Cesarz filmowych eksplozji i baron CGI porn. Michael Bay i jego filmy

Top/Film 23.06.2017
Cesarz filmowych eksplozji i baron CGI porn. Michael Bay i jego filmy

Cesarz filmowych eksplozji i baron CGI porn. Michael Bay i jego filmy

Orson Welles efektów specjalnych; Steven Spielberg pirotechniki, Christopher Nolan seksistowskich scen i najazdów na kobiece pośladki. Oto Michael Bay – wieczny mentalny 13-latek, który zawojował Hollywood rozbudzając w męskiej widowni ich wewnętrznego gimnazjalistę. Z okazji premiery filmu Transformers: Ostatni rycerz zebrałem wszystkie filmy Michaela Baya i poszeregowałem je od najlepszego do najgorszego.

Transformers z 2007 roku

Określenie “najlepszy film Michaela Baya” brzmi dość dziwnie, w najlepszym przypadku jak oksymoron, ale naprawdę, moim zdaniem, pierwsza odsłona Transformers to jego najlepsze dokonanie. Idealnie łączy kapitalny zmysł wizualny reżysera, oparty na teledyskowym kadrowaniu, znakomitej pracy kamer oraz choreografii wielkich i pełnych rozmachu scen. Nikt bardziej się nie nadawał do zrobienia filmu o wielkich gadających robotach transformujących się w samochody i będącego adaptacją kreskówki dla dzieci z lat 80.

Przy tej odsłonie dość mocne piętno na filmie wywarł producent, czyli sam Steven Spielberg. Dzięki temu Transformers mają w sobie całkiem sporo duszy i serca oraz dziecięcej naiwności, a także lekko przygodowego charakteru. A na dokładkę szczypta humoru, czasem dość głupiego i prymitywnego, ale, mimo wszystko, zabawnego. Transformers to cały czas jeden z najlepszych filmów rozrywkowych XXI wieku. A scena, gdy Sam po raz pierwszy staje oko w oko z Optimusem Prime’em wywołała u mnie solidne dreszcze na karku. A to nieczęste przy blockbusterach.

Wyspa z 2005 roku

Wyspa jest dowodem na to, że Michael Bay to naprawdę jeden z najlepszych rzemieślników w branży. Gdyby dostawał tylko lepsze scenariusze do realizacji, to naprawdę zamknąłby usta wielu swoim krytykom. Pierwsza godzina Wyspy to wciągający thriller, w którym całkiem sporo czasu zostało poświęcone na przedstawienie i rozwój bohaterów. A to u Baya rzadkość.

Film ma świetnie wyważone tempo i dramaturgię, dobrze poprowadzonych aktorów (Ewan McGregor i Scarlett Johansson). Fabuła naprawdę potrafi zaintrygować. Dopiero w drugiej części Wyspa staje się typowym widowiskiem pełnym wybuchów i pościgów, zrealizowanych oczywiście na najwyższym poziomie. Szkoda, że film ten stał się jedną z nielicznych klap finansowych w karierze Baya, gdyby nie to, być może jego twórczość rozwinęłaby się w innym kierunku. A tak, dostał nauczkę od widzów, że nie ma co robić ambitniejszych projektów, tylko trzymać się typowej rozwałki.

Twiedza z 1996 roku

Twierdza to dopiero drugi film w karierze Baya, ale to właśnie dzięki niemu kariera reżysera w pełni rozkwitła. Oto młody twórca, który wcześniej pałał się kręceniem wideoklipów, rok po premierze swojego debiutu dostarcza kinomanom jeden z najlepszych filmów akcji w historii kina. Bo za taki uważam Twierdzę. Duet Sean Connery i Nicolas “moja twarz ciągle śpi” Cage to strzał w dziesiątkę.

Film ten praktycznie w ogóle się nie zestarzał i gdyby dziś pojawił się w kinach, to spokojnie zwróciłby na siebie uwagę. Dla samej sceny pościgu Hummera za Ferrari po ulicach San Fransisco (sekwencja wyraźnie inspirowana Bullitem) należą się Bayowi owacje na stojąco, bo może średnio nadaje się on do opowiadania historii, ale w kręceniu scen akcji, jest absolutnym mistrzem. A to też istotna dziedzina sztuki filmowej, jakby nie było, sztuki wizualnej.

