Ludzie mogliby pokonać Transformerów w otwartym konflikcie zbrojnym

Artykuł/Film 21.06.2017
Ludzie mogliby pokonać Transformerów w otwartym konflikcie zbrojnym

Z okazji zbliżającej się premiery Transformers: Ostatni Rycerz, w redakcji Spider’s Web padło ciekawe pytanie. Czy gdyby Transformery z kinowej superprodukcji Bay’a naprawdę istniały i zdecydowały się na inwazję, Ziemia byłaby w stanie się obronić?

Sprawa wydała mi się na tyle ciekawa, że postanowiłem zgłębić temat i postawić pewne tezy. Nim jednak przejdę do moich rozważań, musimy zorganizować pewne ramy kontrolne dla tych frywolnych gdybań. Po pierwsze, odnosimy się do filmów Bay’a, a nie animowanych seriali z ubiegłego wieku. Po drugie, eliminujemy z rozważań broń atomową. Po trzecie, dokonujemy wstępnego podziału na Autoboty oraz Decepticony.

Zbliżają się do Ziemi – ilu ich jest i z kim się zmierzą?

W filmowym uniwersum Bay’a dotychczas pojawiły się 43 Decepticony. Najpopularniejsi wśród złych Transformerów to: Megatron (Hugo Weaving), Starscream, Barricade, Soundwave oraz Shockwave. Gdyby z jakiegoś, dość naciąganego, powodu do drużyny tyranicznego Megatrona przyłączyły się również praworządne Autoboty, liczba kosmicznych najeźdźców niebezpiecznie wzrosłaby z 43 do 71.

Niezależnie od indywidualnych predyspozycji każdego wielkiego robota, wszystkie z nich byłyby bardziej zaawansowane technologicznie od najnowszych zdobyczy ziemskiej techniki. Większość Transformerów jest ponadto kilkukrotnie większa od przeciętnego człowieka, a także kilkudziesięciokrotnie bardziej wytrzymała. Ponadto możliwość przemiany każdego robota sprawia, że to jednostki doskonale nadające się do infiltracji oraz operacji na tyłach wroga.

Spójrzmy na nasze siły. Na Ziemi żyje około 7,5 miliarda ludzi, lecz tylko część z nich jest w stanie walczyć. Do tego jeszcze mniejszy procent został przeszkolony w obsłudze nowoczesnych narzędzi zagłady, takich jak karabiny, strzelby, czołgi, myśliwce czy łodzie podwodne. Najliczniejsze armie świata plus Polska to kolejno:

  • Polska – 120 000 personelu, 1000 czołgów, 500 samolotów
  • Turcja – 410 500 personelu, 4 000 czołgów, 1 000 samolotów
  • Wielka Brytania – 150 000 personelu, 400 czołgów, 1000 samolotów
  • Włochy – 320 000 personelu, 500 czołgów, 800 samolotów
  • Korea Poł. – 620 000 personelu, 2500 czołgów, 1500 samolotów
  • Francja – 200 000 personelu, 400 czołgów, 1300 samolotów
  • Indie – 1 400 000 personelu, 6500 czołgów, 2000 samolotów
  • Chiny – 2 500 000 personelu, 9000 czołgów, 3000 samolotów
  • Rosja – 760 000 personelu, 15 000 czołgów, 3500 samolotów
  • USA – 1 400 000 personelu, 9000 czołgów, 14 000 samolotów

Trzeba zaznaczyć, że tylko część z wielkich, umundurowanych mas ludzkich walczy na froncie. W miarę rozwoju technologicznego powiększa się również militarne zaplecze, które składa się ze specjalistów od sterowania dronami, sieciowej infrastruktury, cyberbezpieczeństwa, wywiadu, międzynarodowej koordynacji, zaopatrzenia, serwisowania i tak dalej. Do tego dochodzi istotna kwestia stanu gotowości.

To, że lokalne mocarstwo posiada prawie półtora miliona żołnierzy pod swoimi skrzydłami nie oznacza, że może rzucić ten tłum wojaków w kierunku wroga. Przy takich masach potrzebny jest sprawny system mobilizacji. Nawet złożona z kilkuset tysięcy żołnierzy „wschodnia flanka NATO”, o której było w Polsce bardzo głośno, będzie potrzebować… dwóch miesięcy do pełnej mobilizacji. To i tak optymistyczny scenariusz. Ten pesymistyczny zakłada pół roku zwłoki.

Burza przed ciszą

Chociaż Transformery na pewno nie mają przewagi liczebnej, posiadają dominację technologiczną, koordynacyjną oraz infiltracyjną. Nim doszłoby do desantu na planetę, wcześniej na pewno rozpocząłby się paraliż okołoziemskich sztucznych satelitów. Roboty nie tylko oślepiłyby wiele wojsk, agencji, wywiadów i rządów, ale również pozyskały bardzo cenne informacje o topografii, terenie, zabudowaniach oraz rozmieszczeniu i koncentracji sił. Nim mechaniczna stopa pierwszego Decepticona dotknęłaby naszej planety, oni już byliby w komputerowych systemach czołowych mocarstw.

