Sojusze, zdrady i plany biorące w łeb to wstęp do totalnej wojny. Recenzujemy finał The Walking Dead

Recenzje/Seriale 03.04.2017
Nasza ocena:
Sojusze, zdrady i plany biorące w łeb to wstęp do totalnej wojny. Recenzujemy finał The Walking Dead

Finał siódmej serii The Walking Dead już za nami. Długo oczekiwana i zapowiadana od tygodniu wojna pomiędzy mieszkańcami Aleksandrii i Zbawcami dowodzonymi przez Negana wreszcie wybuchła. Nie wynagradza to jednak w pełni słabego sezonu.

W tekście znajdują się spoilery z The Walking Dead S07E16.

Nie miałem wygórowanych oczekiwań w związku z ostatnim odcinkiem siódmego sezonu The Walking Dead. Poziom poprzednich epizodów nie nastrajał optymistycznie. 16 tygodni z przerwą w połowie sezonu czekaliśmy na to, aż konflikt pomiędzy mieszkańcami Aleksandrii i Zbawcami w końcu wybuchnie.

Recenzja The Walking Dead S07E16

Tak jak można było się domyślać, wojna się właśnie rozpoczęła, ale jej skutki odczujemy dopiero za kilka miesięcy.

Ostatnie odcinki tego sezonu były rozstawianiem pionków na szachownicy. Na szczęście finałowy epizod pod tytułem The First Day of the Rest of Your Life zbił wreszcie pierwsze z nich. Szkoda tylko, że scenarzyści nie poszli za ciosem i poprzestali na usunięciu zaledwie jednej istotnej figury, a pozostałe istotne postaci zachowano na przyszły sezon.

Zgodnie z oczekiwaniami z planem The Walking Dead pożegnała się aktorka odgrywająca Sashę. To akurat żadne zaskoczenie, ponieważ Sonequa Martin-Green dostała angaż do nowego serialu Star Trek. Przez chwilę myślałem, że aby podnieść jeszcze bardziej stawkę w walce z życiem z serialem pożegna się Carl, ale scenarzyści zagrali bardzo bezpiecznie.

Pożegnanie Sashy budzi bardzo mieszane uczucia.

Bohaterka dostała sporo czasu antenowego, ale jej wątek wygląda jak dopisany na siłę. Po swojej z założenia skazanej na porażce misji, która miała zakończyć się zabójstwem Negana, została schwytana przez Zbawców. Zgodziła się uczestniczyć w chorej grze, która miała za zadanie wymóc na Ricku i jego grupie podporządkowanie się władcom pustkowi.

Recenzja The Walking Dead S07E16

Dzięki jej poświęceniu po raz pierwszy mogliśmy oglądać jak Negan jest szczerze zaskoczony. Sasha zażywając truciznę i zmieniając się w trumnie w zombie niemal wygryzła największemu łotrowi, jaki do tej pory pojawił się w The Walking Dead, dziurę w szyi. Pozwoliło to też Rickowi i spółce przełamać impas, w którym się znaleźli.

The Walking Dead udało mi się chwilę wcześniej nieźle zaskoczyć.

Nic nie wskazywało na to, że mięso armatnie, które Rick znalazł – dosłownie! – na śmietniku okaże się czymś więcej niż anonimowymi twarzami potrzebnymi by przykryć trupem chodniki w Aleksandrii. Okazało się, że przywódczyni tej grupy była bardzo cwana i dogadała się za plecami Ricka z Neganem i wystawiła Zbawcom Aleksandrię na tacy.

Gdyby nie poświęcenie Sashy i ratunek ze strony mieszkańców Królestwa i przybyszów z Hilltop pod wodzą Maggie, to Zbawcy byliby górą. Scenarzyści nie mogli jednak pozwolić sobie na zabicie wszystkich bohaterów – chociaż sugerowali, że jedna z istotnych postaci zginie. Rozczarowujące było to, że Carla ominęła kostucha.