Sztanga i cash z 2013 roku

Z tym opowiadaniem historii i prowadzenia bohaterów u Baya wcale nie jest aż tak tragicznie. Wcześniej w Wyspie pokazał, że gdy ma dobry materiał, to radzi sobie z tym tematem wcale nieźle, a parę lat później tylko to potwierdził w filmie Sztanga i cash. Ten film to naprawdę zabawna komedia sensacyjna, będąca też przy okazji całkiem zgryźliwą satyrą. Bay wyśmiewa tu zarówno amerykański styl życia, kapitalizm, ogólnoludzką głupotę, samoświadomie wykorzystując do tego elementy swojej własnej poetyki, czyli napakowanych przystojniaków w rolach głównych, a na drugim planie, w roli tła, uprzedmiotowione modelki, pełno przepychu, glamour i wybuchów.

Oczywiście samoświadomość nie oczyszcza Michaela z jego grzechów, nadal zostaje on królem wizualnego porno dla nastolatków, ale lekko się z tego naśmiewając pokazuje, że tak naprawdę używa on tej poetyki świadomie, bo wie, że się sprzeda.

Transformers: Zemsta Upadłych z 2009 roku

Wiem doskonale, że ten film to jeszcze bardziej rozbuchana i głupsza wersja pierwszych Transfrormers, ale mimo wszystko lubię go. Jeszcze tym razem to uderzanie widza rozerotyzowanymi kadrami dla prawiczków-gimnazjalistów oraz klozetowy humor nie przeszkadzały na tyle, by schować mózg do tylnej kieszeni i dać się porwać eskapistycznej rozrywce. Może nie najlepszego sortu, ale jednak dającej poczucie zabawy oraz niesamowity rozmach.

Zemsta Upadłych wizualnie stanowi chwilami prawdziwą ucztę dla oka. Przyznaję, niektóre eksplozje w tym filmie wyglądają wręcz zabawnie, bo tworzą wrażenie, jakby Michael Bay rzeczywiście był małym chłopcem w piaskownicy i krzyczał tylko: tu dajemy wybuch, a tu będzie jeszcze większe buuum. I ma być duuużo ognia. Te teledyskowe kadry w slow-motion, jak gdyby żywcem wyjęte z reklamy armii USA albo klipów Aerosmith, też momentami śmieszą.

Ale z drugiej strony ich efekciarskość potrafi całkiem przyjemnie połechtać zmysł wzroku, przynajmniej mój. No bo w sumie każdy z nas potrzebuje czasem jakiejś niższej rozrywki, która odwoła się do naszych bardziej pierwotnych zmysłów, prawda?

13 godzin: Tajna misja w Bengazi z 2016 roku

Pomiędzy kolejnymi częściami Transformers, Bay stara się przemycić studiu swoje własne pomysły na fabuły. Jednym z nich był thriller akcji oparty na dramatycznych wydarzeniach z 2011 roku w Bengazi, o których było głośno także w naszym kraju. Nie jest to może filmowe arcydzieło, ale film ten jest naprawdę solidną dawką mocnego kina akcji. Kategoria R, którą 13 godzin… posiada, pozwala w pełni wykorzystać horror wojny oraz brutalność bycia na froncie.

Tym razem efekciarskie kadry rodem z reklam i wideoklipów sprawują się nader dobrze i pasują do całości. Świetny montaż i praca kamery oraz pomysły na logistykę scen strzelanin, również stanowią potężne plusy tej produkcji.

No i Bayowi udało się zrobić z Johna Krasinskiego prawowitego napakowanego i twardego “madafaka” żywcem wyjętego z kina akcji lat 90. A to już coś. Jeśli ktoś nie lubi tego typu kina, to się raczej i tak nie przekona, ale dla fanów męskich akcyjniaków, 13 godzin… powinno zagwarantować udanie spędzone ponad 2 godziny.

