Powrót na ciemną stronę księżyca. Roger Waters “Is This the Life We Really Want?” – recenzja Spider’s Web

Recenzja/Muzyka 05.06.2017
Nasza ocena:
Powrót na ciemną stronę księżyca. Roger Waters “Is This the Life We Really Want?” – recenzja Spider’s Web

Powrót na ciemną stronę księżyca. Roger Waters “Is This the Life We Really Want?” – recenzja Spider’s Web

Piąty studyjny album byłego członka i współzałożyciela Pink Floyd pomimo swojej wtórności i przewidywalności niesie ze sobą całkiem sporą gamę pięknych i przyjemnych dźwięków.

Roger Waters to postać szczególna. Znajduje się on w panteonie legend muzyki za sprawą powołania do życia jednego z najważniejszych i największych zespołów w historii, czyli Pink Floyd. To w dużej mierze w jego głowie zrodziły się takie kultowe albumy jak “Dark Side of the Moon” czy “The Wall”. Jego wpływ na popkulturę jest więc nie do przecenienia.

U schyłku lat 70., podczas prac nad “The Wall”, konflikt pomiędzy nim i resztą grupy doprowadził do rozpadu oryginalnego składu Floydów, którego epilogiem była płyta “The Final Cut” z 1983 roku. Potem już Waters poszedł swoją ścieżką solową, a Pink Floyd, pod dowództwem Davida Gilmoura kontynuowali swoją działalność.

To, jak duży wpływ miał Roger Waters na muzykę Pink Floyd jest doskonale słyszalne, jeśli porównamy sobie albumy grupy bez jego udziału z albumami solowymi.

To Waters nadawał ton albumom “Dark Side of the Moon” czy “Wish YouWere Here”. To jego pompatyczne i delikatne zarazem motywy wykreowały “The Wall”. Przede wszystkim więc, brzmienie klasycznych Pink Floyd, to brzmienie Watersa.

Oczywiście jego muzyczna wrażliwość idealnie współgrała z przepięknymi partiami gitarowymi Gilmoura i to owa symbioza brzmień tworzyła wyjątkowe melodie, które z miejsca weszły do kanonu popkultury.

I choć osobiście brzmienie Davida Gilmoura jest bardziej bliskie memu sercu (płytę “A Momentary Lapse of Reason” stawiam wyżej niż takie “The Wall” na przykład), to przed nowymi dziełami Rogera Watersa nie sposób przejść obojętnie. Obaj panowie stanowią ten wyjątkowy typ duetu, który jedynie razem osiąga pełną moc twórczą i zdolny jest tworzyć arcydzieła. Oddzielnie ich muzyka potrafi być dobra, chwilami nawet wielka, ale jednak nie tak magiczna.

Na nowy solowy album Watersa jego wierni fani musieli się sporo naczekać. Nie licząc operowej płyty “Ça Ira”, jego ostatnim tradycyjnym albumem był “Amused to Death” sprzed… 25 lat.

I przyznam, że jak na tak długą przerwę, “Is This the Life We Really Want?” trochę jednak rozczarowuje.

Okładka płyty Is This the Life We Really Want? Rogera Watersa

Gdy artysta tego pokroju co Roger Waters milczy tyle czasu i nagle postanawia powrócić do nagrywania muzyki, to, może błędnie, wydaje mi się, że ma rzeczywiście coś ważnego do przekazania, tak tekstowo, jak i czysto muzycznie. Tymczasem piąta płyta Watersa to dość bezpieczna i zachowawcza przystań, w której zachodzi proces recyklingu wszystkich starych i ogranych motywów artysty jakie znamy choćby z “Dark Side of the Moon”.

I ok, z jednej strony dobrego nigdy za wiele, ale z drugiej, nie będę ukrywał, że słuchając tej płyty raz byłem zachwycony jej pięknem, subtelnością i doniosłością, a raz jednak trochę się… nudziłem.

Zachwycił mnie otwierający płytę Deja Vu.