Recenzja The Walking Dead S07E16

Atak Shivy, czyli tygrysa wychowanego przez władcę Królestwa nadszedł w idealnym momencie – nawet nieco zbyt idealnym, a za to bardzo… komiksowym.

Czyni to jednak finał siódmej serii The Walking Dead niezmiernie przewidywalnym. Cała odcinek – poza sposobem, w jaki zginęła Sasha i zdrady mieszkańców złomowiska – był poprowadzony jak po sznurku. Dobrze, że twórcy rozpisali ten sezon tak, by kolejne sceny z finału pełne nawiązań do poprzednich epizodów, ale czegoś tutaj zabrakło. Odcinek był zbyt poprawny – niczym robota rzemieślnika.

Nie jestem przekonany, czy rozciągnięcie wątku przygotowań do wojny na 16 odcinków było konieczne. Byłem tym znużony i cała siódma seria okazała się zaledwie przystawką do dania głównego: ósmej serii, która pojawi się za niecały rok. To wtedy może zacząć się prawdziwa akcja… oczywiście jeśli scenarzyści nie zrobią nas w bambuko i nie zaserwują nam znowu masy zapychaczy.

Ten sezon sprowadził się do tego, że Negan musiał wypowiedzieć wojnę Aleksandrii i innym miasteczkom, a sojusz ciemiężonych osad się wreszcie zawiązał.

Tyle dobrego, że zgodnie z obietnicami twórcy The Walking Dead oszczędzili nam w tym roku cliffhangera. Obie grupy wycofały się na swoje pozycje z minimalnymi stratami. Eugene nadal pragmatycznie trzyma stronę Negana, chociaż miał swój udział w śmierci Sashy. W dodatku niewiele brakowało, a zginąłby z rąk Rosity na polecenie Ricka po swojej przemowie i uratowała go tylko zdrada mieszkańców złomowiska.

Recenzja The Walking Dead S07E16

Tak naprawdę w tym odcinku zginęli sami statyści. Główni bohaterowie – zarówno z Aleksandrii, jak i z Sanktuarium – bez szwanku przetrwali starcie. Dla wszystkich prócz Sashy to kolejny z ostatnich dni ich życia. Najbardziej chyba ciekawi mnie to, jak rozwinie się wątek Dwighta. Mężczyzna o poparzonej twarzy zdecydował się zdradzić Negana i zapewniał Daryla, że nie został wtajemniczony w plan ataku na Aleksandrię.

Jedyne co mi się nie tak naprawdę podobało w tym odcinku, to dziwne retrospekcje.

Sasha zamknięta w trumnie przed samą śmiercią wspominała rozmowę z Abrahamem – chociaż postać zginęła w pierwszym odcinku tego sezonu, to dzięki temu nadal była obecna w finale. Niestety te sceny nie miały ładunku emocjonalnego, bo ten związek był wprowadzony po łebkach. Rozumiem jednak, jaka stała za tym idea – Sasha odchodzi i chociaż w ten sposób tę relację podsumowano.

W tym kontekście dziwi też, że we wspomnieniach nie pojawił się znacznie bardziej lubiany przez fanów serii Glenn, który obecny był w serialu od samego początku. Męża co prawda pod koniec wspominała Maggie w swoim monologu podsumowującym dotychczasowe wydarzenia w The Walking Dead, ale i tak dziwnie oglądało się odcinek, w którym to Abrahamowi poświęcono więcej uwagi.

Niemniej jednak finał siódmej serii The Walking Dead był zdecydowanie udanym epizodem. Nie zmazał złego wrażenia, jakie zrobiły na mnie poprzednie odcinki, ale przynajmniej oglądałem go z zaciekawieniem. Dobrze też, że trwał ok. 15 minut dłużej niż zazwyczaj, więc retrospekcje Sashy nie zabrały de facto czasu antentowego innym wątkom.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (6)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...