaci Lorraine i Johna Wicka w jednej produkcji, co, nie ukrywam, chciałbym zobaczyć.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (9)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...