Dźwięki niby znane, nomen omen, rzeczywiście miałem poczucie deja vu, bo przez moment myślałem, że słucham ponownie “Wish YouWere Here” Floydów. Ale delikatny i przesiąknięty lekką goryczą głos Watersa połączony ze świetną partią fortepianu i znakomitymi orkiestracjami uwiódł mnie na tyle, że dałem się ponieść.

W kolejnym, balladowym The Last Refugee typowo floydowskie dźwięki łączą się wpływem Radiohead, jaki zagościł na płycie Watersa w postaci producenta owej grupy, Nigela Godricha. Słuchając jednak kolejnych ballad na płycie zaczęły mi się one zlewać w jeden utwór, tyle że poszatkowany i porozrzucany na całej płycie.

O wiele ciekawiej prezentuje się utrzymany w średnim tempie utwór tytułowy, pełen dramaturgii, tajemniczej atmosfery, ciekawej rytmiki. Smell the Roses, wprawdzie brzmiący jakby by wyjęty wprost z sesji nagranowiej albumu “Animals”, też wpada w ucho i angażuje słuchacza.

Gdybym miał wskazać mój ulubiony kawałek, to byłby to Picture That.

Zdecydowanie najciekawszy muzycznie, pełen przestrzeni, kapitalnie budujący napięcie, znakomicie wykorzystujący dźwięki syntezatorów.

Ogólnie rzecz biorąc, dla fanów Pink Floyd w klasycznym składzie, którym nie przeszkadza zanadto wtórność muzyki Watersa, jego najnowszy album nie powinien być rozczarowaniem. Ja się trochę zawiodłem, bo oczekiwałem czegoś więcej.

Tym niemniej nie ukrywam, że płyty “Is This the Life We Really Want?” słuchało mi się naprawdę dobrze i pewnie jeszcze kiedyś do niej wrócę.

Jednak dość znamiennym jest fakt, że słuchając solowej płyty Watersa ewidentnie czegoś/kogoś mi w niej brakuje, podobnie jak słuchając solowych płyt Gilmoura brakuje mi pewnego rosłego, siwego dziś już pana, który swego czasu chciał mieć za dużo kontroli nad zespołem, w którym grał…

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (24)

29 odpowiedzi na “Powrót na ciemną stronę księżyca. Roger Waters “Is This the Life We Really Want?” – recenzja Spider’s Web”

    • Pytanie czy solowe produkcje Gilmoura mają być floydowskie i czy czasem floydoskość płyt Watersa nie świadczy o jego hmm “monotonii” :D nie, nie chce wywoływać burzy, kiedyś do Floydów się bardzo zraziłem – dopiero od koncertu Gilmoura we Wrocławiu zacząłem odkrywać na nowo, więc broń Odynie nie zamierzam forsować zbyt dalekich hipotez – tak się luźno zastanawiam :D

      • Zarówno Guilomor jak i Waters w swoich “solowych” pink floydowych płytych przemycali dzwięki pełnoprawnych pink floydów, jednak moim zdaniem to nigdy nie był…kopmplet(?). Żadna z płyt “solowych” (piszę solowych ale mam na myśli takie dzieła jak “division bell” czy “final cut”) nie jest nawet w połowie tak dobra jak muzyka, która nagrywali razem. Mogę lubić Guilmora bardziej od Watersa, jednak nie mogę odmówic temu drugiemu, niesamowitej magii tworzenia. Pewnej kreatywności i niestandardowego podejścia do muzyki. Z kolei Guilmor stwarza magiczny świat swoimi dziękami (choć tez potrafi zaskoczyć podejściem do…muzyki), jak choćby Marooned, High hopes czy Learning to fly. Dla mnie Pink floydzi to cała czwórka. To komplet artystów, każdy inny, niekoniecznie się dogadują ale razem tworzą tak niesamowitą podróż. Dąże do tego, że Guilmor czy Watres mimo, że oddzielnie są również fantastyczni, to jest jest to ułamek PF – nadal brzmiący świetnie ale już bez latających świń i ogólnego magicznego jebnięcia.
        Biorąc jednak pod uwagę, że nowej płyty PF raczej nie uświadczymy to każdy kontakt z nową twórczością ludzi z PF witam z ogromnym uśmiehcem na ustach i szczerą radością w sercu!

