Wirtuozi i wymiatacze. Najlepsi gitarzyści w historii rocka [TOP 10]

Top/Muzyka 15.05.2017
Wirtuozi i wymiatacze. Najlepsi gitarzyści w historii rocka [TOP 10]

Wirtuozi i wymiatacze. Najlepsi gitarzyści w historii rocka [TOP 10]

Z okazji 50-lecia wydania debiutanckiej płyty Jimi’ego Hendrixa, postanowiłem zebrać najlepszych znanych mi gitarzystów w jednym, mocno subiektywnym podsumowaniu.

Samego Hendrixa wyłączam z tego zestawienia, ciężko bowiem w ogóle porównywać z nim kogokolwiek. W mojej recenzji płyty “Are You Experienced” wystarczająco wydaje mi się uzasadniłem jego wielkość.

Steve Vai

Moim zdaniem najlepszy żyjący gitarzysta i absolutna czołówka wszech czasów. Wirtuoz i showman w jednym. Jego koncerty to istny festiwal muzycznych fajerwerków dający nieziemskich wrażeń dźwiękowych i wizualnych, przy których bledną nawet najbardziej bombastyczne show gwiazd popu. Już samo patrzenie na to co Vai wyprawia z gitarą w swoich rękach jest w stanie doprowadzić do oczopląsu. Ale przede wszystkim Vai, poza niewiarygodną techniką i szybkością, nie zaniedbuje też melodii, spójnych kompozycji, a jego piękny, szalony umysł kreuje muzyczne światy żeniące ze sobą rocka, jazz, psychodelę, ambient. Ale pomimo tej całej technicznej ekwilibrystyki jego utwory są niesamowicie przystępne i nie przytłaczają słuchacza.

Jimmy Page

O wielkości Page’a najlepiej świadczy jego muzyka. Riffy i solówki, które zrodziły się pod jego palcami ciągle fascynują kolejne pokolenia i cały czas opierają się mijającemu czasowi. Jeśli uznamy, że na miejscu jest stosowanie nomenklatury sakralnej w przypadku gitarzystów, to Jimmy Page jest bez wątpienia bogiem i najlepiej tą boskość ucieleśnia. To on na dobre ukształtował współczesnego rocka i ciągle nie znalazł się nikt, kto wykonałby większy krok w rozwoju tego gatunku.

Eddie Van Halen

Eddie Van Halen to chyba jedyny geniusz-wirtuoz gitary, który stał się prawdziwą gwiazdą pop i przedstawił masowej publiczności “strunowe wymiatanie”. Jego styl gry, łączący popową melodykę z jazzową improwizacją i luzacką nonszalancją jest jedyny w swoim rodzaju. W dodatku udało mu się wypromować nowatorskie metody grania (tapping), stając się przy okazji muzycznym symbolem lat 80.

John Petrucci

Jeden z największych żyjących muzycznych wirtuozów. Rockowy odpowiednik Mozarta i Chopina w jednym. W odróżnieniu od wielu innych “wymiataczy”, w jego muzyce znajdziemy nie tylko technikę na najwyższym możliwym poziomie (jest niewiarygodnie szybki), ale też duszę. Petrucci czerpie całymi garściami z historii muzyki – od korzeni hard rocka i heavy metalu, po bluesa, soul, pop. Jest też fantastycznym kompozytorem, równie dobrze sprawdzającym się w monumentalnych kilkunastominutowych dziełach, jak i prostych, krótkich i pięknych balladach oraz rockowych petardach.

Chuck Berry

Zmarły niedawno Chuck Berry to monolit. Ojciec wszystkich gitarzystów. Nauczyciel kolejnych pokoleń. Parafrazując Biblię – na początku był Chuck Berry. Niewielu było równie wpływowych instrumentalistów w XX wieku. Berry zrewolucjonizował nie tylko samą technikę grania, ale też i samo postrzeganie gitary. Jako pierwszy sprawił, że instrument ten stał się cool. Dowodem na to niech będzie choćby jedna z najbardziej kultowych scen w historii kina, czyli końcówka “Powrotu do przyszłości”, w której to Marty McFly odgrywa na balu maturalnym Johnny B. Goode Berry’ego. Utwór, od którego narodziła się nowoczesna muzyka pop.

Robert Johnson

Jeśli Chuck Berry jest ojcem rocka, to Robert Johnson jest dziadkiem, i to nie tylko rocka, ale też i bluesa, R n B czy wręcz całej współczesnej muzyki rozrywkowej. To na jego grze wyrośli Keith Richards czy Eric Clapton. Rozpowszechnił  on slide’y gitarowe i przede wszystkim potrafił zawrzeć w swoich melodiach niespotykane gamy emocji (jego gitara dosłownie łkała pod jego palcami). Zmarł przedwcześnie (należy do niechlubnego “klubu” artystów, którzy odeszli w wieku 27 lat), ale zostawił po sobie dziedzictwo, które po dziś dzień stanowi fundament dla wszystkich gitarzystów.

Tom Morello

Każda kolejna dekada przynosiła nam proporcjonalnie coraz mniej przełomowych postaci gitarzystów. W latach 90., na szczęście pojawił się Tom Morello. To jego nowatorski styl gry na gitarze oraz genialne riffy stanowiły główny wyróżnik, który sprawił, że Rage Against the Machine wypłynęło w czasach, gdy muzyka rockowa powoli spadała z list przebojów. Mało który gitarzysta potrafił w tak skuteczny i atrakcyjny dla słuchacza sposób połączyć tradycję rocka z nowoczesnymi wpływami. Jego znakomite frazowanie, gitarowe skreczowanie oraz fantastyczna rytmika zmiksowane z ciekawymi pomysłami kompozycyjnymi w swoich czasach było potężnym uderzeniem, które namieszało co nieco na muzycznej scenie.

