O co chodzi z tymi depresyjnymi coverami popowych przebojów w zwiastunach filmów?

Felieton/Film 24.04.2017
O co chodzi z tymi depresyjnymi coverami popowych przebojów w zwiastunach filmów?

Czy naprawdę żyjemy w tak mrocznych i poważnych czasach, że potrzebujemy dojmująco smutnych i spowolnionych wersji klasyków muzyki popularnej wykorzystywanych do promocji rozrywkowych przebojów kinowych?

Zjawisko mody, trendów, zajawek i tym podobnych zawsze lekko mnie bawiło. Wystarczy spojrzeć na jakieś zdjęcia gwiazd z lat 80. bądź 90., by zobaczyć te wszystkie śmieszne stroje i fryzury, które dziś woleli by oni na zawsze zapomnieć.

Są oczywiście mody, które utrzymują się całkiem długo, albo wracają po latach, jednak w większości przypadków jest wręcz przeciwnie. Zabawnie się czasem ogląda filmy np. z początku lat 2000, kiedy to można było natrafić na sceny, w których bohaterowie korzystali z portalu MySpace, tak jak dziś korzysta się z Facebooka czy YouTube’a.  Problem w tym, że MySpace nie wytrzymał próby czasu i młodsze pokolenie widzów, które go przegapiło prędzej skojarzy czym jest płyta CD czy nawet walkman.

Przenosząc się teraz płynnie do sfery czysto filmowej, ostatnie kilka lat zapisze się w historii popkultury jako era zwiastunów filmowych ze smutnymi, spowolnionymi coverami znanych standardów muzyki pop. Gdzie szukać źródeł tego specyficznego zjawiska? Moim zdaniem jest to całkiem młody trend, gdyż zaczął się, trochę nieoczekiwanie w 2009 roku, kiedy to świat zobaczył trailer do filmu “Social Network” Davida Finchera z przejmującym coverem Creep grupy Radiohead. Wówczas był to ciekawy i oryginalny pomysł na promocję filmu, który w dość niepokojący sposób korelował z treścią samego zwiastuna.

Następnie, w 2011 roku, Zack Snyder w swoim filmie (niestety kiepskiej i pustej wizualnej wydmuszce) “Sucker Punch”, poszedł o krok dalej i cofnął się do zasobów muzyki pop z lat 80. W sekwencji otwierającej film i streszczającej historię głównej bohaterki, umieścił pełen depresyjnego nastroju cover utworu Sweet Dreams (Are made of this) grupy Eurythmics.

To oczywiście tylko moja teoria, ale wydaje mi się, że ktoś z włodarzy Sony mógł zainspirować się tą sekwencją przy wymyślaniu pomysłu na trailer do filmu “Dziewczyna z tatuażem” Davida Finchera. Owemu zwiastunowi towarzyszył cover, przynaję, całkiem dynamiczny, Immigrant Song grupy Led Zeppelin.

Pamiętam jak dziś, że ten trailer był na swój sposób przełomowy.

Wszyscy o nim mówili, w dużej mierze w kontekście tego covera, za który odpowiadał duet Trent Reznor i Atticus Ross. Od tamtego czasu wytwórnie zaczęły się prześcigiwać w zlecaniu kolejnych, tworzonych chyba już systemem taśmowym, schematycznych do bólu smutnych coverów, które koniecznie muszą się znaleźć w zwiastunie nadchodzącego hitu.

Kiedy usłyszałem w kinie wolniejszą i standardowo smutniejszą wersję klasyka What a wonderful world w zwiastunie “Zbuntowanej” to pamiętam, że, chwilę po tym jak otrząsnąłem się z tego jakie to było złe, pomyślałem sobie: “O nie. Zaczęło się. Będą teraz tworzyć takie potworki do każdego filmu”.

Z początku uspokajałem się, wmawiając sobie, że może dotyczy to tylko tych dystopijnych produkcji dla nastolatków (zrozumiałem gorzką ironię użycia What a wonderful world w trailerze “Zbuntowanej”). Ale jednak nie, bo niedługo późnej moje uszy doświadczyły zwiastuna filmu “Haker” Michaela Manna, w którym posłuchać można Knockin’ on Heaven’s Door Boba Dylana w wersji tak depresyjnej i wolnej, że zaczynałem odruchowo szukać żyletek po kieszeniach.