        • Nie zgadzam się ze sformułowaniem, że “żadna z solowych płyt Watersa i Gilmoura nie jest w połowie tak dobra, jak to co stworzyli razem”. Jak dla mnie (i dla wielu fanów zapewne) ich solowa twórczość w wielu momentach stoi na równie wysokim poziomie jak najlepsze dokonania Pink Floyd.

          • Oczywiście masz pełne prawo nie zgadzać się z tym sformułowaniem. Ja to uszanuję jednak zachęcam do spojrzenia na to pod kątem, że Pink Floyd to jest (był :( ) zespół tworzony przez czterech niesamowitych muzyków (można się kłócić, że było ich tam pięciu – Syd w końcu nadał kopa całemu PF, a jego ‘duch’ cały czas był obecny w twórczości PF). Każdy coś wnosił to tej muzyki i do zespołu. Guilmor i Waters, można powiedzieć, że wyszli na pierwszy plan ale nie można zapomnieć o Masonie i Wrighcie. Jak dla mnie cały PF to, hmmmm…. załózmy, tort. Czterosmakowy. Jesz go i myślisz, uuu jaki wyczesny. A potem widzisz ten sam tort tylko bez, załózmy karmelu ( to będzie pyta np. Final Cut) i jesz go sobie, pamietając jak niesamowicie smakował poprzedni 4-smakowy. I ten też jest wyśmienity ale to jednak nie to samo. Czegoś brakuję, jakiegoś jednego składnika… choć nadal jest pyszny.

            Final Cut i Division Bell to sa albumy które dla mnie różnią się o 180 stopni. Każdy jest utrzymany we Floydowskich klimatach ale żaden nie jest w 100% tak dobry jak ich wspólne produkcje.

            Waters i Guilmor różnią się od siebie i chwała im za to. Swoją muzykę skupiają na innych aspektach. Ich całkowicie solowe albumy nadal trzymają wysoki poziom, czasem z miejsca zmiatając konkurencje w swoim, nawijmy to, gatunku – jak np. Rattle That Lock Guilmora. Ale największe jebnięcie mieli gdy grali razem. Gdy się kłócili, rozchodzi i znowu grali. Niesamowite jest to, że tak różne charaktery, często sprzeczne ze sobą, tworzyli tak niesamowita muzykę. Tworzyli coś głośniejszego od słów ;). Gdy nie ma tych sprzeczności, gdy jeden z Panów nie jest (był) kontrowany przez drugiego ich muzyka straciła trochę pazura. Energią PF były właśnie różne żywioły, które na ich płytach wybuchały (Dark side of the moon, wish you were here czy Atom heart mother….choć tak naprawdę można by wymienić ich prawie wszytskie krążki…). Tego nie da się powtórzyć nie mając tych sprzeczności.

            Jeśli uważasz, że niektóre solowe płyty Watersa czy Guilmora były tak samo dobre jak inne krązki PF to ja się tylko bardzo cieszę, że prócz samych PF tą niesamowitośc dostrzegasz również w solowych twórczościach tych Panów. Dla mnie jest to trochę taki deser po super sutym i pysznym objedzie. Super, że jest jednak samym deserm bym się nie najadł.