Anthony Philips

Jeden z oryginalnych członków Genesis, to jeden z najbardziej niedocenianych gitarzystów wszech czasów, moim skromnym zdaniem. Nie jest on może królem wirtuozerskich solówek, ale jego mistrzostwo przejawia się w niezwykłych, magicznych i rozbudowanych kompozycjach, bazujących na imponujących harmoniach akordów, które sprawiały wrażenie jakby dźwięki, które generuje otaczają słuchacza z każdej możliwej strony.

David Gilmour

Pozornie Gilmour nie robi może aż takiego wrażenia jak pozostali w tym zestawieniu, ale trudno przejść obojętnie nad jego umiejętnościami kompozycyjnymi i budowaniem przepięknych melodii. Zakorzenione w bluesie i soulu solówki przyprawiają o dreszcze i przenoszą słuchacza do innej krainy pełnej delikatności, emocji, czasem smutku, czasem radości.

Tosin Abasi

Nigeryjsko-amerykański gitarzysta Animals as Leaders to istna maszyna. Jego precyzja, skupienie i niewiarygodna technika sprawiają, że słuchając jego kompozycji i patrząc na to jak gra, przyprawia o zawroty głowy. Uwielbiam surowość jego grania, ale też i fakt, że nie ucieka od melodii, co jakiś czas wplatając je pomiędzy swoje karkołomne muzyczne piruety na “wiośle”.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (16)

21 odpowiedzi na “Wirtuozi i wymiatacze. Najlepsi gitarzyści w historii rocka [TOP 10]”

  1. Oj Dobrzyński, Dobrzyński, ty odważny obserwatorze “kolejnych dekad” – dziś ci nie wpiszę oceny, bo mam miękkie serce, ale przyjdź z ojcem – muszę z nim porozmawiać.

  2. Jest Morello, a nie ma Frippa??? RLY??? Gość, który brał udział w nagraniu ok. 900 płyt od Davida Bowie i Briana Eno po The Future Sound of London? Którego King Crimson tak fenomenalnie połączyło rock, jazz, klasykę i muzykę współczesną? Dzięki któremu mamy cały metal matematyczny? Któremu, to fakt nie legenda, Hendrix uścisną lewą rękę bo jest bliżej serca?
    ech…

  3. „[Petrucci] Rockowy odpowiednik Mozarta i Chopina w jednym.”

    Mnie tu nie chodzi o jakiś klasyczny elityzm, ale jak kulą w płot to porównanie. Może bardziej Liszt albo Paganini?

    Brakuje w zestawieniu muzyki współczesnej. Ale widać, ze autor trochę zamknął się na dziadkowe definicje rocka.

    • Petrucci to raczej taki cyborg rocka – zero emocji w grze :D

      A tak sporo brakuje:
      – Synyster Gates, można nie lubić Avenged Sevenfold ale no…
      – Will Swan, jedyny człowiek który gra śpiąc
      – Misha Mansoor, Jake Bowen i Mark Holcomb
      – Matt Bellamy, ponownie, można nie trawić Muse ale facet robi jakieś cuda z gitarą
      – Claudio Sanchez, nie jest wybitnym technicznym wirtuozem, ale potrafi pisać spoko piosenki, co wcale nie jest łatwe.
      – Nita Strauss. Bo kobiet tu brakuje.
      – Tim Henson i Scott LePage
      – Jason Richardson
      – Omar Rodrigez-Lopez

      • Dlatego Liszt i Paganini pasują. Byli bardziej skoncentrowani na technice i posuwaniu jej do przodu. No i są znani, lol.

        Mówiąc muzyka współczesna miałem na myśli bardziej akademicką definicję – Fred Firth, Marc Ribot czy Mark Stewart.

        Generalnie ryzykowne jest poruszanie się w jednym obszarze muzycznym bo zaczynamy wyolbrzymiać różnice zamykając się na inne rodzaje muzyki. Sam potrafię się rozpisać na temat różnic między skrzypkami grającymi barok jakby dzielił ich świat stylistyczny a zapominam, że skrzypce pojawiają się nie tylko w klasyce.

  4. Świetni gitarzyści :) Rozumiem, że jest to subiektywna ocena, szanuję i lubię jednak najlepsi gitarzyści już nie żyją, gdy powstawał blues, jazz kształtowali się wirtuozi gitary, powstawały style… To co dziś znamy jest coverami dawnych utworów… Ze współczesnych zdecydowanie Jimmy Page i Jack White mimo, że nie tworzą od jakiegoś czasu już nic wybitnego, to jednak w “It Might Get Loud” możemy poznać ich korzenie i co reprezentują…

  5. Moja mała chronologiczna lista gitarzystów po których juz nic nie było takie samo.

    – Rober Johnson
    – Les Paul
    – Chuck Berry
    – Jimi Hendrix
    – EVH
    – Curt Kobain

    To te szarpidruty spowodowały, ze muzyka gitarowa/rozrywkowa dzieliła sie na taka przed nimi i po nich.

    Wirtuozów gitary są dziesiątki jeśli nie setki tysięcy i jakakolwiek lista “najlepszych gitarzystów” jest tylko subiektywnym napędzaczem klików i ruchu w komciach. Ale oni wszyscy stoją na ramionach kilku gigantów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...