Tak dobre filmy zdarzają się raz na dekadę. Valerian i Miasto Tysiąca Planet – recenzja Spider’s Web

Recenzja/Film 21.07.2017
Nasza ocena:
Tak dobre filmy zdarzają się raz na dekadę. Valerian i Miasto Tysiąca Planet – recenzja Spider’s Web

Tak dobre filmy zdarzają się raz na dekadę. Valerian i Miasto Tysiąca Planet – recenzja Spider’s Web

Luc Besson udowadnia, że jego miejsce jest wśród Spielbergów i Cameronów. Valerian i Miasto Tysiąca Planet to więcej niż film, to prawdziwa przygoda.

Powiedzcie mi, jak często w kinie powstrzymujecie – ze względu na dobre wychowanie – radosny wyskok w górę z okrzykiem „tak!”, gdy głównemu bohaterowi coś się uda? Jak często czujecie gulę w gardle, kiedy przeżywacie smutny fragment opowieści? Jak często patrzycie z uśmiechniętą, rozdziawioną buzią na piękne (nie mylić z efekciarskimi!) zdjęcia i obrazki serwowane przez artystów, scenografów i speców od efektów specjalnych? Jak często jeden film łączy to wszystko?

Takie filmy to ekstremalna rzadkość. To kamienie milowe w historii kina. E.T., Indiana Jones, Powrót Jedi, Avatar czy Park Jurajski to filmy komercyjne i przeznaczone dla mas, ale wspaniale definiują magię Hollywood. Czy można zaliczyć Valeriana i Miasto Tysiąca Planet do tego grona? Nie jestem pewien, film ten nie jest w żaden sposób przełomowy, jak te wcześniej wymienione, choć europejskie wytwórnie ze względów biznesowych mają zapewne inną opinię. Jest to jeden z tych filmów, po których ma się ochotę podziękować reżyserowi za cudowną przygodę. Zacznijmy jednak od początku.

Luc Besson udowodnił, że wrócił do formy

Luc Besson to bardzo dziwny reżyser. Z jednej strony odpowiedzialny jest za tak fenomenalne filmy jak Wielki błękit, Leon zawodowiec czy Piąty element. Z drugiej strony mamy w jego repertuarze, zwłaszcza tym nowszym, koszmarki pokroju Lucy.

Idąc na seans nie miałem zbyt wielkich oczekiwań. Zwiastuny wyglądały obiecująco, ale równie dobrze prezentowały się te promujące koszmarny Jupiter: Intronizacja od braci sióstr Wachowskich, które przecież stworzyły genialnego Matrixa czy poruszający Atlas Chmur. Liczyłem na fajne, widowiskowe kino akcji, którego teraz nie brakuje. Nie wiedziałem, że otrzymam wiele więcej.

Valerian i Miasto Tysiąca Planet recenzja

Nie znam też materiału źródłowego, a więc komiksów, których film jest ekranizacją. Nie jestem w stanie zapewnić was, że produkcja trzyma poziom materiału źródłowego. Nie wierzę jednak, by komiksy były jeszcze lepsze. Bo film okazał się genialny. Znacznie, znacznie powyżej oczekiwań. To prawdopodobnie największe dokonanie w historii Bessona, choć fani bardziej kameralnych i subtelnych filmów – jak wyżej wspomniany Wielki błękit – zapewne się ze mną nie zgodzą. No i nie da się ukryć, że osoby, które fantastyki nie lubią, pewnie się będą nudzić na Valerianie i Mieście Tysiąca Planet. Ale tylko one.

Na pograniczu kina przygodowego, science-fiction i fantasy

Akcja filmu dzieje się w XXVIII wieku. Już od dawna podróżujemy do gwiazd, nawiązaliśmy kontakt z wieloma obcymi rasami, setting jest typowo gwiezdowojenny. Tytułowy Valerian (rewelacyjny Dane DeHaan) i jego partnerka Laureline (świetna Cara Delevigne) stanowią specjalny zespół operacyjny, odpowiedzialny za utrzymanie porządku na terytorium zamieszkałym przez ludzi.

I… nie chce opowiadać nic więcej, bo scenariusz jest świetnie napisany, a już pierwsze sceny angażują i wprowadzają widza w opowieść. Szkoda psuć wam zabawę. Zaznaczę tylko, że pozornie małe zlecenie – kolejna rutynowa misja – szybko okazuje się mieć drugie dno. I trzecie i czwarte. Fabuła jest dość zawiła, nawet końcówka filmu odwołuje się do szczegółów prezentowanych na początku. To jednak nadal film przygodowy, który ma stymulować emocje a nie intelekt.

Znanych aktorów nie brakuje. Na ekranie pojawią się: Herbie Hancock, Clive Owen, Ethan Hawke, John Goodman, Kris Wu i Rutger Hauer. Nie tylko kreacje aktorskie są świetne, ale również i same postacie. Są kolejnym, wielkim atutem tego filmu. Nawet osoby mające raptem kilka kwestii do wypowiedzenia są znakomicie wymyślone i przykuwają naszą uwagę. Bawią, śmieszą, złoszczą, wzruszają lub po prostu intrygują. Każda z nich jest ciekawa, wspaniale napisana, idealnie wpasowuje się w opowieść i jej estetykę.