      • Masz dużo racji. Nie to, żeby mi się płyta Watersa nie podobała, ale pisanie, że przykrywa wszystkie produkcje DG, jest dla mnie trochę niezrozumiałe. Jak zwykle RW jako publicysta próbuje ubrać muzycznie swoje refleksje, ale faktycznie momentami lekko przynudza. Jeśli tu Waters floydowy, to taki bardziej w stylu The Final Cut. Wsłuchując się w “muzyczność” dokonań jednego i drugiego Pana, jednak więcej przyjemności dla ucha niesie dla mnie muzyka Gilmoura. Wiem, de gustibus itd. ……..!!! Super natomiast, że obu Panom się chce, bo i ta płyta Watersa i ostatnie Gilmoura przerastają poziomem większość tego co się ostatnio w muzyce rockowej dzieje! Zawsze największą siła PF, była wspólna twórczość obydwu dżentelmenów, ale cóż musimy się pogodzić z tym, że to już historia i póki co cieszyć się tym co teraz, oby jeszcze nie raz!

        • Widzisz – to pewnie kwestia gustu, wieku, doświadczenia i wielu różnych czynników :) – ja wcale nie piszę ze kto nie zgadza się ze mną nie ma racji albo się nie zna etc :) – napisałem już o tej płycie, że DG pisze wspaniałe utwory – jak pudełko najbardziej luksusowych czekoladek, ale RW w tym albumie daje bułkę z plastrem boczku po całodniowym pobycie w zimowym lesie.. daje nie radość a ratunek – mnie ta płyta bardzo weszła i dla mnie to najważniejsze działo około PF po The final cut.. – pozdrawiam i nikogo nie namawiam do tego by myślał tak samo :)
          Acha – wcale nie jestem z tcyh co to wolą Watersa od Gilmoura – do tej pory przeważała właśnie David – jednak do zeszłego tygodnia..

          • Panowie piszą o solowych dokonaniach Gilmoura i Watersa, a jest przecież płyta “Broken China” nieżyjącego już Ricka Wrighta. Ten album (wydany w 1996) jest zdecydowanie lepszy niż “On an Island” czy “Is this life we really want” Ps. Nowa płyta Watersa po pierwszym odsłuchaniu wbiła mnie w fotel. Jednak kiedy słuchałem jej po raz kolejny, i kolejny, zaczęła mnie nużyć. Wszystko to ładne, ale wtórne. I czy naprawdę tak brzmiałby “Pink Floyd”? A gdzie urzekające partie gitarowe, gdzie równowaga między tekstami a muzyką? A! Zostały na “Division Bell”, “A Momentary Lapse of Reason” i od “Animals” wstecz.

          • “Broken China” zdecydowanie lepszy niż “On an Island” czy “Is this life we really want”? Chyba żartujesz!

        • W ogóle takie rozważanie kto lepszy Waters czy Gilmour jest głupie, infantylne, niedorzeczne. Obaj są wielkimi muzykami, którzy w pełni zasłużyli na sukces, który osiągnęli. A już to czyja solowa twórczość bardziej się komuś podoba to sprawa osobistych preferencji.

  1. Jeśli mógłbym dodać swój grosz do dyskusji. Płyta muzycznie jest wg mnie na wskroś Watersowska, taka naturalna kontynuacja (choć nie rozwinięcie) motywów muzycznych obecnych np. na “The Pros and Cons of Hitch Hiking”, “When the Wind Blows” i Amused to Death (“Radia K.A.O.S.” trochę tu jakby mniej). Tak więc muzycznie jest fajnie, ale zachowawczo. Co jednak mnie uderzyło, to ilość “shitów” i “fucków”, jakie pojawiają się w warstwie tekstowej. Wygląda na to, że Waters był jakoś wkurzony na świat, gdy pisał liryki do tego albumu.

  2. Jeżeli ktoś stawia płytę “A Momentary Lapse of Reason” wyżej niż “The Wall”, to co najmniej nie powinien pisać recenzji. Nawet tych związanych z “disco-polo”.