Doprowadziłoby to do gigantycznego paraliżu. Zarówno wojska, jak również społeczeństwa. Gdyby rozprzestrzeniający się wirus dotknął takich obszarów jak nawigacja GPS, bankowość czy bezpieczeństwo energetyczne, na ulicach wielkich miast powstałby prawdziwy Armagedon. Niczym w najnowszej, mocno nietrafionej reklamie Apple. Pamiętacie dantejskie sceny spod włoskich bankomatów w czasie ichniego kryzysu? Teraz pomnóżcie to razy sto i postawcie się w sercu takiego miejskiego huraganu.

Ulice przestałyby być bezpieczne. Zapanowałby chaos, na którym bandyci i kryminaliści próbowaliby skorzystać w ten sam sposób, w jaki korzystali podczas zamieszek w Londynie sprzed kilku lat. Do miast musiałyby wkroczyć dodatkowe oddziały policji, żandarmeria, Gwardia Narodowa oraz regularne wojsko. Godzina policyjna, stan wyjątkowy, przesłuchania i przeszukiwania – macie to jak w banku. Największym przeciwnikiem ludzi stalibyśmy się my sami. Do tego powstałby gigantyczny konflikt na arenie międzynarodowej. Państwa przerzucałyby się odpowiedzialnością za ataki hakerskie. Stany Zjednoczone, Chińska Republika Ludowa oraz Federacja Rosyjska wskazywałyby siebie nawzajem oskarżycielskimi palcami.

Pierwsze uderzenie

Chaos na ulicach, przepracowane służby porządkowe, a do tego konflikty na arenie międzynarodowej – trudno o lepsze warunki dla desantu wrogich sił. Około 70 niezwykle zaawansowanych technologicznie jednostek musiałoby działać w rozproszeniu, dokonując chirurgicznych, skoordynowanych ataków na kluczowe obiekty. Pentagon, Biały Dom, Kreml, Zhongnanhai, Mons, Bruksela, Waszyngton – ośrodki wojskowe, ośrodki finansowe oraz ośrodki rządowe wszystkich najsilniejszych państw stałyby się celem ataków. Najprawdopodobniej skutecznych. No bo kto miałby je powstrzymać?

Na pewno nie agencje wywiadowcze. Współczesny terroryzm pokazał, jak zawodne są to organizacje. Niczym kapitalistyczne firmy, agencje rywalizują ze sobą o wpływy oraz uznanie polityków. Zamiast przepływu informacji jest ich blokada. Nie tylko na zewnątrz, ale również do środka, między narodowymi strukturami bezpieczeństwa. O rywalizacji FBI, CIA, NSA i innych powstało tyle publikacji, książek i filmów, że moja wiara w wyśledzenie kosmicznego spisku wielkich robotów jest naprawdę mała. Zwłaszcza przy natężeniu pracy wynikającej z paraliżu najważniejszych systemów elektronicznych państwa.

W przeciwieństwie do samobójczych ataków terrorystycznych, chirurgiczne uderzenia Transformerów nie musiałyby się kończyć męczeńską śmiercią. Wręcz przeciwnie. Roboty zdolne do zamiany w jakikolwiek ziemski pojazd mogłyby sobie świetnie poradzić z ucieczką. Kto miałby je śledzić? Przecież nie ślepe i głuche satelity. Na skutek powyższych ataków wiele rządów (oraz porządków publicznych od lat budowanych w oparciu o mityczną umowę społeczną) mogłoby legnąć w gruzach. Czy taka tragedia skonsolidowałoby społeczeństwo, czy jedynie głębiej zepchnęło je w ramiona chaosu – ciężko jednoznacznie zdecydować.

Czas wojskowej junty

Jeżeli ktokolwiek miałby utrzymać społeczeństwa w ryzach tam, gdzie legalna, demokratyczna, czy nawet autorytarna władza została wymazana z powierzchni ziemi, byłoby to wojsko. Wojsko patriotyczne, wyedukowane nie tylko do zapewniania bezpieczeństwa na granicach, ale również dbania o ciągłość władzy oraz istnienia organów reprezentatywnych. To właśnie armia posiada odpowiednią infrastrukturę, aby zapewnić alternatywną drogę komunikacji, organizacji oraz zaopatrzenia. Żadna organizacja pozarządowa ani samorządowa nie może pochwalić się podobną siecią instrumentów.

Nastałby czas wojskowych junt, „tymczasowo” dbających o swoich obywateli. W tym czasie ludzkość powoli zaczynałaby być świadoma swojego nowego wroga. Nie wykonałem rachunku prawdopodobieństwa, ale wydaje mi się, że w dobie tabletów, smartfonów, mediów masowych oraz prasy drukowanej ktoś musiałby zarejestrować wielkiego robota mierzącego w kierunku Białego Domu z wyrzutni, która nagle wyrosła na jego plecach. Gdybyśmy mieli nieco szczęścia, a wojskowe junty przekazywałyby sobie informacje, wkrótce tajemniczy wróg Chin, USA, Rosji, Indii oraz Polski zyskałby osobowość.