Valerian i Miasto Tysiąca Planet recenzja

Nawet Rihanna dobrze wypadła, choć może nie do końca z uwagi na aktorstwo. Piosenkarka ta i reżyser podeszli z dystansem i poczuciem humoru do kreowanej postaci, wykorzystując atuty młodej Barbadoski, do których nie należy warsztat aktorski, a ciało i głos. Choć nawet i ta postać ma pewną głębię, ale to już sami odkryjecie podczas seansu.

Postacie te są umieszczone w barwnym, różnorodnym, ciekawym, oryginalnym i spójnym uniwersum. Poziom wizualnego artyzmu Valeriana i Tysiąca Planet przekracza wszelkie granice. Film jest na absolutnie najwyższym możliwym poziomie pod tym względem, znajdując się w tej samej lidze co Avatar od mistrza Camerona. A może i wyższej?

Valerian i Miasto Tysiąca Planet jest jednak czymś więcej niż dobiciem do poziomu klasyki gatunku

Z powyższych, pisanych nadal w emocjach, wrażeń można wysnuć wniosek, że Luc Besson sprawdził jak Robert Zemeckis czy Steven Spielberg kręcą filmy i stworzył coś, co może się z nimi równać. To półprawda. Bo Valerian i Miasto Tysiąca Planet bez wątpienia ma swoją własną tożsamość. Gdybym musiał go przyrównać do czegokolwiek, określiłbym go jako Piąty element z poziomem audiowizualnym Avatara. To jednak krzywdzące uproszczenie. Bo film ten zdecydowanie ma własną, unikalną tożsamość i niczego nie próbuje naśladować.

Valerian i Miasto Tysiąca Planet to nieszablonowa, złożona i wielowymiarowa opowieść, podana w bardzo lekkim, przyjemnym i angażującym stylu. Poziom wizualny – i nie mam tu na myśli obecnych w filmie wysokiej klasy efektów specjalnych, scenografii i kostiumów, a sam artyzm i projekt – budzi on zachwyt, po części też za sprawą swojej oryginalności. A to wszystko wypełnione jest przyjemnymi dialogami i postaciami, które na długo zapadają w pamięć.

To jeden z najlepszych filmów ostatnich lat gatunku… no właśnie sam nie wiem jakiego. Film przygodowy? Akcji? Fantasy? W każdym razie kina lekkiego i przygodowego. Z pewnością nie jest to ambitne intelektualnie kino, choć – po raz wtóry – historia jest spójna, ciekawa i nie traktuje widza jak debila. Seans zdecydowanie obowiązkowy, który bez wątpienia powtórzę. Kilkukrotnie.

Valerian i Miasto Tysiąca Planet pojawi się w polskich kinach 4 sierpnia 2017 roku. Dystrybucja w Polsce: Kino Świat.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (23)

406 odpowiedzi na “Tak dobre filmy zdarzają się raz na dekadę. Valerian i Miasto Tysiąca Planet – recenzja Spider’s Web”

    • Potwierdzam: Wielki Błękit i Nikita. Cała reszta, w tym Leon, niestety zupełnie na innym poziomie. To nie znaczy, że taki Piąty Element nie był fajny. Po prostu to inny poziom – rozrywkowy.

    • trzeba iść z duchem czasów.. patrząc na technikalia, stare sci-fi bylo robione poprzez pryzmat wiedzy w tych czasach.. alien walczący z humadoidalnym wózkiem do sprzętu? bez zdalnego zdlnego sterowania.. Valerian pokazuje space opera – masę umowności, ale właśnie o to chodzi.

  1. Wielki Błękit i Nikita…tak niezaprzeczalnie klasyki najlepszej jakości, ale Piąty Element naprawdę w swojej kategorii był bardzo dobry.
    Lubię komercyjne kino francuskie, nie tylko Bessona, bo jest dosadne i nieugrzecznione. Nie ma smrodu dydaktyzmu filmów amerykańskich. Nawet zupełnie inne gatunki, roczniki i jakość artystyczna łamią schematy poprawności politycznej blockbusterów (np 13 dzielnica, Prorok czy Elle).
    Trailery Valeriana śledzę od dawna i muszę przyznać, że jak na żaden film od dawna w kinie, nie mogę się doczekać, żeby go zobaczyć.
    Urzekła mnie już różnorodność ras kosmitów i scenografii (z samych trailerów), więc na pewno kupię bilety do IMaxa
    P.S. Czy muzyczny motyw przewodni to refren Gangsta Paradise Coolio?

    • Film może jest kiepski pod względem fabularnym, ale jeśli chodzi o użytą technologię i realizację trzeba mu oddać, że zapoczątkował pewien trend w historii kina.

