Przeczytałem pierwszy horror Remigiusza Mroza i aż musiałem zapytać, co go podkusiło

Recenzja/Książki 17.07.2017
Nasza ocena:
Przeczytałem pierwszy horror Remigiusza Mroza i aż musiałem zapytać, co go podkusiło

Przeczytałem pierwszy horror Remigiusza Mroza i aż musiałem zapytać, co go podkusiło

„Remigiusz Mróz napisał horror!” – na to hasło pół czytelniczej Polski z piskiem pobiegło do księgarni, a pół… schowało głowy pod poduszki chroniąc głowy przed „literackim fastfoodem”, jak zwykli nazywać literaturę gatunkową jej antyfani. Współczuję im, ale też nie zazdroszczę pierwszej grupie. Bo „Czarna Madonna” to niełatwy orzech do zgryzienia dla fanek (i fanów) autora.

Najpopularniejszy polski pisarz AD 2017 zafundował swoim czytelnikom nie lada niespodziankę. Aczkolwiek ten, kto bacznie śledzi poczynania Remigiusza, mógł się w zasadzie spodziewać, że prędzej czy później Mróz sięgnie do swojej największej literackiej inspiracji, Stephena Kinga, i postanowi się sprawdzić.

Zaznaczę tylko bardzo jasno już na samym wstępie – “Czarna Madonna”, pomimo silnej inspiracji królem horroru, ze Stephenem Kingiem nie ma wspólnego absolutnie nic. PR-owcy i media czynią tej książce i jej autorowi wielką krzywdę, stawiając obok to nazwisko. Polskich “Stephenów Kingów” mieliśmy już bez liku, a już na pewno Remigiuszowi taki tytuł nie jest potrzebny. Bo Mróz nie jest Kingiem. Jest Mrozem i do horroru podchodzi po “mrozowemu”. I całe szczęście.

Tak powstała apokalipsa wg Remigiusza Mroza.

Pomówmy o fabule. Autor w swoim pierwszym horrorze bierze się za bary z bodajże najtrudniejszym możliwym tematem – końcem czasów. Apokalipsą. Nadejściem antychrysta, fałszywych proroków i ponownym przyjściem Chrystusa.

A wszystko zaczyna się dość niewinnie, od zaginięcia samolotu Air Hibernia, na którym znajduje się narzeczona głównego bohatera, Filipa, byłego księdza, zwanego potocznie Bergkampem, czy też w skrócie: Bergiem.

Wystarczy jednak kilka stron powieści, by akcja zaczęła poruszać się w typowym dla Remigiusza, wariackim tempie. Samolot znika, by po chwili odnaleźć się w innym miejscu na świecie. Potem w kolejnym. I jeszcze innym. Filip zaś szybko zauważa, że… ślad przelotu zaginionego samolotu układa się na mapie w zgrabny heksagram.

Sprawę komplikuje dodatkowo kolejne zniknięcie samolotu, a także fakt, że główny bohater doświadcza najpierw nękań szatańskich, a potem pełnokrwistego opętania. A przynajmniej tak się z początku wydaje.

W końcu zaginiony lot Air Hibernia rzeczywiście powraca, a wyłania się z niego nie kto inny, jak… no właśnie, kto? Jezus Chrystus? Antychryst? Kimkolwiek jest tajemnicza postać, określająca siebie jako „Istniejącego”, ma sprawę do Filipa i wszystko wskazuje na to, że przed głównym bohaterem stanie wyzwanie, od którego powodzenia będzie zależeć los świata.

Wybaczcie, proszę, lakoniczność tego opisu fabuły. Z jednej strony nie chcę za dużo zdradzić, z drugiej zaś… w „Czarnej Madonnie” dzieje się tak wiele, tak szybko, że streszczenie tej historii do internetowo strawnego rozmiaru jest niemożliwością.

Prowadzi mnie za to do pierwszej uwagi krytycznej, którą mam do „Czarnej Madonny”.

Pierwsze nie – W tej książce dzieje się za dużo, za szybko.