    • No i po co zaraz obrażać recenzenta? Na “The Wall” nie ma takich utworów jak “Learning to fly” czarującym lekkością, zwiewnym, i pełnym przestrzeni, “Dogs of War” z niesamowitym riffem syntezatora, instrumentalnym środkiem, gdzie gitara i saksofon wrzeszczą swoją opowieść o bezsilności, frustracji i furii, “One Slip” bezpretensjonalną (ale nie banalną!) piosenką, których Waters pisać nie umie, “On The Turning Away” urzekające pięknem, “Yet Another Movie” absolutnym arcydziełem; monumentalnym, hipnotycznym, zabierającym nas w podróż w nieznane “Terminal Frost” gdzie zespół rockowy brzmi jak orkiestra, i wielkim finałem – “Sorrow”. Gdzie “brudne rzeki płyną do nafcianego morza, w monologu rzeki wiruje zaproszenie, a człowiek budzi się z ponurą świadomością, że nie warto było się budzić. Wszystko to wieńczy pełna ekspresji gitarowa solówka. A brzmienie albumu (1987) wyprzedza swoje czasy. Jasne, “The Wall” wielką płytą jest. Ale mnie nie wszystko na niej zachwyca. Ale Gałkiewicz zlituj się, jak to nie zachwyca, jak zachwyca? Chłopcze, pomyśl, albo zlituj się chociaż – ja mam żonę i dzieci!

    • Jeśli ktos stawia ogórkową ponad pomidorową to w ogóle nie powinnien gotować. A nawet robić grzanek.

      Logiczne, prawda?

  3. Widać, że recenzent to młody człowiek wychowany w zupełnie innych niż ja czasach. Z pewnością zna się na muzyce, jak to ze znawcami bywa. Ale ja to widzę inaczej. Dla mnie nastolatka te 30 lat temu muzyka Pink Floyd to była forma poezji, która przenosiła nie w inny wymiar. Kiedy się skończyła ich wspólna historia, skończyła się jakaś epoka. I jak to z epokami bywa, mijają i nigdy już nie wracają. Ale czasem robisz gdzieś porządki i w starych rzeczach odnajdujesz jakiś symbol, jakieś wspomnienie, które działa jak wehikuł czasu i przenosi cię w dawne czasy. Przymykasz oczy, a na twarzy rysuje ci się mglisty uśmiech… Kiedy usłyszałem dźwięki nowej płyty Watersa, to właśnie tak się poczułem. I zrobiło mi się cieplej na duszy. Czasem w ocenie jakiejś muzyki, utworu, dzieła trzeba umieć wznieść się poza akademickie rozważania o tym, czy ktoś już się wyczerpał czy nie. Czasem trzeba po prostu zamknąć oczy i dać się ponieść dźwiękom… Odpłynąć… I tą płytą Waters mi coś takiego zafundował… Dla mnie to frajda… poezja… noc pod gwiazdami… Dobrze, że wrócił właśnie taką płytą… Teraz wracam do jej słuchania…

  4. Ta recenzja po jednym przesłuchaniu płyty i bez analizy tekstów Watersa to po prostu relacja z przesłuchania. Panie recenzencie! Trzeba co najmniej kilka razy przesłuchać ze zrozumieniem tekstu i wtedy się zabrać do recenzowania.

    • Album absolutnie nie rozczarowuje, ale tak jak piszesz – kluczowe w odbiorze tych utworów jest zrozumienie przekazu tekstowego.

    • I niestety, nic na to nie poradzę, te spojrzenie jest najbliższe mojemu. W wypadku Wad i zalet zakochałem się od pierwszego, niekompletnego wysłuchania. W wypadku MLoR nie tyle zakochałem się ale doceniłem wielkość. A tu… no cóż, nie przeanalizowałem tekstów jak to radzą niektórzy przedpiszący ale muzyka powinna się bronić bez tego. A z tym nie jest najlepiej. Na Wadach i Zaletach Roger eksploatuje bluesa mając Claptona. Na MLoR muzyka ma nerw. Tu niestety brakuje jednego i drugiego.Picture that i Smell the roses nie ratują tego albumu

  5. Płyta jest świetna. Wielki minus to jakość jej nagrania. W odsłuchu bez wyrazu i przytłumiona. Słaba przestrzeń i dynamika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...