Jestem ciekaw, jak na istnienie Transformerów zareagowałaby zachodnia cywilizacja, odrzucająca kulturowe korzenie z której się wywodzi. O ile nie wątpię, że w Indiach, Polsce czy Chinach konsolidacja społeczeństwa wobec wspólnego wroga byłaby raczej oczywista, tak nie zdziwiłbym się, gdyby w części społeczeństw wielkie roboty postrzegane byłyby jako anioły. Jako Mesjasze wyzwalający nas z polityczno-bankowej tyranii tworzącej nierówności i niesprawiedliwie dystrybuującej dobra w społeczeństwie.

Ktoś kiedyś powiedział, że gdyby doszło dzisiaj do epidemii zombie, od razu powstałby komitet dbający o prawa żywych trupów. Nie zdziwiłbym się, gdyby z wielkimi robotami było podobnie. Właśnie dlatego to autorytarne wojsko, nie dygocząca demokracja, powinno w tak ciężkich czasach stać na straży swoich obywateli. Być może pokładam przesadną nadzieję w Wojsku Polskim, ale w tak ciężkiej sytuacji wolę mieć na ulicach żołnierzy, niż nie mieć nikogo, kto dbałby o bezpieczeństwo i porządek wśród cywilów.

Na imię mi Legion, bo jest nas wielu

Żyjemy w czasach, gdy zdecydowana większość konfliktów zbrojnych to konflikty asymetryczne. Strzelcy wyborowi mierzą do dżihadystów z nowoczesnych karabinów snajperskich, a latające w powietrzu drony ostrzeliwują pozycje niczego nieświadomych wrogów z taką łatwością, jak gdyby ich operator grał w grę wideo. Asymetria pola walki prowadzi do konfliktów między mniej licznymi, nowocześniej wyposażonymi „nami” oraz hordą gorzej zorganizowanych, słabiej umundurowanych „ich”. Dokładnie tak wyglądałby konflikt z Transformerami. Tyle tylko, że to ludzkość byłaby tymi dżihadystami z kałasznikowami w rękach.

Asymetria konfliktu przechyliłaby się na pozorną niekorzyść ludzi. Gdybyśmy już wpadli na trop wielkiego robota oraz weszli z nim w bezpośrednią konfrontację, Transformer dziesiątkowałby ludzką piechotę. To byłaby krwawa jatka. Jednak na każdego zabitego indyjskiego czy chińskiego żołnierza przypadałoby dwóch kolejnych. Potem czterech. Następnie ośmiu. Jeżeli Autoboty i Decepticony nie rozwinęłyby na Ziemi fabryk kolejnych wielkich robotów, bylibyśmy skazani na zwycięstwo. Byłoby nas po prostu zbyt dużo do zabicia.

Oczywiście zakładając wyższość technologiczną robotów, bardzo możliwe, że kosmiczni najeźdźcy napuściliby na nasze środowisko mordercze choroby oraz śmiercionośne wirusy. Zatruliby rzeki, morza i oceny. Doprowadzili do katastrof, które wprowadzałyby w zakłopotanie nawet plagi egipskie. W połączeniu z sekretnymi, szybko uruchomionymi fabrykami robotów mogłoby to przynieść druzgocący efekt dla ludzkiego gatunku. Jesteśmy już jednak na tak wysokim poziomie gdybania, że mocno odjeżdżamy od filmowego uniwersum.

W nim nie raz i nie dwa mogliśmy zobaczyć, że Jankesi z US Army nie dają sobie w kaszę dmuchać. Chociaż Transformery są większe, wytrzymalsze i potężniejsze, siła ludzi drzemie w ich liczebności. Niezależnie jak wojowniczy nie byłby Megatron czy Optimus Prime, w końcu musiałby paść od pocisków z czołgów, karabinów wyborowych czy wyrzutni rakiet. Nowoczesny pojazd opancerzony potrafi trafić do celu z odległości 6 kilometrów. Zasadzki na roboty organizowane przy wykorzystaniu ciężkiego sprzętu niemal zawsze kończyłyby się wygraną ludzi. Nie chodzi tutaj o nasze umiejętności. Bylibyśmy po prostu jak tajfun, zalewający przeciwnika falą żywego ognia.

Równalibyśmy z ziemią całe miasta, byleby powstrzymać kolejnego robota. Biorąc pod uwagę, że tych jest około 70, każde takie poświęcenie byłoby wytłumaczalne z militarnego punktu widzenia. Ponosilibyśmy wielkie straty, tak jak islamiści ponosili je podczas interwencji ZSRR, a następnie USA w Afganistanie. Tak się jednak składa, że ten niegościnny, górzysty kraj pasterzy przetrwał ofensywę dwóch najpotężniejszych nowożytnych mocarstw, które zawsze wracały z Afganistanu na tarczy. Dokonując ślamazarnego porównania, dla Autobotów i Deceptikonów Ziemia byłaby właśnie takim Afganistanem.

Wielkim robotom udałoby się sforsować nasze bramy, ale zdobyć serca mieszkańców oraz złamać opór bojowników – to byłoby niemożliwe.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (12)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...