Pierwszych sto stron powieści to totalny rollercoaster. Niby dopiero 25 proc. książki, a już mamy:

  • katastrofę samolotu (a nawet dwie)
  • opętanie
  • obcowanie głównego bohatera (czy, jak kto woli, wędrówki ciała astralnego)
  • wizytę ducha
  • wizytę szeptuchy
  • rytuał przywołania zmarłych
  • zalążek romansu

A w późniejszych etapach opowieści Remigiusz Mróz wcale nie zwalnia. Odnoszę wrażenie, że ta historia sprawdziłaby się lepiej pisana w trzeciej, nie pierwszej osobie, z wielu perspektyw, mając objętość co najmniej „Bastionu” Stephena Kinga. Bo też, podobnie jak „Bastion”, traktuje o końcu czasów. Czy raczej – zapowiedzi końca czasów.

Widać, że Remiugiusz próbował skondensować ogromny, rozległy krajobraz opowieści do w miarę krótkiej migawki. Przez to niestety czytelnik może się czuć nieco oszołomiony, a innym razem nieco nienasycony. Mróz otwiera wątki, które później dość lakonicznie domyka. Nie zliczę, ile razy w myślach zadawałem sobie pytanie „dlaczego to się stało?”, nie dostając na nie odpowiedzi.

Pierwsze tak: To nadal świetna opowieść.

Pomimo tego, że wiele się dzieje, „Czarna Madonna” opowiada kapitalną historię. Do tego bardzo odważną. Szczególnie z punktu widzenia Katolika nowa powieść Mroza jest bardzo, ale to bardzo prowokująca. Nigdy obrazoburcza, za to miejscami balansująca na pograniczu herezji.

Jestem pewien, że wielu Katolików czytając tę powieść poczuje się co najmniej nieswojo. Ze względu na to, że Mróz każe się głęboko zastanowić nad tym, jak może wyglądać ponowne przyjście Zbawiciela i czy jego kościół będzie na to gotowy.

Muszę też pochwalić Remigiusza za konsekwentne trzymanie się świata przedstawionego, który tworzy w swoich powieściach i puszczanie oka do czytelnika. I tak wiadomości w “Czarnej Madonnie” nadaje znana wszystkim fanom stacja NSI, a każdy miłośnik twórczości Mroza, widząc zdanie “Kiedy się obudziłem, na dworze już światło. Powieść jakiegoś pisarza z Wysp Owczych leżała otwarta na kołdrze”, z pewnością uśmiechnie się pod nosem.

Drugie nie: Językowo nie jest to najlepsze dzieło Mroza…

Nie wiem, co się stało, ale czytając Mroza piszącego z perspektywy pierwszej osoby momentami bardzo się męczyłem. Zupełnie inaczej, niż kiedy czytam jego opowieści prowadzone trzecioosobową narracją.

W „Czarnej Madonnie” brakuje tej błyskotliwej lekkości, którą czuć w serii o Chyłce i Zordonie, czy choćby w fantastycznym „Behawioryście”. W wielu scenach tempo akcji kompletnie rozbijają przemyślenia głównego bohatera, bez których czytelnik spokojnie mógłby się obejść.

W innych zaś historia jest kompletnie przegadana. Do stanowczo zbyt wielu dialogów wkrada się niepotrzebne tłumaczenie, a Filip momentami staje się wręcz encyklopedią tłumaczącą innym bohaterom katolicką liturgię, teologię i demonologię.

Rozumiem zamysł – Filip, jako były ksiądz, jest tym, który „wie”, a Kinga i jej mąż mają prawo nie rozumieć tego, co się dzieje. Owych tłumaczeń jest jednak stanowczo zbyt wiele.

Aczkolwiek nie wykluczam też faktu, że mogły mnie osobiście rozpraszać, bo jestem z tematem dość dobrze zaznajomiony. A to prowadzi mnie to drugiej pochwały.

Drugie tak: Research do „Czarnej Madonny” jest wzorowy.

Jako osoba wierząca i praktykująca jestem w stanie docenić ogrom pracy, jaką Remiugiusz włożył w odpowiednie przygotowanie do „Czarnej Madonny”. Wszystko się tutaj zgadza. Rys historyczny, zagadnienia teologiczne, elementy liturgii… nie sposób się do czegokolwiek przyczepić. Widać, że autor odrobił też lekcję z opętań i egzorcyzmów, a także objawień, studiując znane Kościołowi przypadki.