Transformers 3 z 2011 roku

Ile razy można wejść do tej samej rzeki? Michael Bay udowadnia, że wiele razy, choćby nie wiem jak bardzo ta rzeka stawała się brudna. W przypadku Transformers 3 czuć powoli zmęczenie materiału i nadmiar metalu w CGI. Choć chwilami jeszcze reżyser potrafi wykrzesać z siebie co nieco świeżej energii. Trójka to jednak tylko film dla fanów serii oraz stylistyki Baya. Wszystko za co można go lubić, bądź nienawidzić, jest tu podniesione do potęgi n-tej. Głupi, wręcz żenujący humor, potwornie słabe dialogi i scenki rodzajowe, które stanowią pretekst do tego, by popchnąć fabułę do kolejnej rozwałki. Oczywiście nie mogło zabraknąć napakowanych Marines oraz seksownych modelek na drugim i trzecim planie, bo Michael Bay ciągle żyje w świecie gdzie zwykli ludzie nie istnieją, za to wszyscy wyglądają jakby byli żywcem wyjęci z okładek luksusowych magazynów.

Sceny widowiskowe nadal się bronią. Czasem mam potrzebę by nasycić wzrok tylko czymś takim, tak więc Transformers 3 mnie nie wymęczyły. Od strony wizualnej to nadal majstersztyk, pusty i głupawy, ale wspaniale się prezentujący. Ostatnie pół godziny filmu to praktycznie jedna długa sekwencja wielkiej bitwy Autobotów i ludzi z Decepticonami! Tak więc jeśli ktoś potrzebuje tego typu doznań, to trzecia część Transformers w pełni je dowozi.

Bad Boys z 1995 roku

Tym filmem Michael Bay przedstawił się Hollywood. Jak na debiut, jest to nad wyraz sprawna robota, choć mocno wtórna. Bad Boys powielają wszystkie do bólu wyświechtane motywy kina akcji z lat 80. i 90. jakie można sobie wyobrazić i podkręcają je do maksimum. Wybuch goni wybuch, pościg na pościgu, pełno strzelanin. Jest to film, który najlepiej podsumowuje końcówkę ery kaset wideo i wprowadza widza powoli w XXI wiek.

Bad Boys stanowił też ćwiczenie Baya z formą pełnometrażową, gdyż w tym filmie kiełkowały wszystkie wizualne motywy jego twórczości z których korzysta do dziś. No i film ten byłby o wiele gorszy w odbiorze, gdyby nie miał w obsadzie świetnego duetu Martin Lawrence i dopiero rozpoczynającego swoją hollywoodzką karierę Willa Smitha, który już wtedy prezentował swój, znany wszystkim, luz i charyzmę.

Pearl Harbor z 2001 roku

Pearl Harbor to film bardzo zły i to w tym najgorszym bay’owskim stylu. Pełen głupot, efekciarstwa, robiący z widza śliniącego się idiotę (obraz ten nie ma zbyt wiele wspólnego z jakimikolwiek faktami historycznymi – Bay po prostu wziął sobie z kart historii atak na Pearl Harbor, bo pasował mu do nakręcenia fajowych scen akcji). Na pewno pomógłby temu filmowi sensowny scenariusz. Nie zaszkodziłoby również, nie zatrudniać do głównej roli Bena Afflecka… Tym niemniej, warto ten film choć raz zobaczyć, przynajmniej do czasu sekwencji ataku na Pearl Harbor, bo abstrahując od całej reszty, jest to kapitalna od strony technicznej filmowa robota.

Armageddon z 1998 roku

Ach… Armageddon… pierwszy film, na którym się popłakałem. Nie, nie ze śmiechu, choć film ten jest potwornie głupi. Chodzi oczywiście o bohaterską scenę śmierci postaci granej przez Bruce’a Willisa. Przyznaję, nawet jak na Baya ten film to kompletna pomyłka. Poza kilkoma, niezwykle efektownymi, scenami, które w 1998 roku prezentowały się wręcz niesłychanie (można je zobaczyć w trailerze), cała reszta to nudny quasi-melodramat z wątkiem sci-fi i katastroficznym w tle.