      • Jaki dokładnie trend? Może chodzi o trend przerostu formy nad treścią?
        Bardzo lubię filmy w typie Avatara, ale jedyne co zapamiętałem z seansu w kinie to ból 4 liter i oczu od okularów. Nie chodzi mi oczywiście o zatrzymywanie zmian technologicznych, ale w tym filmie użycie wszelkich efektów, choćby nie wiem jak drogich i dopracowanych służyło zobrazowaniu marnego, wtórnego scenariusza.

  2. Autor chyba przecenia ten film, ja też przez pierwsze 30 minut byłem zachwycony wizualną stroną ale potem przyzwyczajasz się, efekt wow znika, a niestety film nie ma nic więcej do zaoferowania, film jest długi i pod koniec naprawdę to czuć.

    • Czyli potwierdzasz chyba z grubsza to, co można przeczytać w recenzjach płynących ze świata, czyli wizualna uczta do połowy filmu, a potem sztampa i niejednokrotnie nudy.

      Osobiście nie planowałem się wybrać, ponieważ Cara Delevingne skutecznie zniechęca mnie do każdego projektu, w którym bierze udział. Totalnie jest nie w moim guście, dlatego jej drętwe aktorstwo tym bardziej mnie drażni. Podejrzewam, że oglądanie tego na TV obnaży jeszcze bardziej, że mamy do czynienia z piękną wydmuszką, trochę jak to miało miejsce w przypadku Avatara, którego również widziałem w domu długo po premierze i bardzo mocno się rozczarowałem.

      • Dokładnie to co napisałeś w pierwszym akapicie, natomiast jeśli chodzi o aktorów to tutaj akurat Cara Delevingne daje radę, problem jest z głownym bohaterem, który jest po prostu słabo obsadzony do roli. Mnie Avatar też rozczarował:)naprawdę nie wiem o co było tyle szumu…

        • Najlepsze podsumowanie usłyszałem w męskim kiblu po seansie: “efekty 10/10, fabuła 6/10”.

          Fabuła “dość zawiła”? Ha ha, nie. Film to taki nowy “Piąty element” i to nie jest zarzut, bawiłem się świetnie.

  3. “Avatar” nic nie zmienił. Ostatecznie pozostał ważny dla dość specyficznej grupy geeków, dla których w kinie ważniejsza jest technologia, aniżeli wszystko inne, i dla których granica między grą a filmem co raz mocniej się zaciera. Trójwymiar zaczyna umierać, co widać po decyzjach producentów telewizorów, ale również po decyzjach właścicieli kin, dystrybutorów czy producentów. “Avatar” jeżeli coś zmienił, to zmienił tylko dla samego siebie. Owszem, w związku z jego produkcją została rozwinięta technologia komputerowa, ale nie podniosło to jakości kina. Wręcz przeciwnie. Poziom ostatnich blockbusterów wyraźnie pokazuje, jak nisko upadło mainstreamowe kino amerykańskie. Bardzo ładnie widać to przy porównaniu dwóch trylogii Jacksona – przyzwoicie zrealizowany “Władca Pierścieni”, miły dla oka, dobrze wyreżyserowany i zagrany, bez efekciarstwa i tandety oraz nadmiernej ilości CGI orar “Hobbit”, jego całkowite przeciwieństwo.

    • A trochę szkoda, bo Avatar był filmem o dość głębokim przesłaniu, ale to przesłanie było nieco zbyt ambitne, jak na przeciętnego, współczesnego odbiorcę “konsumpcyjnego”. Jak to ktoś pięknie napisał w jednej z brytyjskich recenzji “był to film dla tych, którzy mają oczy do patrzenia i uszy do słyszenia, czyli dla nielicznych”. Pozdro dla tych, którzy uważają, że był to “zbiór efektów”, to dowodzi, że niczego nie zrozumieli.

      • Avatar i “głębokie przesłanie”, które było pokazywane już wiele razy w kinomatografii o wiele lepiej. Film ma być dziełem spójnym. A tu mamy ówczesne technologiczne cudeńko i szablonowy do bólu scenariusz z oklepanymi motywami sci-fi i fantasy. Wizualna wydmuszka.

  4. Drogi Autorze, chcesz dobry film, który zdarza się raz na dekadę? Polecam choćby “Sieranevadę”. “Valerian” to kolejny produkcyjniak jakich wielu. Odpycha już sam plakat.

  5. “To jeden z najlepszych filmów ostatnich lat gatunku… no właśnie sam nie wiem jakiego. Film przygodowy? Akcji? Fantasy?”

    Space opera?

  6. Bardzo niedobry film. Chyba, że miarą jakości mają być efekty i kosmiczne strzelanki. Ale nawet to żeby było strawne potrzebuje fabuły i dobrych dialogów. A te są tak złe, że mogą śmiało konkurować z polskimi komediami romantycznym. Wielkie rozczarowanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisement

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...