Historia opowiedziana w pierwszym horrorze Mroza staje się dzięki temu dużo bardziej wiarygodna, choć jest w niemal 100% wytworem fantazji autora.

Trzecie nie: „Czarna Madonna” nie jest najlepszą książką Mroza.

Moim głównym zarzutem wobec „Czarnej Madonny” jest to, że nie jest ona najlepszą książką autora. Choć mogłaby. Jednak przez kilka wpadek językowych i nazbyt skompresowaną fabułę plasuje się raczej u dołu drabiny powieści Mroza.

Nie zrozumcie mnie źle – nadal świetnie się bawiłem, czytając ten horror. Ale bawiłem się lepiej przy „Bahawioryście”. Przy cyklu o Chyłce i Zordonie. Przy „Wotum nieufności” też.

Na szczęście to, czego „Czarnej Madonnie” brak w aspekcie literacko-rozrywkowym, powieść nadrabia gdzie indziej.

Trzecie tak: Jest klimat. I jest oddźwięk.

Często zarzucałem Remiugiuszowi, że jego książki nie pozostawiają po sobie oddźwięku. Nie rezonują na dłużej i w zasadzie nie ma powodu, by sięgać po nie po raz drugi. Z „Czarną Madonną” jest inaczej. Ta opowieść zostawia czytelnika z głową pełną pytań i przemyśleń. Wręcz zmusza do ponownej lektury.

Remigiusz zbudował też w „Czarnej Madonnie” bardzo przekonujący, duszny klimat. Z każdej kartki wyziera niepokój o to, co będzie dalej. Do tego sceny manifestacji obecności demonów i egzorcyzmów są dokładnie tak przerażające, jak być powinny. William Peter Blatty by się nie powstydził.

Bonus: Wywiad z Remigiuszem Mrozem!

Jako że po skończeniu lektury kilka kwestii bardzo mnie dręczyło, udałem się prosto do źródła, by uzyskać odpowiedzi. I tak uzyskałem od Remigiusza kilka informacji, które i wam mogą pomóc w decyzji, czy sięgnąć po tę książkę, czy może lepiej odpuścić.

Łukasz Kotkowski, Spider’s Web: Co Cię podkusiło, żeby napisać horror?

Remigiusz Mróz: Przede wszystkim chciałem sprawdzić, czy uda mi się przestraszyć samego siebie. I chyba się udało, bo przez Czarną Madonnę zarwałem kilka nocy, a teraz, kiedy pojawiają się pierwsze recenzje, wieczorami znów wraca niepokój…

Z perspektywy czasu, w czym lepiej się czujesz? Osadzonych w rzeczywistości thrillerach, czy opowieściach, w których możesz kompletnie popuścić wodze fantazji?

Właściwie najlepiej czuję się oscylując między jednymi i drugimi. Po pracy nad danym tytułem, przy którym dziennie spędzam kilka godzin, z przyjemnością przesiadam się do innej konwencji. Ale gdybyś przystawił mi pistolet do głowy i kazał wybierać, postawiłbym na tę sferę, gdzie fantazji nic nie ogranicza – bo w razie czego mógłbym skonstruować tam wątek kryminalny.

Skąd w ogóle ten pomysł na “apokalipsę wg Remigiusza Mroza”? Co pierwsze urodziło Ci się w głowie – opętanie, porwanie samolotu, czy koniec czasów jako taki?

Szkoda, że nie podsunąłeś mi pomysłu takiego tytułu przed wydaniem (śmiech). Pierwsze było opętanie – bo właśnie ta tematyka sprawia, że później nie mogę zmrużyć oka. Kiedy zasiadłem do pisania, okazało się jednak, że droga do spotkania z demonem daleka, a ja najpierw muszę uporać się ze znikającymi samolotami. Część pierwszego rozdziału pisałem rok temu, potem zostawiłem tę książkę, bo zaczęło robić się zbyt niepokojąco. Od tamtej pory jednak cały czas domagała się uwagi, więc ostatecznie nie miałem wyjścia.

Muszę zapytać – jesteś osobą wierzącą?