W tym filmie prawie nic się nie dzieje. Idiotyczne dialogi mieszają się z niezamierzenie komicznymi scenami. Dość szybko też można odnieść wrażenie, że dla reżysera ważniejsze od tego, czy ogromna kometa uderzy w Ziemię, są miłosne perypetie postaci granej przez Liv Tyler. Armageddon to takie trochę M jak miłość z kosmonautami w rolach głównych. A kometa to taki wielki karton…

Bad Boys 2 z 2003 roku

Tu już niestety nawet moja wyrozumiałość dla porno-wrażliwości Baya zaczęła powoli się kończyć. Bad Boys 2 to klasyczny przykład sequela, w którym wszystkiego jest więcej. W tym przypadku dostajemy więc więcej głupoty i efekciarstwa, więcej bezsensownych wybuchów, więcej seksizmu i pozbawionego smaku przedmiotowego traktowania kobiet. Oczywiście jest tu kilka znakomicie zainscenizowanych strzelanin ze znakomitą pracą kamery i ciekawymi ujęciami, ale to trochę za mało – moim zdaniem nawet Michaela Baya stać na więcej.

Bad Boys 2 ogląda się bardziej jak niezamierzoną parodię jedynki oraz całej twórczości Baya. Choć znam ludzi, którzy ten film uwielbiają i w sumie się nie dziwię – Bay jest znakomitym profesjonalistą i formalnym wirtuozem, tak więc nietrudno mu uwieść widza efektownymi kadrami.

Transformers: Wiek zagłady z 2014 roku

Także przy czwartej części Transformer moja cierpliwość i sympatia dla Michaela Baya oraz do samej marki, się wyczerpała. Jeśli waszym zdaniem fabuła poprzednich trzech części była głupia, to obejrzyjcie sobie Wiek Zagłady, przy którym wcześniejsza trylogia to niemal Ojciec Chrzestny.

Jakiekolwiek szczątki kreatywności w warstwie wizualnej są tu w zaniku. Bay ewidentnie zaczął się powtarzać i czuć wyraźnie, że tę część tworzył w pośpiechu i od niechcenia. Scenariusz jest zlepkiem przypadkowych scen ledwo związanych na cienkiej nici, a jego zadaniem jest prowadzenie do kolejnych scen eksplozji i walk z robotami, które są jedną wielką chaotyczną kakofonią. Niby o to chodzi w tej serii, ale jednak poprzednie odsłony Transformers nie były dla mnie aż tak naiwne i pozbawione jakiegokolwiek polotu. Tym razem sceny ekranowej rozwałki zaczęły mnie nie tylko męczyć, ale i nużyć. Kloaczny humor skutecznie mnie zniesmaczył, a wideoklipowe sceny rodem z soft porno wyraźnie irytowały.

No i kto wymyślił by do filmu zatrudniać największe drewno Hollywood, czyli Marka Wahlberga? Kto uwierzy w bajkę, w której to jest on typowym Amerykaninem i do tego ma prawie dorosłą i oczywiście piękną córkę o wyglądzie rodem z rozkładówki Playboya? I co to za imię Cade Yeager? Pytania, pytania…

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (6)

7 odpowiedzi na “Cesarz filmowych eksplozji i baron CGI porn. Michael Bay i jego filmy”

  1. A nie szkoda czasu na pop papkę, na oglądanie, pisanie i czytanie o tym? Może lepiej opisać twórczość Allena albo nawet pełne metraże Pythonów?

    Pisząc o papce sami napędzacie promocję tego badziewia, może nawet licząc na reakcję gimnazjalistów…

    Ad meritum – BB1 był ok ze względu na obsadę głównych ról i ich znakomitą grę. Na resztę szkoda czasu.

    • Fajne toto, ale niestety każdy z reżyserów ma swój “styl” i swoje afrodyzjaki jakby robił to Tarantino to byłyby stopy … i stopy… i stopy… dużo biegania bez butów i stopy tonących…
      Cóż…

  2. Piszesz, że “Twierdza” to “jeden z najlepszych filmów akcji w hitsorii kina” (pisownia zgodna z oryginałem), ale umieszczasz ją dopiero na trzecim miejscu po “Transformerach” dla trzynastolatków i “Wyspie” w sumie nie wiadomo dla kogo?

  3. Większość z tych filmów to coś, na co by mi naprawdę było żal czas poświęcić. Transformers to już jest w ogóle taka miernota, że aż smutno patrzeć co się stało fantastyką. CGI tylko uzupełnia zażenowanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...