Skończyłem właśnie 5. sezon House of Cards i cóż… nie będę krył rozczarowania

Recenzje/Seriale 08.06.2017
Nasza ocena:
Skończyłem właśnie 5. sezon House of Cards i cóż… nie będę krył rozczarowania

Oczywiście to nadal House of Cards. To House of Cards, lepsze niż ze 100 innych seriali. Ale nazwa zobowiązuje także w drugą stronę. 

Piąty sezon House of Cards realizacyjnie zrobił się sztampowy. Kiedy Frank Underwood spogląda do kamery, nie wywołuje już w ten sposób między nim a mną żadnych emocji. Wręcz przeciwnie, już nie uczestniczę w jego tajnym planie. Bo planu nie ma, a nawet jeśli jakiś jest, to nawet Frank w niego nie wierzy.

46. Prezydent Stanów Zjednoczonych jedynie marnuje czas na tłumaczenie mi coraz bardziej złożonych meandrów prawa konstytucyjnego USA. Może to i ważne dla scenariusza, ale do tej pory nasza bliskość odbywała się na nieco innych zasadach. Dzieliliśmy emocje i spojrzenia, a nie pogadanki. Frank patrzył i ja wiedziałem. Ja patrzyłem i Frank wiedział. Dziś? Dziś to Kevin Spacey nieprofesjonalnie gapi się i gada do kamery.

Kiedy Frank Underwood kolejny raz udowadnia, że pod cwanym lisem znajduje się tylko prostaczek z Gaffney, instruując nas jak prawidłowo układać drewno w kominku, ziewam ze znudzeniem. Nie dlatego, że ta scena jest aż tak zła, ale dlatego, że było już takich kilka, wliczając w to animalny, pierwotny wręcz zachwyt nad żeberkami. Wtedy to było ekstra. Czy można w nieskończoność powielać własne pomysły? Twórcy House of Cards próbują, ale z wiekiem tracą też sporo wdzięku.

Najlepszym przykładem jest Quentin Tarantino, który produkcje znakomite przeplata z dość sztampowymi produkcjami ze średniej półki, gdzie z namiętną i odrzucającą wręcz rozkoszą lubuje się w swoich własnych schematach. Takim właśnie średnim serialem jest piąty sezon House of Cards, który niby ma wszystko to, co do tej pory gwarantowało sukces, ale brakło iskierki. Nie domagam się świeżości, domagam się iskierki. A tej nie ma.

Piąty sezon męczy też fabularnie, redukując działania bohaterów do absurdu.

Jeżeli Frank Underwood wrzucał Zoe Barnes, własnoręcznie, pod metro – to to było głupie, bardzo głupie. Ale ten szokujący aspekt wkomponowano w uderzający swoją logiką i sensownością plan, który był cierpliwie i precyzyjnie realizowany, można więc było wybaczyć, że sytuacja wymknęła się spod kontroli, a scenarzystom zachciało się szokować.

Konstytucyjno-polityczne machlojki piątego sezonu nie śniły się nawet polskim politykom, zaś ich wiarygodność jest znikoma. Prezydenci co i rusz zmieniają się na swoich stanowiskach, a impeachmenty latają jak zamówienia z McDonald’s, choć znajdujemy się podobno w jednej z najbardziej cywilizowanych demokracji świata. Gdyby to się działo naprawdę, Mariusz Max Kolonko na wszystkich kanałach YouTube rechotałby do kamery wykrzykując, że “to się nie dodaje”.

Jeśli pierwsze dwa sezony House of Cards stanowiły political-fiction wybitne, kolejne dwa – niezłe, tak piąty sezon jest nieakceptowalny.

Wątków było dużo, realizowane były chaotycznie, fabuła wcale nie zawiązała się w satysfakcjonujący sposób, a na dodatek cały seans psuła dawka politycznego absurdu, mało udanego naśladownictwa własnych schematów i zdecydowanej przesady. To oczywiste, że domek z kart w końcu musi się przewrócić, ale nawet wtedy powinien trzymać się prawa grawitacji. Tym razem odniosłem wrażenie, że ktoś odleciał.

W tym tempie, w siódmym sezonie House of Cards karty na stół wyłożą Marsjanie. Oczywiście cały sezon z wielkimi wypiekami obejrzę pewnie w dwa wieczory, ale nadal nie bez rozczarowania.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (7)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...