Tak. Gdybym nie był, pewnie ta tematyka tak by mnie nie ruszała.

Przyznaję, że wykonałeś imponujący research na potrzeby tej powieści. Jak podszedłeś do zgłębiania tematyki opętań i teologii?

W najgorszy możliwy sposób – wieczorami czytałem Apokalipsę św. Jana i wspomnienia egzorcystów. Pozycji jest od groma, część to oczywiście zwykłe fajerwerki marketingowe, ale bez trudu można znaleźć rzetelniejsze tytuły. Najlepiej opisywał te sprawy chyba najbardziej znany egzorcysta, ojciec Gabriele Amorth.

Dlaczego narracja pierwszoosobowa? Wydawać by się mogło, że przy tak ogromnej historii perspektywa 3 os. byłaby bardziej stosowna…

Obawiałem się, że wtedy cały projekt rozrośnie się do niebotycznych rozmiarów. Gdybym zaczął w narracji trzecioosobowej opisywać te zdarzenia, na które składa się druga część książki, musiałbym przyjąć znacznie szerszą perspektywę. A tak, wydarzenia o gigantycznym znaczeniu dla świata mogłem opisać z punktu widzenia zwykłego faceta, siedzącego w pewnej wrocławskiej kawiarni i obserwującego reakcje innych klientów.

Co to w ogóle miało być za zakończenie? ;) Przyznaj – zainspirował Cię choć trochę wątek Brana i Hodora z GoT, czy pomysł na to, jak zamknąć opowieść, przyszedł innym kanałem?

Nie, nikt mi nie trzymał drzwi (śmiech). Nie wiem, jakim kanałem przyszła idea – i może lepiej, żebym nie wiedział.

To kiedy kolejny horror w wydaniu Remigiusza Mroza? Zarzekasz się w posłowiu, że “nigdy więcej”, ale jakoś w to nie wierzę.

Nigdy więcej w wydaniu religijnym! Co nie znaczy, że nie mam w szufladzie czegoś z podobnym wątkiem, co jest już ukończone, a zatem nie kwalifikuje się do tego embarga, które nałożyłem na własną wyobraźnię. Do horroru więc, tak czy inaczej, z pewnością wrócę, czy to podczas redagowania tych zakurzonych pozycji, czy pisania nowych. Ale jedno jest pewne – nigdy więcej żadnego opętania…

A zatem – czy „Czarna Madonna” warta jest czasu czytelnika?

Fanów Remigiusza Mroza nie muszę przekonywać. Oni pewnie już czekają na swoje zamówione w przedsprzedaży egzemplarze.

Co do reszty… uczucia mam mieszane. Tych, którzy od lat dyskredytują sukces autora, „Czarna Madonna” nie przekona do zmiany zdania. Tym, którzy jeszcze nie mieli z nim styczności, a chcieliby ją mieć, trudno polecić mi „Czarną Madonnę” na początek – tutaj lepsza będzie Chyłka i Zordon.

Jednak tym, którzy szukają mocnej, emocjonującej lektury, która pozostawi po sobie coś więcej, niż tylko dziurę w domowym budżecie, mogę „Czarną Madonnę” polecić.

Nie jest to horror idealny. Są opowieści bardziej przerażające. Są lepiej opowiedziane historie o podłożu religijnym. Istnieją lepiej napisane książki, które zapewniają równie dobrą zabawę. „Czarna Madonna” Porusza jednak tematykę, która dla jednych będzie powodem do oburzenia, dla drugich do wyszydzenia, a dla trzecich – do głębokiego zastanowienia się nad sobą.

I choćby dlatego warto dać szansę pierwszemu horrorowi Remigiusza Mroza. Nawet jeśli nie jest to jego najlepsza książka. Premiera już 19 lipca.

*Autorem zdjęcia głównego jest Sławomir Mielnik.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (16)

128 odpowiedzi na “Przeczytałem pierwszy horror Remigiusza Mroza i aż musiałem zapytać, co go podkusiło”

    • hmmm… a Andrzej Pilipiuk? Nie, żeby nagle był narodowym wieszczem ale pomijajać Pana Samochodzika i podręczniki to od baaardzo długiego czasu utrzymuję tak samo wysoki poziom swoich książek. Owszem, styl się trochę zmienia, dojrzewa ale nie mogę przypomnieć sobie innego pisarza – hurtownika, który trzyma fason przez cały czas.