Najgorsze było lato 2016 roku.

Wtedy to nastąpiła najpotężniejsza jak dotąd inwazja smutnych coverów na instytucję zwiastunów filmowych. Doszło do tego, że po raz pierwszy w życiu rozważałem późniejsze wejście na salę kinową nie tylko by ominąć reklamy, ale też w strachu, że zobaczę kolejny trailer z depresyjnym coverem. Jak tu żyć?! Ale się nie uchroniłem. Najpierw zwiastun nowego “Blair Witch”, który chciałbym odzobaczyć. I odsułyszeć, bo ichniejsza wersja Every breath you take to jakiś karykaturalny twór muzycznego Frankensteina.

Potem pogrzebowa wersja California Dreamin’ towarzysząca zwiastunowi katastroficznemu filmowi San Andreas.

Już powoli miałem dość. I nawet całkiem udany (zdecydowanie lepszy niż oryginał ) cover Don’t Panic znienawidzonego przeze mnie Coldplay, towarzyszący zwiastunowi “X-Men Apocalypse” nie przekonał mnie, że to słuszna droga.

Krokiem w dobrym kierunku, który pozwolił mi z optymizmem spojrzeć w przyszłość i dał nadzieję, że ta dziwna moda mija, był zwiastun Legionu samobjców, w którym wykorzystano, uwaga, oryginalną wersję Bohemian Rhapsody Queen.

Ufff… ani sekudny spowolnienia. Zero smętów. Oryginalny wokal Freddie’ego. Może trzeba było przetrzymać te tragiczne kilka lat i przemęczyć się ze słabymi indie-coverami, po to by można było płynnie powrócić do umieszczania przy trailerach oryginalnych kultowych piosenek? W sumie możliwość wysłuchania muzycznych klasyków w kinowym nagłośnieniu to wcale nie taki banał, przynajmniej dla mnie.

Tak sobie myślałem, ale do czasu mojej niedawnej wizyty w kinie, kiedy to zobaczyłem najnowszy zwiastun filmu “Valerian i miasto tysiąca planet” (film na marginesie zapowiada się na wizualną zrzynę z “Avatara” i “Strażników Galaktyki”), którego twórcy porwali się na świętość, czyli… Beatlesów.

I choć cover ten jest nawet udany, nastrojowy, nie odbiega zanadto od oryginału i dobrze współgra z całością zwiastuna, to dla mnie jednak stanowi on sygnał, że trend umieszczania coverów popowych przebojów nie minął. I aż strach pomyśleć po co jeszcze sięgną wytwórnie…

W tym wszystkim najgorsze jest to ślepe trzymanie się utartych schematów.

Nawet wielkie wytwórnie nie są w stanie myśleć samodzielnie i wpaść na jakiś ciekawy pomysł promocji filmu, tylko wszyscy jak jeden mąż powtarzają jedno rozwiązanie, przez co zamiast się odróżniać, stają się jeszcze bardziej przezroczyści. A ten brak umiejętności kreatywnego myślenia widoczny jest potem w samych już filmach, które wypuszcza dana wytwórnia. Wystarczy wspomnieć choćby o tym, że do niedawna praktycznie każde wielkie widowisko musiało się kończyć finałową sceną ataku kosmitów na Ziemię, którzy przeszli przez portal na niebie. Albo kolejny trend, który lada moment zahaczy o absurd, czyli tworzenie ze wszystkiego filmowych uniwersum, bez względu na to czy mówimy o adaptacjach komiksów, rodzinie potworów ze studia Universal czy gigantycznych monstrach typu Godzilla i King Kong.

I jeszcze pół biedy jak tworzy się to z rozwagą, pomysłem i planem, niestety póki co, poza Marvelem, nie widzę by inne studia miały na to jakiś sensowny plan. A ze ślepego kopiowania innych jeszcze nic dobrego nie wynikło. Pół biedy, że przynajmniej nie zatrzymali się na etapie plakatów z białym tłem, które po dziś dzień stanowią nieuleczalną chorobę toczącą rodzimą promocję kinową.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (7)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...