  1. Z tymi antyfanami to tak trochę niefajnie, ja do Mroza nic nie mam, jestem pełna podziwu dla tak dużego sukcesu, zwłaszcza w Polsce, widać, że cała kariera jest przemyślana i bardzo rozsądnie prowadzona, czego też nie sposób nie docenić, warsztat jest na wysokim poziomie, ale mimo to nie potrafię się przekonać do jego literatury. Czy to czyni mnie antyfanem? Czy to, że nie rozumiem tego fenomenu czyni mnie hejterem? W którym miejscu przebiega ta cienka linia?

    • Nie zamówisz sushi, bo nie i koniec czy dlatego, że kiedyś coś z tego menu jadłaś i Tobie nie zasmakowało?

      Sceny (tematyka) i/lub bohaterowie (ich charaktery i dialogi). To winne. To znaczy nie winne w sensie, że źle stworzone, tylko takie, że Tobie nie odpowiadają z jakiegoś względu. To w przypadku gdy już spróbowałaś potraw Remigiusza Mroza. No trudno. Są inni pisarze, może któryś przypadnie do gustu. Albo kiedyś postanowisz jednak rzucić okiem na któryś z tytułów pisarza o zimnym nazwisku.

      A jeśli jeszcze nie spróbowałaś, to czemu by nie zrobić pierwszego kęsa i jeśli zasmakuje, zjeść resztę? Zacznij od “Chyłki” (łącznie 5 części, a będzie kolejna, jeśli nie kolejne, bo ostatnia jest jednym wielkim cliffhangerem). Nie zawiedziesz się.

      • Hmm podoba mi się Twoje porównanie, chociaż jako sushi określiłabym gatunek, a autor byłby restauracją do której się zraziłam po nieudanej wizycie. Ale też trudno jest mi uwierzyć, że ktoś, kto źle pisze miałby czytelnika, który jednym komentarzem mnie zachęci do ponownej wizyty w Musi Mrozi. ;) Spróbuję z tą Chyłką, najwyżej wyjdę chyłkiem gdzieś pomiędzy sashimi a maki.

        • Jeśli Pani jeszcze nie czytała, polecam również “Behawiorystę” Na pewno się spodoba :-) Chyłka i Zordon oczywiście też. Pozdrawiam.

  2. Równie mocno jak doceniam i też na swój sposób podziwiam dorobek literacki Remigiusza Mroza, nie potrafię go do końca zrozumieć. To znaczy nie tyle, że nie potrafię zrozumieć jego samego, tylko nie ogarniam jego warsztatu.

    Jeśli Remigiusz Mróz rzuci okiem na komentarze tutaj, chciałbym prosiłbym, żeby odniósł się do moich trzech pytań.

    Jak wiemy, jeden z naszych czołowych pisarzy potrafi siedzieć dzień w dzień po kilka godzin i tworzyć tekst. No dobrze. Taki powiedzmy przysłowiowy Kowalski stoi codziennie 8 godzin przy tokarce, inny przysłowiowy Nowak siedzi podobną ilość godzin przy kasie w sieciówce, a Remigiusz Mróz stuka w klawisze laptopa czy też stacjonarnego komputera. To praca i to i to też. Tylko że… przykładowo tocząc aluminiowe elementy albo przesuwając jedzenie po laserze i wydając resztę, wystarczy skupić się na tym, co się wykonuje. Nie trzeba wysilać umysłu i wyobraźni w nim schowanej, na tworzenie. W przypadku naszego pisarza, umysł musi być rozpędzany do wysokich obrotów, dużo szybszych niż nasza przykładowa tokarka. Rozumiem, że nagle spływa na głowę pomysł. Jakiś genialny. Myśl przewodnia. Wizja danej sceny (czy kilku kolejnych scen). Jak ją przedstawić. Jakie dialogi dać bohaterom. Wiem jakie to uczucie. Połączone z niemal taką małą euforią i świadomością, że “to będzie zajebiste”, ta scena. Takie natchnienie przychodzi nagle. Znikąd. I równie dobrze może nie przyjść podczas kilkugodzinnego zastanawiania się i szukania weny. A bez natchnienia, bez tego czegoś gdzieś tam z tyłu głowy, trudno jest opisywać sceny, dodawać dialogi, mało tego, wstawiać odczucia bohatera, jego przemyślenia, po prostu być danym bohaterem w danej chwili. Widzieć, co on widzi, słyszeć i czuć. Tak nosem jak i palcami. I tutaj właśnie zmierzam do mojego pytania.

    Jakim cudem można po kilka godzin i to dzień w dzień mieć wenę do pisania?

    Czy wtedy oddaje się pisaniu po prostu swoje serce, żeby przelewać na klawiaturę swoje myśli czy tylko umysł, żeby trzaskać w klawisze aż osiągnie się te powiedzmy 400 tysięcy znaków, co by już można było mówić o książce takiej po którą ludzie chętnie sięgną. Ale dzień w dzień po kilka godzin? I kolejna sprawa. W treści powyższego, w artykule zamieszczonego wywiadu czytamy, że Remigiusz Mróz zaczął pisać omawiane dzieło rok temu, by teraz dopiero zabrać się za jego dokończenie. Ile książek w tym czasie napisał, które miały inną tematykę, inny klimat, inne wszystko? I tu dochodzimy do kolejnego pytania.

    Czy siadając do ukończenia danej książki po roku pisania innych, nie tworzy się jakby dwóch różnych dzieł w jednym?

    To znaczy czy nie będzie się po tym roku czasu miało innego (dojrzalszego oczywiście, bogatszego o przemyślenia, o doświadczenia, o po prostu życie) podejścia i też stylu pisania? I czy nie przełoży się to na samą książkę? Że zaczęty rok temu początek i porzucony, a teraz dokończony resztą rozdziałów, będzie oddzielony niewidzialną (a może i zauważalną przez czytelników) granicą? Rok to jednocześnie i długo i krótko. U pisarza (z całym szacunkiem) seryjnego, może i nie być widocznej różnicy w takim tekście. Ale czy jednak nie będzie ona gdzieś tam istniała? I trzecie, ostatnie pytanie.

    Którą z Twoich książek uważasz za swego rodzaju cymelium, za coś najważniejszego dla Ciebie ze wszystkich książek, które napisałeś?

    Teraz tylko trzeba mieć nadzieję, że autor zajrzy tutaj, a powinien, bo ostatnio też zajrzał jak był o nim artykuł.

  3. “„Kiedy się obudziłem, na dworze już światło. Powieść jakiegoś pisarza z Wysp Owczych leżała otwarta na kołdrze”
    “Jakiegoś”? Bohater nie wie kogo książkę czyta?

    I nie światło, ale świtało, ale to chyba Twoja literówka, a nie w książce?

  4. Jak ja nie znoszę tego Mrozowego upychania wiedzy wszędzie, gdzie się da! Bohaterowie-chodzące encyklopedie są strasznie nienaturalni, a w trylogii o Wyspach Owczych wręcz nieznośni. Lubię książki Mroza, czytam praktycznie każdą nowość, ale te popisy erudycji bardzo mnie rażą.

  5. Znów ten Mróz? Ech ;) Na razie czytałem z niego tylko “Behawiorystę”. Nawet niezłe. W horrorach jakoś nie bardzo widzi mi się globalna akcja. Zdecydowanie bardziej wole te kameralne – nawet jeśli globalne zdarzenia mają gdzieś w tle. Po mistrzowski rozegrał to Romero w “Nocy żywych trupów”. No ale pisarza w przeciwieństwie do filmowca (zwłaszcza początkującego) nie ogranicza budżet, co czasem wychodzi na plus, a czasem zdecydowanie na minus. No nic, trzeba będzie obadać.

  6. Niestety, kiepska książka, a zakończenie to już tragedia – nic nie trzyma się kupy. Wtedy kiedy myślisz, że autor wyjaśni precyzyjnie zagmatwaną fabułę otrzymujesz miałkie, prymitywne wyjaśnienie – nakreślone w kilku słowach. Niestety ale zakończenie powieści to beznadzieja… Wielkie rozczarowanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...